Jump to content
Dogomania

dziuniek

Members
  • Posts

    3972
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    3

Everything posted by dziuniek

  1. Zdjęcia Abry z pobytu u mnie.
  2. Abra nie żyje. Miała duży twór nowotworowy wokół kręgu kostnego, który uciskał na rdzeń kręgowy i rozsiany nowotwór płuc (przerzuty z kręgosłupa). Nie miałam wątpliwości, co należy zrobić. Abra odeszła tam, gdzie już nic nie będzie ją bolało. Niech śpi spokojnie. ................................................................................................................ To, co ten pies przecierpiał w ostatnich miesiącach, jest nie do opisania. Ból musiał być straszny. Szpikowałam ją tym tramalem w zastrzykach przez te kilka dni i być może ból trochę zelżał, bo spała przy mnie spokojnie, nawet noc miała "suchą". Ale przedostatniego dnia znów nie chciała nic jeść. Przed badaniem tomografem lekarze obejrzeli jeszcze raz schroniskową mielografię: rozsiane zmiany w płucach były bardzo dobrze widoczne. Taka była kiedyś, taka mogła być-los zadecydował inaczej
  3. Rok temu Majeczka pojechała do "DT". Zobaczcie, jak wygladał ten "domek" kilka tygodni temu: https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=980942071958110&id=166263900092602 https://www.facebook.com/166263900092602/photos/pcb.980929191959398/980928815292769/?type=3&theater https://www.facebook.com/166263900092602/photos/pcb.980929191959398/980928885292762/?type=3&theater Wczoraj odbyła się interwencja schroniska w Jajkowicach, gdzie przebywała Majeczka. Psina juz nie żyje, miała duże zmiany w mózgu. Mam nadzieję, że właścicielka hotelu opiekowała się nią własciwie, chociaż co można powiedzieć o miejscu, gdzie psy są po prostu zagłodzone i chore, bo nie ma na karmę, nie ma na lekarza. A oto odpowiedź małej czarnej na moje zapytanie o Majeczkę z 9 listopada tego roku: Majeczka miała sponsora, ciekawe, czy nadal płaci za hotel "martwej duszy" Majeczki. Nie wnikam w zagubienie, depresję i inne problemy właścicielki hotelu (która zresztą bardzo tłumaczy się na swoim profilu na fb). Ale to, że zamiast zdiagnozować i ew. leczyć jedna pani pozbyła się psa na drugi dzień, a druga wywiozła go za Warszawę i nie interesowała się jego losem jest godne potępienia. Mała czarna przestała przychodzić do schroniska, rzekomo psychicznie nie mogła znieść tego, co tam widziała(wpis na profilu fb). Myślę, że obawiała się, że ktoś zapyta o Maję i wtedy nie będzie miała co odpowiedzieć. Obie panie to miłośniczki psów, rasowych w szczególności, zawodów, pokazów. Co im po starych, chorych kundlach ze schroniska! Jeżeli kogoś nienawidzę, to właśnie takich małych, podłych ludzików, dla których zwierzęta (oprócz wybranych) są śmieciami!
  4. Prosze uprzejmie: https://www.facebook.com/events/1007911955931977/1008141522575687/
  5. Od wczoraj mam sparaliżowaną suczkę Abrę z Palucha. Mój opis z wydarzenia: "Abra trafiła do schroniska dwa lata temu, kiedy jej właścicielka została aresztowana. Co działo się w tym "domu" nie wiemy, suczka na widok człowieka natychmiast chowała się w budzie i wyła ze strachu. Tak spędziła dwa lata, bez spacerów, bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Wreszcie zaczęła z nią pracować schroniskowa behawiorystka, z czasem wolontariusze. Powoli, drobnym kroczkami suczka zaczęła się przekonywać, że człowiek nie jest taki zły. Została przeniesiona do specjalnego boksu z którego miała wyjście bezpośrednio na wybieg. O zapięciu jej na smycz i wyprowadzeniu na spacer nie mogło być mowy. Smycz powodowała szaleńcze wicie się psa i ataki paniki. Ale wychodziła na wybieg i powoli odkrywała świat. Szukano jej domu z ogrodem, gdzie nie będzie musiała chodzić na smyczy i wkońcu wydawało się, że ten wymarzony dom znaleziono. Zawieziono suczkę pod Warszawę i ...dwa miesiące później odebrano, bo właścicielka zawiadomiła, że coś jej dolega, a ona nie może poradzić sobie z tą chorobą. Abra wróciła sparaliżowana. " Właściwie co by się napisało, jest nieważne, po wczorajszej konsultacji z drem Sterną, który na podstawie schroniskowej mielografii i badania (brak czucia głębokiego) podejrzewa nowotwór. Zrobię jeszcze tomograf kręgosłupa...
