Lilek
Members-
Posts
1678 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by Lilek
-
No i już z powrotem. Warunki dziś paskudne, ale daliśmy wszyscy radę. Odbyliśmy wizytę u weta. Pani doktor obadała Wolwika, orzekła, że ma około 2-2,5 roku, jest zdrowy, został zaszczepiony i dostał odrobaczacz z zaleceniem, żeby tabletki podać mu za kilka dni po szczepieniu.I ma już swoją Książeczkę Zdrowia Psa.Zapłaciłyśmy 88 złotych. Fakturę prześlę w poniedziałek. Wolwo jest naprawdę mądrym psiakiem. Przychodzi na wołanie Kasi, reaguje prawidłowo na jej polecenia, jest bardzo posłuszny, pięknie idzie przy nodze. Prowadziłam go dziś do samochodu bez najmniejszego problemu, bez konieczności pociągania nawet za smycz. Kasia go po prostu zaczarowała. Trochę dęba stanął tylko, kiedy miał wsiadać do samochodu. Po pierwsze z pewnością poznał go, a po drugie zdecydowanie ma lęk przed samochodem. przed wyjazdem ze znanego już sobie miejsca. Podejrzewamy,że musiał zostać wywieziony, ale z pewnością samochodem już jeździł, bo zachowywał się wzorowo. Po prostu leżał grzecznie na tylnym siedzeniu i wyglądał przez okno. Nie próbował łazić po samochodzie, nie niepokoił się hamowaniem ani żadnymi odgłosami z ulicy. W lecznicy zachowywał się także spokojnie (pomijając wejście do lecznicy. Trochę trzeba było go wciągać, ale to normalne, że psy nie lubią tam wchodzić. Moje draby też trzeba wciągać), bez problemu dał się zbadać i ukłuć. Nie ma w nim agresji, jest kochanym, przymilnym psiakiem kochającym przytulanie i głaskanie. Szuka kontaktu z człowiekiem i mimo, że ja mogłam mu się paskudnie kojarzyć, nukał mnie nochalem i domagał się głaskania. Dlatego w rozmowie z Kasią i na podstawie obserwacji doszłyśmy do takiej oto konkluzji: Wolwik jest psem, który absolutnie nie powinien być tzw. psem podwórzowym, bo najlepsza nawet buda i karma nie zastąpi mu kontaktu z człowiekiem i bycia domownikiem we wrażliwej, ale bardzo odpowiedzialnej rodzinie. To mądry, wrażliwy i chcący być z człowiekiem pies, ale jednocześnie trzeba mieć świadomość, że dokąd nie "przydomowi się" w nowym domu, nie wolno go spuszczać ze smyczy w czasie spacerów, nie wolno go zostawiać samemu sobie. A więc musi to być rodzina, która naprawdę będzie go chciała i poświęci mu czas. No, dobrze, już się przyznam, polubiłam tego draba okropnie. Jest wspaniały.
-
Dostałam wiadomości od Kasi o postępach piesa. Wolwik dziś już pozwala sobie zakładać obroże bez protestu i uników, sam domaga się głaskania i nie wrzeszczy. No i niech mi kto powie, że Kasia to nie jest zaklinacz psów.
-
No pewnie, że Afera. Zobacz, jaką ma zaaferowaną minkę. Śliczne są wszystkie jak nie wiem co. Lira to jest taka przytulanka, że świat nie widział.
-
Przepraszam, Zachary, wcale nie chciałam rozklejać, tylko jak pisałam, to.., oj tam. Jest dobrze. Dzwoniłam do lecznicy i konsultowałam to oko Wolwisia. Kasia ma przemywać je Dicortineffem i, jeśli nie będzie działo się nic niepokojącego, jedziemy we wtorek badać psiaki.
-
Jeszcze Wam trochę ponudzę. Przed chwilą dzwoniła Kasia i relacjonowała postępy Wolwa. Dziś dał sobie spokojnie już założyć obrożę i smycz i powędrował z nią grzecznie na spacer. Oczywiście musiał trochę pokazać, że jest PSEM NIEZALEŻNYM i kiedy chciał powąchać jakieś miejsce, to ciągnął Kasię tam, a Kasia pozwalała, ale potem lekko pociągała ona smycz i psiak spokojnie szedł z nią dalej. Jest tylko problem z jego okiem. W czasie łapanki został użyty również gaz i prawdopodobnie trafił też do oka, bo jest zaczerwienione i łzawi. We wtorek jedziemy do lecznicy, chyba, że stan oka pogorszy się. Wtedy jedziemy na cito, natychmiast.
