shantara
Members-
Posts
610 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by shantara
-
Drogie Panie! We wtorek SM otrzymała zgłoszenie odnośnie Stefana. Osobiście byłam na tej interwencji. Sytuacja wygląda tak. Jeśli telefony i zgłoszenia będą się powtarzać to będziemy zmuszeni do podjęcia jakiś kroków a niestety oficjalna procedura to zabranie pieska do schroniska. W chwili obecnej zarówno ja, jak i koleżanka, która jest rejonową tego obszaru wiemy o Stefanie (chociaż dopiero dziś wiemy, że tak ma na imię), będziemy go odwiedzać, sprawdzać jak się czuje i podejmiemy kroki w celu ustalenia właściciela terenu i skontaktowania się z nim. Jeżeli w tym i podobnych przypadkach będziecie chcieli uzyskać pomoc, zamiast na telefon alarmowy SM dzwońcie proszę na konkretny oddział terenowy dla danej dzielnicy i proście o kontakt z rejonowym. Wówczas można zadziałać bez konieczności oficjalnej drogi. W chwili obecnej jeśli telefony o Stefanie będą się powtarzać, może pojechać załoga niewtajemniczona, która podejmie decyzje o zabraniu Stefcia a osobiście też uważam to za złe rozwiązanie. Niestety nie mam wpływu na decyzje innych (a wiem też, że Stefan jakoś czasami wychodzi). Wiem, że na terenie jest buda. Niestety nie potrafię określić jak jest w jej środku. Niestety brakuje mi uprawnień do wejścia na teren zamkniętej posesji. Jeśli jednak uda nam się skontaktować z właścicielem posesji to postaram się poinformować Was tutaj oraz zainteresowane panie z firmy obok posesji. Panie te wyraziły chęć ocieplenia nieodpłatnie budy.
-
ON Szejk z Korabiewic odszedł...
shantara replied to Viktorija's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Szejk pamiętam o Tobie... Nadal boleję nad tym, że stało się to co się stało. -
Wedelkowa droga do szczęścia. Vanilka biega za TM[']
shantara replied to Olesia.b's topic in Już w nowym domu
Tak mi przykro Vanilko. Pamiętam jeszcze spacery z Tobą koło Psiego Losu.... Jeśli jednak istnieje jakieś życie po tym życiu, jakiś lepszy świat, w którym teraz żyjesz, to tam właśnie się spotkamy i znowu pójdziemy na spacerek. -
Lekarze naprawdę bywają kiepscy, nawet w najlepszych klinikach. Kilka lat temu moja znajoma też miała bóle. Rano poszła do lekarza i stwierdził, że wszystko ok, a wieczorem prowadziłam ją na ostry dyżur, bo dostała krwotoku. Ja się na ciążach też nie znam zbytnio. Ale miałam styczność z osobami w ciąży i żadna z nich nie miała takich skurczy. Dlatego powinnaś iść do tego szpitala i nalegać na to, aby zrobili wszystkie badania. Lepiej wiedzieć co się dzieje i masz do tego prawo. A co do lekarza to następnym razem mu wytłumacz, że to Twoja pierwsza ciąża, jesteś zaniepokojona i oczekujesz od niego, że będzie wobec Ciebie wyrozumiały i pomocny. Może jak spróbujesz mu wyjaśnić, że właśnie dlatego, iż nie jesteś lekarzem to zadajesz mu pytania i prosisz o badania, to zmieni nieco podejście do Ciebie na bardziej indywidualne.
-
Ale śliczne zdjęcia. Nie wiem jak Ci się udaje zrobić takie ujęcia jak to ostatnie, ale po prostu jest śliczne... A co do lekarza, to ja również uważam, że on jest do zmiany. A jak wrzeszczy to Ty też powinnaś nawrzeszczeć na niego, albo chociaż zwrócić mu uwagę w ostry sposób. Jesteś w ciąży i powinien o Ciebie dbać jako lekarz.
-
Ja też wam cały czas kibicuje, pomimo tego, że ostatnio nie bywam często na forum ( tak to jest jak człowiek odkłada wszystko na ostatnią chwilę to potem siedzi i się oderwać nie może ). No i trzymam kciuki za Diankę. Zawsze jak wchodzę na wątek i nie widzę złych wieści to czuję dużą ulgę. Co do imienia dla dziecka, to gdybym kiedyś miała jakiemuś nadawać imię męskie, to byłoby to imię Julian albo Oskar. Ale to oczywiście tylko wynik moich osobistych preferencji i sentymentów. Natomiast Bartek akurat źle mi się kojarzy. Wszyscy Bartosze jakich znałam byli delikatnie mówiąc doopkowaci. Kubuś jest znacznie ładniejszym imieniem, chociaż trochę kojarzy się z małym zwierzątkiem typu chomik. Ale Jakub już brzmi poważnie. A jakbyś miała jechać z dzieckiem za granice to dobrym imieniem jest Robert - w wielu zagranicznych językach brzmi prawie tak samo jak po polsku ;) .