  6. Dziś rano o wpół do ósmej zmarł Lampek. Od jakiegoś czasu gorzej się czuł, więcej kaszlał, trudno było to opanować. W niedzielę dostał steryd, wczoraj byłam u lekarza, dostał na odwodnienie, bo w płucach był płyn. Od wieczora zaczął się dusić, o szóstej rano moja córka Elżbietka zawiozła go do lecznicy. Lampka nie dało się uratować. Był z nami rok i dwa miesiace, wzięłysmy go 17 września zeszłego roku z Palucha. Już w schronisku był bardzo chory. Przez ten rok choroba serca postapiła, prawa komora rozrosła się i uciskała płuca. Lekarz powiedział, że nastąpił kardiogenny obrzęk płuc jako wynik choroby serca. Lampku, mam nadzieję, że przez ten rok żyłeś lepiej, niż dwa lata w schronisku! Płaczemy z córką obie, bo nie uniknąłeś na koniec cierpienia!
  7. Dziś rano o wpół do ósmej zmarł Lampek. Od jakiegoś czasu gorzej się czuł, więcej kaszlał, trudno było to opanować. W niedzielę dostał steryd, wczoraj byłam u lekarza, dostał na odwodnienie, bo w płucach był płyn. Od wieczora zaczął się dusić, o szóstej rano Elżbietka zawiozła go do lecznicy. Nastapił obrzęk płuc, Lampka nie dało się uratować. Był z nami rok i dwa miesiace, wzięłysmy go 17 września zeszłego roku. Już w schronisku był bardzo chory. Przez ten rok choroba serca postapiła, prawa komora rozrosła się i uciskała płuca. Lekarz powiedział, że nastąpił kardiogenny obrzek płuc jako wynik choroby serca. Lampku, mam nadzieję, że przez ten rok żyłeś lepiej, niż dwa lata w schronisku! Płaczemy z córką obie, bo nie uniknąłeś na koniec cierpienia!
  8. Dziś rano zasnął Ignaś, ślepy futrzaczek z guzem w płucach. Wzięłam go ze schroniska w wigilię Wigili niecały rok temu. Niektórzy mieli mi za złe, że biorę "zdrowego" psa. Nie był zdrowy, ale w schronisku nikt o tym nie wiedział. Na rtg od razu widoczny był guz w płucach, bardzo ukrwiony, nieoperacyjny, który powoli rósł, utrudniając oddychanie. Ignaś w schronisku siedział rok w klatce, jako pies niewidomy i nietolerujacy innych psów, w swoich odchodach, w mokrym posłaniu, na jednym metrze kwadratowym. Wzięłam go i przez ten rok miał suche posłanie w koszyczku, jedzenie, spacery, a nawet zabawy z innymi psami, bo nie tolerował tylko Lampka i Szafirka. NIGDY nie załatwił sie w domu, wskakiwał na fotel i tam sobie leżał, szukał mnie, gdy długo nie czuł mnie w pokoju. Spędził ten rok normalnie. Od jakiegoś czasu więcej kaszlał, ale noce były spokojne. Od kilku dni dusił się w dzień, w nocy budził kilkakrotnie, bardzo kaszląc. Nie chciałam czekać na moment, gdy sam się udusi. Każda aktywnosć pobudzała go do kaszlu. Pamiętam, kiedy go wiozłam ze schroniska-przez 50 minut jazdy tramwajem chodził cały czas, bez ustanku:pies z ADHD!. W domu znormalniał, ale zawsze szybko chodził. Od tygodnia szedł juz za mną, nie przede mną, był słaby. Dzis w nocy budziłam się kilkakrotnie, bo ciężko kaszlał. Myślałam, że doczeka kolenej Wigilii. Niestety...
  9. W piątek, trzynastego listopada, odszedł mój Piotruś Pan-piesek, którego wyciągnełam dwa lata temu z Wojtyszek. Kiedy go brałam, był bliski śmierci-naładowany zmielonymi kośćmi, prawie nieprzytomny. Dopiero po kilku dniach doszedł do siebie, ale choroba, która go pokonała-guz przysadki- musiała rozwijać już wtedy. Piotruś był "śpiącym rycerzem", chociaż na spacerach raźno szedł naprzód. Od maja jego stan się pogorszył: zmiany krwawe na skórze, zmiany neurologiczne, zaburzenia widzenia, orientacji, a od pięciu dni nie chciał już wychodzić na dwór, nie miał siły-musiałam go wynosić.Może ktoś uważa, że powinnam go zacząć szpikować vetorylem i patrzeć, jak powoli umiera, cieszyć się, że przedłużyłam mu życie o kilka tygodni. NIE! Po śmierci Karmelka, który pod kroplówkami umierał dwa dni, a ja patrzyłam, jak trzęsie się ze strachu i cierpi, powiedziałam sobie: nigdy już nie pozwolę na cierpienie zwierzęcia. Czasem trudno podjąć decyzję, bo zwierzę nie powie, że już nie chce żyć, ale przedłużać cierpienia nie wolno. Piotruś miał dwa lata dobrego życia, nie wiem, co spotkało go przedtem. Opuścił Wojtyszki, a cztery tysiące psów tam zostało na poniewierkę i śmierć.