-
No, chyba odespałam wczorajszy dzień, moje paszcze trzeba było nakarmić, bo żyć (spać) nie dawały, więc już jestem na piątym biegu. Tak naprawdę to niewiele jest do opowiadania. Pan Mariusz, szef stacji, zadzwonił do mnie przedwczoraj i powiedział o ekipie, która ma odłowić Wolwa.Umówiliśmy się, że przyjadę jeszcze przed nimi, żeby dać im sprzęt,tzn. obrożę, smycz, kaganiec i po odłowieniu natychmiast odwiozę go do Kasi. Byłam w Guzowie ok 7.30 i po przyjeździe ekipy złożonej z 4 panów zaczęła się zabawa.Mówię o tym "zabawa", bo Wolwo to naprawdę mądry i sprytny psiak. Wodził ekipę po polach, drodze.W pewnym momencie po prostu poszedł sobie w kierunku Sochaczewa.Zdrętwieliśmy dosłownie, bo raz, że to niebezpieczne dla psa, a dwa, że byliśmy właściwie pewni, że tego dnia pies już nie wróci na stację.Hihi, a on po prostu bawił sie z nimi w berka.Pojechali za nim samochodem. Potem opowiadali, że jak zobaczył ich samochód jadący za nim, to on myk! na drugą stronę drogi.Po jakimś czasie wrócili, oczywiście bez psa, a za chwilę tuputup, pędzi Wolwo, stanął przed ich samochodem tak, jakby chciał zapytać "No, co, poganiamy się jeszcze?"Myśleliśmy, że tego dnia chyba już nic z tego nie będzie, ale pan Mariusz wpadł na pomysł, który zadziałał. Otworzył drzwi kotłowni, w której Wolwo już bywał i pies, przestraszony siecią, którą trzymali panowie idący ławą na niego, wpadł do niej. Potem wszystko już rozegrało się błyskawicznie. Psiak został złapany chwytakiem, zamknięty do klatki i w niej przyniesiony do mojego samochodu. Oszczędzę Wam szczegółów akcji zakładania kagańca i wyjmowania go z klatki do samochodu. Bronił się, próbował gryźć, został przyduszony chwytakiem, a ja przez całą drogę do Płocka modliłam się, żeby jego serducho wytrzymało to przyduszenie i stres. Cały czas gadałam do niego, uspokajałam go i w końcu usłyszałam jego sapanie. Odetchnęłam z ulgą, ale potem znów cisza.Wczoraj chyba powinnam mieć "koguta" na dachu, bo gnałam na złamanie karku. Z Kasią umówiłam się w lecznicy "CHIRON" w Płocku, gdzie Kasia przywiozła Lirę na badania. Kiedy zobaczyłam, że Wolwo żyje i siedzi, poprosiłam od razy lekarza o wstępne osłuchanie go. Na szczęście nic złego nie wysłuchał, zalecił obserwowanie go i potem bardziej szczegółowe badania. I tu wielkie podziękowanie dla pana doktora Radomyskiego, który bez proszenia założył kurtkę i wyszedł do samochodu, żeby psika zbadać bezpłatnie! A piesio spokojnie dał się osłuchać, głaskać, przytulać. Jest naprawdę wspaniały i mądry, tylko ktoś musiał go okrutnie potraktować. No i nareszcie mogłam Kasię i dwa kloce owczarzaste zawieźć na miejsce.Myślałyśmy, że już teraz to po masełku pójdzie, ale gdzie tam. Coś jeszcze musiało się zdarzyć.Kiedy Kasia odprowadziła Lirę (przy okazji powiem, że Kasia biorąc ją do siebie uratowała cudownego, spokojnego, najmilszego pod słońcem psa, któremu po latach tego, co ją spotkało, należy się wszystko, co najlepsze), zabrałyśmy się za wyprowadzanie Wolwa z samochodu. Pies posłusznie wychodził