-
Biedna Dianka.... Raz jest lepiej raz gorzej. Ona się pewnie też tym stresuje. Może dlatego sika pod siebie? A co do wyników, to może faktycznie powinien je zobaczyć specjalista? Neris ma rację, że to może mieć różne przyczyny, ale upewnić się nie zaszkodzi. Ostatnio przez to pisanie magisterki mało zaglądam na forum a tu takie kiepskie wieści.
-
Przez jakiś czas niezaglądałam a tu takie kiepskie wieści. Jak przeczytałam o tych skurczach to aż mnie ciarki przeszły. Musisz o siebie dbać. Pamiętaj, że jesteś teraz odpowiedzialna za dwie istoty. Jakby była potrzebna pomoc to dawaj znać. A co do Dianki to widzę, że kiepsko z finansami u was. Nie wiem kiedy mi wypłacą pensje, za dorwyczą pracę, którą ostatnio wykonuje, ale jak tylko to zrobią, to postaram się coś na Diankę przesłać.
-
Ja też mam nadzieję, że znajdzie się właściciel. Czasem ludzie, przede wszystkim starsi, nie potrafią sprawnie prowadzić takich poszukiwań. Znam też takich, którzy uważają, że jak pies pójdzie za suczką to sam wróci... ( powstrzymam się od komentowania co o tym myślę i zaznaczę jedynie, że żyjemy w erze szybkich aut i ruchliwych ulic). Może trzeba by mu tymczasowego domku poszukać. Jest mały więc może znajdzie się ktoś, kto da mu miejsce. U Ciebie i tak już jest trudno. Ze zdjęć wydaje mi się, że on jest malutki i młody.
-
Pech z tym lekarzem skoro ma wyjazd teraz.... Ale może w międzyczasie uda mu się znaleźć jakiś termin... Być może dziewczyny mają racje i gorsze samopoczucie Dianki wynika z jej psychiki i niechęci do nowego pieska... Nie musisz mi tłumaczyć, że nie było wyjścia z zabraniem go z ulicy. Nie wiem czy wszystkie psy, które były w schroniku, ale mój np. nie toleruje innych psów a na swoim terenie i nawet z suczkami niektórymi ma problem np. na klatce schodowej. W dodatku jak coś mu się dzieje nie takiego jak trzeba np. podbija go na wymioty, to momentalnie przestaje podpierać się tą swoją niesprawną łapką mimo, że ona go nie boli. Może podobnie jest z Dianką. Coś jej się nie podoba i dlatego mocniej odczuwa dolegliwości i załatwia się niekontrolowanie. Zaniepokoiło mnie to co piszesz o swoim samopoczuciu. Musisz naprawdę dbać o siebie. Koniecznie idź do lekarza jeśli tylko cokolwiek się dzieje, nawet jeśli to tylko ze zmęczenia. A co do nerwowości to całkiem naturalne. Uważam, że jesteś bardzo dzielna. Z tym wypadkiem i samochodem, dobrze zrobiłaś. Szkoda, że nie wszyscy w ten sposób myślą i postępują jak Ty.
-
Ja też jestem z Warszawy. Jeśli tylko będę jakoś mogła pomóc, to będzie mi bardzo miło. Co prawda nie znam się na dzieciach, ale już z psami ( nawet tymi chorymi ) radzę sobie lepiej. Jakiś czas temu miałam też w domu przez miesiąc ciężarną dziewczynę ( ósmy miesiąc ). Nie wiem kiedy Romenka ma termin porodu. Ja prawdopodobnie ( to znaczy o ile nie wydarzy się coś niespodziewanego ) 21 marca idę do szpitala na jakiś tydzień i potem z tydzień będę obolała po zabiegu. Najprawdopodobniej jednak w kwietniu już będzie po wszystkim i od tego czasu jeśli tylko będe mogła w czymś pomóc to się zgłaszam. Mimo, że mieszkam w Warszawie i kilka razy, kiedy Romenka jeździła ludziom robić włosy, myślałam, żeby skorzystać z tego, ale jakoś do tej pory nie udało mi się osobiście jej poznać.
