-
Posts
8971 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by gusia0106
-
Kurde, ja też Ale przypominają mi się różne rzeczy jeszcze. Te wspomnienia Variuśkowe je przywołały chyba. Przestanę ryczeć to zacznę pisać.
-
Rudzik Tongo uratowany z Krzyczek bezpieczny w hotelu pod opieką PiSdZ
gusia0106 replied to Nicol's topic in Już w nowym domu
No to super ;) -
Już dawno zasłużył na taki dom. Ares jest w domu z marzeń :)
gusia0106 replied to gusia0106's topic in Już w nowym domu
A daj Ty mi święty spokój ;) -
Już dawno zasłużył na taki dom. Ares jest w domu z marzeń :)
gusia0106 replied to gusia0106's topic in Już w nowym domu
[quote name='Ewa Marta']Gusia Cię zabije Nutusiu:-) Ja mam pyszne drzwi:-) Moja Barsunia bardzo je sobie chwaliła swego czasu;-)[/QUOTE] Nutusię? Za co? ;) Aresa za ścianę następnym razem ;) -
Już dawno zasłużył na taki dom. Ares jest w domu z marzeń :)
gusia0106 replied to gusia0106's topic in Już w nowym domu
[quote name='3 x']ale psa z jakiś względów nei chcesz jej oddać wszyscy wiemy jaka Ewa jest więc wniosek jest tylko jeden pozazdrościłaś tz psa i teraz chcesz sobie zatrzymać Aresa ;) och , pomarańczowy:loveu:[/QUOTE] Ależ ja chętnie oddam! Na Paluch nawet ;) -
Już dawno zasłużył na taki dom. Ares jest w domu z marzeń :)
gusia0106 replied to gusia0106's topic in Już w nowym domu
[quote name='Nutusia']Fakt - sama bym się potymczasowała u Ewy... ze wskazaniem na DS :)[/QUOTE] Pfff....każdy by chciał! -
Rudzik Tongo uratowany z Krzyczek bezpieczny w hotelu pod opieką PiSdZ
gusia0106 replied to Nicol's topic in Już w nowym domu
Weronia jest właścielką Tonga? ;) -
[quote name='ronja']bylismy u weta. wszystko ok - uszy i cała reszta. szczepimy się za około 2 tygodnie - dajemy sobie czas na obserwację i podtuczenie. Tarner waży 14,40kg - plus minus, bo strasznie się kręcił. weci dali mu ok 1-2 lata. Gusia, będziemy się kastrować? koszt dziś to 0zł u weta i 5zl transport (jechały z nami jeszcze dzieciaki Myszy, więc po 5zł na głowę wyszło)[/QUOTE] Małolat znaczy ;) I dobrze :) Kastrujemy, a jakże. Nie ma litości! [quote name='Ewa Marta']Superaśny jest:-) Kurcze, a może on komuś tam po prostu uciekł? Może warto popatrzeć na ogłoszenia w tamtych rejonów?[/QUOTE] Przejrzałam już w poniedziałek ;) Na żadne ślady nie trafiłam niestety. [quote name='mysza 1']Mały ten Tarner, 14 kg... zdjęcia jednak znacznie powiększają.[/QUOTE] Nie jest taki mały. Chudy jest za to. Myślę, że to stąd ta waga. On jest mniej więcej wielkości Aresa.
-
Już dawno zasłużył na taki dom. Ares jest w domu z marzeń :)
gusia0106 replied to gusia0106's topic in Już w nowym domu
[quote name='Nutusia']To jest protest wobec chęci adopcji Aresa?... :)[/QUOTE] Nie :) to protest przeciw głębokiej ironii 3x ;) -
[quote name='ronja']jutro najprawdopodobniej zabierzemy Tarnera do weta na kontrolę (już nie kuleje). psiowóz na razie nie jedzie do mechanika, więc Tarner pojedzie z dzieciakami[/QUOTE] A uszko? Lewe, bo ono jakieś takie dziwne było. Ale nie zaglądałam bo wtedy to jak na jeden dzień to on miał dość wrażeń.