i tu ZONK! Okazało się, że panowie z ekipy zapięli smycz nie tak, jak prosiłam (cały pasek smyczy razem z paskiem kagańca), tylko przypięli ją normalnie do metalowego uszka, które się rozgięło i pies poszedł w długą. Na szczęście na miejscu była Kasia i Pan Darek pracujący z owczarkami. Z całym spokojem i wprawą podeszli do psiaka, wzięli za obrożę i przypięli smycz, a potem zaprowadzili go na miejsce. Trochę się szarpał chwilami, bo nawykł do wolności, ale już jest bezpieczny i pod najlepszą opieka na świecie. Wiem, że zostanie ułożony tak, żeby przestał się bać, że będzie to zrobione z czułością i cierpliwością, a ja patrząc na to nauczyłam się paru rzeczy. Dziękuję Kasiu i Panie Darku. Przyznam, że ja sama wpadłam w panikę, stałam jak skamieniała, bo miałam pełną świadomość, że jeśli Uparciuch ucieknie, to już po nim, bo w kagańcu nawet nie zję niczego. Ale udało się, naprawdę sie udało.Teraz, Wolwo, piłka po twojej stronie, piesku. Miałeś mnóstwo szczęścia, bo wszyscy chcieli ci pomóc.Już teraz chyba z górki. A dyplom dla załogi stacji Guzów to wspaniały pomysł. Ich przywiązanie do psiaka i wielkie serca zasługują choćby na taki maleńki dowód uznania. Wczoraj jeszcze nie zdążyłam dojechać do siebie, a pan Mariusz już dzwonił, co z Wolwem.Pan Grzegorz i inni przyszli go jeszcze zobaczyć i pożegnać się z nim mimo, że to nie była ich zmiana. Dziewczyny beczały, kiedy pies odjeżdżał.Są wspaniałymi ludźmi, którzy nie odpędzili bezdomnego, przerażonego psa, tylko zajmowali się nim, karmili go i w końcu pomogli mu w najlepszy sposób.
-
Dziewczyny, przepraszam Was, ale napiszę jutro, bo muszę jeszcze swoje paszczaki ogarnąć, a dopiero co wpadłam do domu po zajęciach.Padnięta jestem po takim dniu kompletnie. Wybaczcie mi, ale powiem tylko szybko, że Wolwo jest pod naprawdę dobrą opieką, a reszta relacji jutro, bo paszcza mi się rozedrze na strzępy za chwilę
-
Cały czas czekam na telefon ze stacji, że już mogę jechać po Uparciucha.
-
Właśnie skończyłam rozmowę z Szefem stacji. Boże, żeby wszyscy byli tak pełni dobrej woli i rozsądni jak on, to nie byłoby bezdomniaków. Ale do rzeczy. Jutro zostanie załatwiony sedalin i jutro lub pojutrze ponawiamy próbę podjęcia Uparciuszka. Na stację pojadę dopiero wtedy, gdy psiak zacznie usypiać, żeby znów nie zwiał, bo na 100% poznaje mój samochód.
-
W Wigilię dzwoniłam na stację.Psiak był na miejscu. Pan kierownik został powiadomiony przez pracownika stacji o sytuacji, po świętach będzie konsultował dawkę z wetem i będziemy próbować znowu. Jutro zadzwonię na stację ponownie.
-
A ja życzę wszystkim bezdomnym zwierzętom skrzywdzonym przez ludzi, by znalazły dom i kochające ręce, które utulą ich ból i smutek porzucenia. I oby wybaczyły nam, "panom stworzenia", bo chyba tylko one potrafią wybaczać i kochać dalej. Niech te święta zmiękczą serca ludzi.
-
Tak, szkoda, bo już dziś mógł być u Kasi w cieple. Och, kurczę, cały czas myślę, o tym uparciuchu. Może się uda za następnym podejście. Ja też jestem niezłym uparciuchem.