-
Cieszę się bardzo, że diagnoza nie wypadła najgorzej i nadal jest jakaś szansa. Cieszy mnie też, że leki pomogły Diance przespać spokojnie noc. To prawda, że po sterydzie bardziej chce się siku i pies może popuszczać. Najważniejsze jednak, że mniej sunię boli. Co do umowy i palucha, to myślę, że łatwo byłoby udowodnić, że Romenka dużo robi dla Dianki i naprawdę dobrze się nią opiekuje. Sądzę więc, że nie ma powodu do obaw, że ktoś mógłby chcieć jej Diankę zabrać. A jeśli by zechciał, dałoby się udowodnić, że nie ma do tego podstaw.
-
Było tu coś o lekach sterydowych. Jak mój pies miał zapalenie rdzenia kręgowego dostał dwie dawki. Jedna była silna na pobudzenie a druga to był długodziałający steryd. Jego efekty trwają tydzień. Taka silna dawka, na pewno złagodziłaby ból Dianki na jakieś 24h. Nie wiem natomiast jak byłoby z takim długodziałającym sterydem. Myślę jednak, że najpierw lepiej spróbować z Metacamem. Ten lek naprawdę działa skuteczniej od Rimadylu.
-
Mój pies też od czasu do czasu dostawał Metacam. Podczas składania złamania na SGGW uszkodzono mu staw łokciowy. Uszkodzenie jest trwałe a łapka nie do końca sprawna, od czasu do czasu ma tam zapalenia. Na lżejsze dostawał Rimadyl a na silniejsze, gdy ten lek nie skutkował Metacam. Środek ten można podać w zastrzyku w lecznicy oraz doustnie w domu. Niestety ten lek bardzo podrażnia przewód pokarmowy. Po jego stosowaniu mój psiulek dostał wrzodów. Dlatego podawanie go przez długi okres czasu raczej nie jest wskazane. Ale kilka dni w zastępstwie Rimadylu powinno coś dać. Dobrze też przy stosowaniu go podawać jakieś leki osłonowe na układ pokarmowy. Przykro mi z powodu diagnozy Dianki. Współczuje Ci z całego serca tego co obie musicie przeżywać.
-
Dawno nie wypowiadałam się na wątkach Romenki. Chyba od odejścia Dragona. Nie potrafię pomóc, więc nic nie mówie, ale śledzę wątek Dianki i cały czas trzymam kciuki. Niestety nie potrafię bardziej pomóc. Mogę jedynie poprzeć wszystkich tych, którzy pisali wcześniej. Dzięki Tobie Romenko Diana zaznaje spokoju i szczęścia. Mimo bólu, a może właśnie podczas bólu, dane jej jest posiadanie kogoś, kto ją kocha całym sercem. Jestem pełna podziwu dla Was. Z doświadczenia wiem, że czasem wydaje się, że jest beznadziejnie i pewnie będzie tylko gorzej, a potem nagle się okazuje, że wszystko się układa i znowu jest dobrze. Wierzę, że tak będzie z Dianą i jeszcze długo nie będziecie musieli jej żegnać. Jeśli zaś stanie się inaczej, zapewnicie jej odejście w cieple i miłości, bez bólu i strachu. Tego jestem pewna.
-
Wedelkowa droga do szczęścia. Vanilka biega za TM[']
shantara replied to Olesia.b's topic in Już w nowym domu
Śledzę los Wedelka od dawna i miałam nawet okazję poznać tego pieska osobiście. Szczerze mówiąc to co się dzieje teraz na tym wątku jakoś nie mieści mi się w głowie. Po pierwsze nie bardzo rozumiem, jak to się dzieje, że pies, który był pod opieką dogomaniaków jest tak przekazywany z rąk do rąk, bez żadnych formalności? Już w tylu wątkach były problemy przez brak umów adopcyjnych.... Po drugie, z tego co wiem, chociaż ekspertem nie jestem, to przewiezienie własnego psa za granicę nie jest takie proste. Z czarusiem jeśli się nie mylę też były załatwiane formalności. A z Wedelkiem o tak prosto poszło? ( żeby nie było, to ja jestem jak najbardziej zwolennikiem zagranicznych adopcji, bo wiem, że na zachodzie ludzie mają znacznie lepsze możliwości ) Po trzecie nie rozumiem i jakoś trudno mi sobie wyobrazić, po co ktoś miałby sobie robić tyle fatygi, informować ludzi, umawiać się itp. po to, żeby wywieść psa inwalidę za granicę. I co miałby z nim zrobić? Wiem, że bywają patologiczne przypadki jak było z Ozzim, ale to chyba wyjątki a nie reguła i zwykle robią sobie mniej zachodu i raczej nie zabieraja psa za granice, zeby zrealizowac plany... Jakoś nie potrafię dopatrzeć się sensu w historii o wywiezieniu psa za granicę, żeby zrobić mu krzywdę. Ja również myślę, że tutaj rolę grają prywatne niechęci osób w sprawę zamieszanych a reszta przez to skazana jest na niepokój i domysły. -
Wedelkowa droga do szczęścia. Vanilka biega za TM[']
shantara replied to Olesia.b's topic in Już w nowym domu
[quote name='qroqiet']Przykro mi, ze wielu z Was krytykuje mnie tak, jakbym miala zla wole lub byla nieodpowiedzialna, podczas gdy ja po prostu nie mam mozliwosci, co jest zupelnie niezalezne ode mnie.[/quote] Moim skromnym zdaniem, szybka i jasna deklaracja, co do możliwości opieki nad Wedelkiem, jest najlepszym dowodem odpowiedzialności z Twojej strony. Niezależnie od powodów, dla których nie jesteście w stanie opiekować się tym pieskiem, wybraliście najlepsze rozwiązanie, jakie w tej sytuacji istnieje. O tym należy pamiętać. -
ON Szejk z Korabiewic odszedł...
