Rok temu mieliśmy 3 zwierząt. Teraz mamy 7. Jak to powiedział dziś moj mąż - to był dobry rok :) Ale ja ich naprawdę nie szukam. To tak jakoś wychodzi. A zwierzaki u nas tak już przyzwyczajone, że nowy nabytek nie robi na nich wrażenia. No może koń by zrobił, lub słoń? Koty wyżerają psom z misek, Maksio twardo rąbie kocią karmę- ale za to go brzuszek nie boli bo to Vet Digestive albo coś podobnego - kupione dla kota z chorym żołądkiem...
Kręci się to wszystko pod nogami, koty miauczą, psy szczekają, świnka chrumka, dzieci się kłócą.....Ktoś mnie kiedyś zapytał, dlaczego my się z mężem nie kłócimy- otóż właśnie dlatego. Poziom decybeli juz dawno przekroczył normy. Cicho u nas bywa w nocy, pod warunkiem że koty się nie tłuką. Nie ma czasu ani ochoty na kłótnie. Ja bym się może u poklocila od czasu do czasu, ale mi suę naprawdę nie chce.
A z drugiej strony- to ja naprawdę lubię ten ruch i harmider jaki u nas jest. Te 6 par oczu wpatrzonych we mnie kiedy gotuję. Te przepychanki przy miskach, śmieszne miny, zazdrość o pieszczoty. Oj smutno by bez nich było. Chociaz czasem mam ochotę wysłać je w kosmos- wszystkie razem i w gratisie dzieci dorzucić. Ale potem przychodzi jedno z drugim, a to główkę przekrzywi, a to łapką pacnie, na kolana wskoczy, nadstawi się do glaskania i co ja mogę? Tylko kochać :)