-
Przepraszam, że dopiero teraz piszę, ale po powrocie miałam mnóstwo rzeczy do zrobienia przy swoim stadzie wariaciąt. Koczowałam na stacji benzynowej ok. 5 godzin. Dojechałam godzinę po podaniu psiakowi sedalinu i byłam pewna, że dziś uda się go podjąć, bo dostał solidną dawkę. Niestety, misiek nie zareagował na sedalin praktycznie wcale. Żwawo pomykał sobie, a w pewnym momencie zniknął nam z oczu przyprawiając nas niemal o zawał, bo przecież gdyby gdzieś zasnął w jakimś "schowku", to mogłoby źle się skończyć.Wychodziliśmy z pracownikiem stacji już do samochodu, żeby go szukać, kiedy wrócił. Prawdopodobnie poszedł w odwiedziny do kumpla w pobliskim gospodarstwie. Potem ułożył się na śniegu i wyglądało na to, że zaczyna zasypiać. Pan Grzegorz (pracownik stacji) poszedł sprawdzić, czy śpi. Zabrał ze sobą obrożę, żeby mu założyć. Psiak, kiedy zobaczył coś w jego ręce, zwiał i nie podszedł do niego do chwili, gdy ten odłożył obrożę i miał puste ręce. Takich "podchodów" było wiele, pies nie daje się zbliżyć do siebie, jeśli ktoś ma coś w ręce. Umówiłam się z pracownikami, że jeśli jednak sen go zmorzy, zadzwonią do mnie i wtedy pojadę po niego. Jeśli nie dziś, to będziemy próbować dalej. Podjęcie go jest możliwe tylko wtedy, kiedy będzie twardo spał. Inaczej pozostaje tylko zatrudnienie kowboja z lassem. Pies jest niesamowicie inteligentny i sprytny, a przy tym strasznie kochany.Kiedy już zapakowałam wszystko do samochodu, psiak podszedł do mnie, dał się głaskać i przytulać. W pewnym momencie ziewnął i moje palce dostały się do paszczy, ale tylko polizał je i puścił.Gadałam do niego długo i w pewnej chwili zrobił krok w stronę samochodu jakby miał zamiar wskoczyć, ale cofnął się i odszedł na bezpieczną odległość. Natomiast parówki, którymi usiłowałam go "przekupić", jadł mi z ręki. Wystarczyło jednak, że pomyślałam, żeby wziąć z samochodu smycz, złapać go na pętlę i zrobiłam ruch w kierunku otwartych tylnych drzwi, a już go nie było. Jest tam jedno miejsce, do którego można go "zagonić", ale do tego potrzeba by więcej osób, bo jedna baba i dwóch pracowników, którzy muszą obsługiwać klientów w międzyczasie to za mało. Mam nadzieję, że jednak uda się go w końcu uśpić i przewieźć do DT. Będę próbowała dalej, bo pies jest bardzo zmęczony zimnem. Niestety, jest bardzo czujny i nieufny. Ktoś musiał mu zrobić ogromną krzywdę. PS.Dzwoniłam ponownie na stację. Psiak żwawy, jakby nie dostał sedalinu wcale. To jest dopiero gość. Na szczęście jest na stacji.
-
Luka, to polecam Guzów. Tam naprawdę galęzie tworzą superszczelny szałas.
-
No, niestety, nie udała się wyprawa dzisiaj.Pies zwiał. Jest bardzo nieufny. Być może w międzyczasie zdarzyło się coś, co mocno ograniczyło jego zaufanie do ludzi. Z pewnością nie ze strony pracowników, którzy są przemiłymi ludźmi i naprawdę chcą pomóc psu. Ale na stację przyjeżdżają różni ludzie przecież. Będziemy próbować jutro.
-
Eeeee, nieee, no na widelec to ja nie chcę. Będziemy głaskać. Jakoś damy radę.
-
Hej, Anula, tylko jej Świętemu Mikołajowi nie sprzedaj. A jak łapa Patulca? Wygląda na to, że całkiem się zgoiła i odzyskała sprawność, prawda? Wyściskaj miśka kochanego, proszę. I powiedz jej, że cały czas o niej pamiętamy.
-
Cześć,Aniu. Wrrr, jak ja nienawidzę zimy. Właśnie wróciłam do domu, ale zanim mogłam przyturlać się, musiałam odmrażać szyby w samochodzie i łapki mam jak sople.Dziwię się tym naszym wszystkim kundlom, że tak kochają to białe paskudztwo. Siostry Patulca też tarzają się w śniegu, galopują po nim jakby były reniferami, a nie psami.Wracają, jak im łapska zmarzną i wtedy trzeba księżniczki wpuszczać już, "natentychmiast", bo pazurki marzną,oj. Ucałowania w sam pychol dla Orkana, o Patusi i Malcie nawet nie wspomnę, bo sama wiesz.