shantara replied to Viktorija's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
[quote name='ulvhedinn']Po prostu, decydując się na psa, trzeba mieć świadomość, że nagle może zachorować, mieć wypadek- że będzie kosztował. I wtedy trzeba umieć powalczyć o kasę, albo nawet schować dumę do kieszeni i poprosić o pomoc... ['][']['] To jest właśnie to co od początku starałam się napisać. Ja nie wymagam od nikogo ( i myślę, że nikt tego nie wymaga ) aby miał takie podejście do psów jak ja. Nie da się wymagać od ludzi, żeby lubili psy czy się dla nich poświęcali, tak jak nie da się wymagać, żeby lubili i poświęcali się np. dla dzieci. Ale jeśli ktoś bierze psa, to bierze odpowiedzialność. Przygarnięcie psa to wolna decyzja, do której nikt nie zmusza. Skoro ktoś ją podejmuje to odpowiada za tego psa. Także jeśli zdarzy się coś nieprzewidywalnego. Z tej sytuacji było wiele lepszych wyjść. Chociażby poinformowanie jasne, że pies jest do zabrania. To prawda, że Rafał obiecywał a potem się nie odzywał. Ale jeśli komuś się podpisze kredyt to się go spłaca jeśli kredytobiorca da ciała. Prawdą jest, że nie zarzucam opiekunom Szejka, tego, że nie dali rady czy nie mieli chęci się nim opiekować. Może nie mieli do tego serca. Może możliwości. Nie wiem. Zarzucam im, że nie wykazali się odpowiedzialnością i ze wszystkich możliwych wyjść wybrali najgorsze. Było wiele miesięcy by postawić sprawę jasno i ostro ( nawet nie na forum ale chociażby w schronisku czy przez telefon podany na wątku przez Viktoriję ). Nie rozumiem dlaczego tak się nie stało. -
ON Szejk z Korabiewic odszedł...
shantara replied to Viktorija's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Czytając opis tego w jakim stanie był Szejk, też trudno mi zrozumieć, że można dopuścić do takiej sytuacji. Dziwi mnie też, że nikt nie zauważył z sąsiadów, że z psa robi się szkielet. Szejk zawsze kochał jeść. Być może przy bólu brzucha mógł stracić apetyt, ale na pewno nie jadłby ziemi czy kamieni mając do wyboru ciepłą miskę. Jeśli chodzi o jego czystość... Szejka trudno porównać z normalnie się załatwiającym psem. Jednak jego koopki najczęściej luźno wylatywały, czasem jak fontanna. Nie wiem czy ostatni opiekunowie Szejka zostali o tym poinformowani w momencie kiedy go brali. Z tego co mówił Rafał, kiedy dzwonił i informował mnie o nowym domu Szejka, pan odbierający psa miał powiedzieć, że kupa to nie problem, bo się łatwo zmywa. Mam do siebie ogromną pretensję. Wierzyłam naiwnie, że skoro ktoś nie chce psa to go po prostu oddaje. Trudno mi uwierzyć, że Szejk został doprowadzony do takiego stanu przez dorosłe i odpowiedzialne osoby. Trudno mi też wytłumaczyć sobie, że nie udzielono mu pierwszej pomocy, że w panice nie dzwoniono do schroniska czy Viktoriji z prośbą o pomoc. Nie rozumiem czemu opiekunowie Szejka czekali na telefon zamiast samemu dzwonić. Wiem, że pewnie czuli się opuszczeni i oszukani, ale jednak chodziło o życie żywego stworzenia. Patrząc na filmiki, bardzo profesjonalnie zrobione ( miałam wrażenie, że robi je ktoś kto zajmuje się tym zawodowo ), wydawało mi się, że Szejk daje dużo radości swoim opiekunom. W tym wszystkim tyle elementów jest zupełnie nie pasujących do siebie, iż trudno wszystko poskładać w całość.