  10. Dziś rano zasnął Ignaś, ślepy futrzaczek z guzem w płucach. Wzięłam go ze schroniska w wigilię Wigili niecały rok temu. Niektórzy mieli mi za złe, że biorę "zdrowego" psa. Nie był zdrowy, ale w schronisku nikt o tym nie wiedział. Na rtg od razu widoczny był guz w płucach, bardzo ukrwiony, nieoperacyjny, który powoli rósł, utrudniając oddychanie. Ignaś w schronisku siedział rok w klatce, jako pies niewidomy i nietolerujacy innych psów, w swoich odchodach, w mokrym posłaniu, na jednym metrze kwadratowym. Wzięłam go i przez ten rok miał suche posłanie w koszyczku, jedzenie, spacery, a nawet zabawy z innymi psami, bo nie tolerował tylko Lampka i Szafirka. NIGDY nie załatwił sie w domu, wskakiwał na fotel i tam sobie leżał, szukał mnie, gdy długo nie czuł mnie w pokoju. Spędził ten rok normalnie. Od jakiegoś czasu więcej kaszlał, ale noce były spokojne. Od kilku dni dusił się w dzień, w nocy budził kilkakrotnie, bardzo kaszląc. Nie chciałam czekać na moment, gdy sam się udusi. Każda aktywnosć pobudzała go do kaszlu. Pamiętam, kiedy go wiozłam ze schroniska-przez 50 minut jazdy tramwajem chodził cały czas, bez ustanku:pies z ADHD!. W domu znormalniał, ale zawsze szybko chodził. Od tygodnia szedł juz za mną, nie przede mną, był słaby. Dzis w nocy budziłam się kilkakrotnie, bo ciężko kaszlał. Myślałam, że doczeka kolejnej Wigilii. Niestety...
  11. W piątek, trzynastego listopada, odszedł mój Piotruś Pan-piesek, którego wyciągnełam dwa lata temu z Wojtyszek. Kiedy go brałam, był bliski śmierci-naładowany zmielonymi kośćmi, prawie nieprzytomny. Dopiero po kilku dniach doszedł do siebie, ale choroba, która go pokonała-guz przysadki- musiała rozwijać już wtedy. Piotruś był "śpiącym rycerzem", chociaż na spacerach raźno szedł naprzód. Od maja jego stan się pogorszył: zmiany krwawe na skórze, zmiany neurologiczne, zaburzenia widzenia, orientacji, a od pięciu dni nie chciał już wychodzić na dwór, nie miał siły-musiałam go wynosić.Może ktoś uważa, że powinnam go zacząć szpikować vetorylem i patrzeć, jak powoli umiera, cieszyć się, że przedłużyłam mu życie o kilka tygodni. NIE! Po śmierci Karmelka, który pod kroplówkami umierał dwa dni, a ja patrzyłam, jak trzęsie się ze strachu i cierpi, powiedziałam sobie: nigdy już nie pozwolę na cierpienie zwierzęcia. Czasem trudno podjąć decyzję, bo zwierzę nie powie, że już nie chce żyć, ale przedłużać cierpienia nie wolno. Piotruś miał dwa lata dobrego życia, nie wiem, co spotkało go przedtem. Opuścił Wojtyszki, a cztery tysiące psów tam zostało na poniewierkę i śmierć.