-
No, to krótko i na temat, kobietki: "Hej, skalpel w dłoń..."
-
Buuuuu,buuuuu,buuuu, to jak to, wczoraj Bajzelka ostatni raz widziałam?Luczko, uściskaj go ode mnie.Szczęścia, malutki pulpeciu Najlepszego domku na świecie.
-
Daisy ma szanse na dom.... Daisy już w domu
Lilek replied to krakowianka.fr's topic in Już w nowym domu
Zabawne, że mimo ostrzeżeń ciągle jeszcze wiele osób myśli, że psu wychodzącemu spod jego/ jej opieki z pewnościa się uda. Że te straszne historie wypisywane przez " zeschizowane maniaczki" nie dotyczą z pewnością tego właśnie psiaka.Ja też tak myślałam 3 lata temu tym bardziej, że moje psy wcale nie miały wyruszyć w podróż do Niemiec, a znajdować się w hoteliku, skąd miały iść do adopcji, w Polsce. Oby Daisy się udało. Na szczęście na miejscu jest Emilia, która zaoferowała wizytę przedadopcyjną. Czy jest zgoda na tę wizytę? -
Daisy ma szanse na dom.... Daisy już w domu
Lilek replied to krakowianka.fr's topic in Już w nowym domu
Ikusia, właśnie dlatego, że miałam wpadkę, jak to określiłas, a dotyczy to moich własnych psów powierzonych do adopcji, tak bardzo niepokoją mnie wywozy za granice kraju. Masz rację, zawsze wszystko się może zdarzyć, ale przynajmniej kiedy próbowałaś sprawdzić dom, poznałaś ludzi i miejsce, gdzie będzie przebywał psiak, to wiesz chociaż, skąd można go odebrać w przypadku niepowodzenia. Ja zaufałam o jeden raz za dużo. I to osobie znanej tu, na dogo jako psi anioł. Chciałam poprawić los swoich zwierząt, bo u nas było ich zbyt wiele.Szacowny psi anioł wysłął moje psy do "dobrego dt"- schroniska w Świnoujściu, skąd bez mojej wiedzy i zezwolenia zostały wysłane do Niemiec i ślad po nich zaginął. Szukam ich do dziś. Czy dziwisz się, że każda taka sytuacja budzi niepokój? Nikt nie obrzuca Krakowianki obelgami. Pytanie tylko brzmi, czy znani są ludzie, którzy mają dać psiakowi dom? Czy dom ten został sprawdzony?Czy zostaną podpisane stosowne umowy obwarowujące prawa tego psa i prawo dotychczasowych opiekunów do odebrania zwierzącia, jeśli coś w postępowaniu nowych ludzi będzie budzić wątpliwości? Czy będzie kontakt z nową rodziną Daisy i to kontakt wiarygodny, poparty zdjęciami? Jeśli tak, to dobrze, bo wszędzie są wspaniali, wrażliwi ludzie. Jeśli nie, to niepokój jest jak najbardziej uzasadniony. -
Daisy ma szanse na dom.... Daisy już w domu
Lilek replied to krakowianka.fr's topic in Już w nowym domu
Cóż za ekscytująca perspektywa taki wyjazd do Dublin. Tyle, że nie w przypadku niesprawnego psiaka. Krakowianko, sprawdziłaś dom? Znasz tych ludzi?Fakt, że ktoś wyjedzie po psiaka, jest, oczywiście, chwalebny, ale to jeszcze nie wszystko. Na miłość boską, ludzie, nie wierzcie tak bezmyślnie w to, że za granica jest super. To nie żaden przytyk do potencjalnych nowych ludzi psiaka, bo moga się okazac naprawde wspaniali i odpowiedzialni, ale co, jeżeli nie? Weźmiesz na siebie nieszczęście tego psa, Krakowianko? -
Nooo, doobrze. Ale teraz już wiadomo, dlaczego jest psotna. IRA-Irlandzka Armia Republikańska. Ha! Wszystko się wyjaśniło. Ale sukuś przepiękny i taki kochany. Z oczu jej to patrzy.
-
No, nieee, znów nie spojrzałas do Encyklopedii Bimb. To Bimbole mają lewe uszko bardziej. Bimby mają równiutkie, tak jak ta Bimbusia.