  12. 9 października odszedł Zenek. Od kilku dni bardzo dużo siusiał-kilkanaście razy dziennie, od poniedziałku zrobił się jakby słabszy: nie chciał wychodzić na spacery, szedł bardzo wolno, zawracał do domu. Czasami dyszał. Jakiś czas temu znów utył i chociaż początkowo byłam zadowolona, to potem uświadomiłam sobie, że ta jego "grubość" jest dziwna: kręgosłup na wierzchu, tylko brzuch duży. Wyglądał jak na samym początku pobytu u mnie, kiedy miał guza. Rano spuchła mu też łapa. Zawiozłam mocz do analizy, a potem pojechałam z Zenkiem do lekarza. Dr od razu wyczuł, że wątroba jest powiększona, a usg. wykonane natychmiast wykazało, że cała jest zmieniona nowotworowo: pełno w niej guzków i guzów, czyli nowotwór rozsiany wątroby, nie do operacji. Podjęłam decyzję od razu, powrót do domu byłby bezcelowy: Zenek był bardzo słaby. Już w samochodzie w drodze do lekarza położył się od razu na siedzeniu, w lecznicy też się pokładał. Zenuś usnął od razu. Nie cierpiał. Cieszę się, że przez te ostatnie miesiące miał u mnie dom. Chodził na spacery bez smyczy, jak grzeczny pies, miał dobre jedzenie, wygodne, własne legowisko. Mógł wszystko obserwować i nawet miał rozrywkę: gonienie kotów, co uprawiał codziennie z wielkim zapałem, szczekając, gdy kot zajął miejscówkę ponad poziomem zasięgu jego pyska. Zenek spędził w schronisku siedem lat, poza schroniskiem pięć miesięcy, u mnie cztery, od piętnastego czerwca. Pamiętam go jeszcze ze schroniska, kiedy był chory na nużycę, mieszkał w budzie w zapadłym kącie rejonu IX i wyglądał jak szkielet z "okularami" wokół oczu. Nie myślałam wtedy, że trafi do mnie. Po nieudanej adopcji do Krakowa niektórzy sugerowali, że powinien wrócić do schroniska. Nigdy nie brałam pod uwagę takiej możliwości. Był moim kolejnym "niezapowiedzianym" psem, ale dałam mu to, czego potrzebował w chorobie i ( jak się okazało) końcówce życia: po prostu dom.
  13. 4 października odszedł Stasio. Zasnął spokojnie, głaskany i przytulany. Dużo osób pisało: będzie dobrze, jeszcze Staś będzie długo cieszyć się życiem...Ale prawda jest okrutna: mocznica to choroba, która zabija.Kiedy wyniki krwi są złe, nie pracuje już większa część nerek i nic nie może ich odbudować. Staś pojechał do lecznicy na powtórne badanie krwi i ewentualne podanie erytropoetyny. Niestety wyniki bardzo się pogorszyły, a Staś znowu schudł. Byłyśmy razem z panią Justyną. Rozmawiałyśmy z lekarką, potem z drem Grudzińskim. Oboje stwierdzili, że kolejny tydzień byłby dla psa męczarnią. Organizm "zjadał już siebie". Mocznik niszczył przewód pokarmowy, dlatego Staś nie chciał jeść. Załatwiał się z krwią, z trudem wyciągałam go na spacery, wolał leżeć i spać. Nie chciałyśmy skazywać Stasia na dalsze cierpienia. Postanowiłyśmy pochodzić z nim po słońcu, poprzytulać go i pożegnać. To najlepsze, co można było mu jeszcze dać. Nie sądźcie, że przyszło nam to z łatwością. Płakała pani Justyna, płakałam ja. Staś był wspaniałym psem, bardzo skrzywdzonym na koniec życia: chory i bardzo chudy znalazł się w schronisku kilka miesięcy temu. U mnie był pięć dni, po zabraniu z lecznicy po kolejnych badaniach. Walczyłam o jego zdrowie i życie- nie udało się. Choroba wygrała. Przez ostatnie dni patrzyłam na umieranie Stasia, ale jestem spokojna-dałam mu wszystko, co było możliwe w tej sytuacji. Stasiu, dałam Ci imię mojego ulubionego bohatera książkowego, on też przegrał z życiem. Stasiu! Śpij spokojnie!
  14. Pchełeczka pojechała do domku!
  15. Do domu dziś pojechał Dropek "rocznik" 2004! Na zdjęciu z nową rodziną, w domu jeszcze suczka:
  16. Każda śmierć jest bolesna, dla mnie najgorsza jest wtedy, kiedy umiera pies w schronisku, bez własnego domu. Maksio miał dom-hotelik na koniec życia, zawsze jednak pozostanie żal, że w ogóle trafił do schroniska, zamiast umrzeć we własnym domu, w którym spędził całe swoje życie. To dręczy mnie zawsze i coraz bardziej. Maksiu, śpij spokojnie!
  17. Bardzo dziękuję, Lampek cały czas bierze górę leków.
  18. I jesień koło schroniska:
  19. A na koniec PLATANY przed Pałacem Kultury:
  20. A Piotruś Pan też niedomaga:tarczyca, kłopoty ze skórą, choroba nerwów, które nie przewodzą impulsów i powodują zanik mięśni na pyszczku...I też kaszle, bo ma wiotki przełyk, a ta choroba postępując może dojść do mięśni krtani.
  21. Ignacek coraz bardziej kaszle, chociaż jeszcze śpi spokojnie. Jestem gotowa...ale na razie niech się cieszy życiem, skacze, nawet "gryzie powietrze", jak to on potrafi, gdy poczuje psa, którego nie lubi.
  22. Zenek i Marcus w czasie burzy...Zawsze lepiej mieć plecy...
  23. Zenek na zabawie z kotką, ostatniego wieczora...
×
×
  • Create New...