-
Już dawno zasłużył na taki dom. Ares jest w domu z marzeń :)
gusia0106 replied to gusia0106's topic in Już w nowym domu
[quote name='3 x']i chcesz go zaadoptować? to lepiej Aresik by nie mógł trafić :) masz pomarańczowy?[/QUOTE] Te, nie rozpędziłaś się tam za bardzo? ;) -
Przypomniało mi się jeszcze jak przychodził do nas Dzielnicowy. Fajny gość, psiarz. Zachwycał się Variuchem zawsze, chociaż podchodził do niego z respektem. Pamiętam, że Vario był bardzo chory - tylko już nie pamiętam na co - albo to było właśnie po tym krwotocznym zapaleniu żołądka i jelit, albo po wylewie. W każdym razie dostawał bardzo bolesne zastrzyki domięśniowe w tyle łapki. Bolało go tak bardzo, że później miał trudności z chodzeniem. Szliśmy z parkingu do domu, krok po kroczku, w ślimaczym tempie, a ja w między czasie dzwoniłam po sąsiada, żeby pomógł mi go wnieść na górę. I szło dwóch patrolowych policjantów, takich zwykłych krawężników i się przyczepili, że pies nie jest na smyczy i że oni będą wystawiać mandat karny. Jak ja się wtedy wnerwiłam, jak wydarłam na nich ryja, że pomogliby a nie się jeszcze czepiają, że przecież widzą, że on ledwo idzie i jaka smycz, że on nie ma smyczy, nie chodzi na smyczy i nie będzie chodził. Oni zaczęli wypisywać mandat a ja zadzwoniłam do Dzielnicowego - że baranów zatrudnia, że kto to w ogóle jest, że jak oni mogą, że Vario chory a Ci mi tu z mandatem. Poprosił tylko, żeby im dać telefon. Dałam. Po 30 sekundach kłaniali się w pas, pytali, na które piętro go wnieść i czy nie potrzebujemy transportu na następny dzień. Wypięliśmy się na nich, sąsiad zaniósł go do domu, a Dzielnicowy zawsze był mile widziany.
-
Pan Varia miał na jego punkcie świra, nie wiem czy nie większego niż ja. Na jego prośbę wstawiam jego wspomnienia o Niuniu Witam wszystkich uczestników według mnie najpiękniejszego wątku choć nie wszystkie przeczytałem, a już na pewno nie jestem obiektywny. Dlaczego ? O tym za chwilę. Post ten nie jest chęcią dołączenia do grona piszących a raczej wyznaniem i wewnętrzną potrzebą podziękowania Wam za tak wspaniałe pełne współczucia i zrozumienia wsparcie. Jestem kimś kogo Gusia nazwała "panem" Varia, jednak nigdy nim nie byłem, co najwyżej semantycznie. Vario z pewnością nim był. Raczej wolałbym pretendować do roli jego najlepszego przyjaciela, jakim dla nas był i zawsze będzie. To On był panem samego siebie i chyba naszym też (owinął Nas sobie wokół łapki bez dwóch zdań) to On wybierał i decydował. To On Nas wybrał nie my jego, to On wybierał w którą stronę pójdzie na spacer, to On wybrał bieszczadzką działkę a tym samym miejsce w którym spoczywa. To On wybierał spokój kiedy inne psy ujadały dosłownie 10 cm od Jego pyszczka. Wyglądało to tak jak by miał nieuwarunkowaną wolną wolę. Jeśli chciał być spokojny to okoliczności nie miały znaczenia po prostu był. Przypomina mi się kilka rzeczy, o których Gusia nie napisała, a skoro tak wiele osób Vario fascynuje jestem Wam winien wspomnieć o tym. To może od początku. Z kąd wzięło się imię Vario? Vario imiennik.... Swego czasu spędzaliśmy wszystkie weekendy na aeroklubowych lotniskach uprawiając paralotniarstwo (pewnie nie wiecie ale Gusia jest świetnym pilotem). Wario to skrótowa nazwa urządzenia zwanego wariometrem, urządzenie to pokazuje prędkość wznoszenia lub opadania. Gdy pojawił się piesek chcieliśmy aby jego imię kojarzyło się z czymś ze sportu, który uprawialiśmy. Opcje były różne a nazwa wario kojarzyła się z urządzeniem elektronicznym w pierwszym archetypowym skojarzeniu. To imię wydawało mi się dziwne. To tak jak by nazwać swojego psa Radio albo Mikser. Jednak inne nazwy z nomenklatury paralotniowej brzmiały jeszcze bardziej bezsensownie. Stanęło na Vario. Od pewnego momentu gdy słyszałem jak ktoś wypowiadał nazwę urządzenia zwanym potocznie wario pierwsze skojarzenie już tylko dotyczyło psa i już nigdy nie było inaczej. Potem dorobiliśmy ideologię, że Vario to z łacińskiego Varius czyli zmienny lub różny choć zmienny nigdy nie był faktycznie powinien nazywać się Constans to odzwierciedlało by jego stałą naturę. Ale imię Vario z dnia na dzień coraz bardziej się Nam podobało. Czułem egotyczną dumę bo nigdy nie słyszałem żeby jakiś pies tak się nazywał i w dodatku pisane przez "V" a nie "W" (bo tak wymyśliliśmy) to był normalnie odlot. Kiedy ktoś pytał o Jego imię z dumą odpowiadaliśmy "Vario" pisane przez "V" tak jak by miało to jakieś znaczenie. Sami przyznajcie Vario pisane przez "V" to brzmi zajefajnie ach i jakie oryginalne hi hi. Vario odnajduje dom........ Gusia opisuje jak to się stało, że do Nas trafił, ale pewien moment należał do mnie. Jak wiecie Vario leżał zrezygnowany na środku drogi dojazdowej do osiedlowego parkingu-nie mogliśmy dojechać. Nie pamiętam dokładnie ale chyba za namową Gusi wstał i przeniósł się między bloki i położył przy piaskownicy. Po zaparkowaniu podeszliśmy do Niego ostrożnie i spokojnie On nic sobie z tego nie robił raczej był obolały i zrezygnowany. Powoli w pozycji na kucki zacząłem go głaskać a On się temu przyglądał. Trwało to dobrych kilka minut. Oczywiście pomysł żeby przygarnąć bidulkę pojawił się kilka tygodni wcześniej kiedy to zobaczyliśmy go przebiegającego przez podwórko. Po kilku minutowym głaskaniu wstaliśmy i zaczęliśmy go namawiać żeby z nami poszedł. Nie ruszył się ani na krok. Po kolejnych kilku minutach klepania się po udach w geście przywołującym zrezygnowani poszliśmy do klatki schodowej, która znajdowała się w zasięgu jego wzroku. Weszliśmy na górę i w kuchni rozpakowywaliśmy zakupy. Gusia podeszła do okna wyjrzała i odwróciła się w moją stronę. Nigdy nie zapomnę jej wyrazu twarzy. Wiecie to ten rodzaj spojrzenia , którym kobiety wywierają wpływ na facetów a oni nie potrafią się im oprzeć z resztą wtedy wcale nie chciałem się opierać. W końcu przemówiła "on podszedł pod klatkę " takim głosem, że poprzedzające go spojrzenie miało zaledwie kilka procent tego emocjonalnego ładunku, po prostu robisz co ci każą jak kamikadze. Poczułem przypływ adrenaliny, która przyspieszyła akcję serca oraz natłok myśli. Powtarzałem w kółko w swojej głowie "jest jeszcze szansa, jest jeszcze szansa, może się uda go namówić, żeby tylko nie odszedł spod klatki, boże ! żeby nie odszedł !" Poleciałem na dół z duszą na ramieniu pełen pragnień i obaw. Jest ! Jest! Stoi !!! Otworzyłem domofon i drugie drzwi. Trzymając oba skrzydła zapraszałem go do środka. Patrzyliśmy chwilę na siebie w końcu ruszył naprzód i wszedł. Ta interakcja wyzwoliła tyle uczuć, że oderwany od rzeczywistości puściłem drzwi, które zamknęły się z hukiem - zamarłem a On zatrzymał się i spojrzał na nie i na mnie - nie był zdenerwowany ale zawrócił tak jak by chciał wyjść. Otworzyłem ponownie domofon naiwnie oczekując, że zrozumie intencję. ryzyko było duże mógł wyjść i już nigdy nie wrócić, cholernie się opłaciło i wcale nie byłem naiwny zdobyłem iskierkę jego zaufania - nie wyszedł. Tym razem pełna koncentracja - zamknąłem delikatnie drzwi i ruszyłem na górę a On za mną, nie pamiętam dokładnie ale kilka razy przystawał i trzeba było go zachęcać w końcu dotarliśmy na górę ale to był dopiero początek. Otworzyłem drzwi do mieszkania i zostawiłem otwarte. Weszliśmy do przedpokoju i pod kuchnię. Po raz pierwszy spotkaliśmy się we trójkę wszyscy w tej samej ograniczonej przestrzeni to była magia jak by świat się zatrzymał. Czasem czas staje w miejscu znacie te momenty ? Pyszczek jednak po chwili zakręcił się i wyszedł zaczął schodzić na dół tym razem ja za nim z trzeciego na parter i czeka pod domofonem i patrzy czujnie. Poleciałem schematem - otwarcie drzwi w stylu zobacz stary kiedy chcesz możesz wyjść - nie skorzystał, za to zaczęliśmy iść na górę z powrotem do otwartego mieszkania po wejściu z powrotem na dół domofon pyk powrót na górę i tak z pięć razy w końcu został na górze jednak wciąż wychodząc na klatkę z mieszkania. Drzwi otwarte były przez ponad godzinę aż w końcu zdecydował, że zostaje. Vario honorowy...... Pewnego razu poszliśmy do sklepu we trójkę całą rodziną. Podczas gdy Gusia robiła zakupy my czekaliśmy na zewnątrz. Vario położył się a ja stałem kilka metrów obok tak, że nic nie wskazywało, że jesteśmy razem. W pewnym momencie ze sklepu wyłonił się człowiek z dość znacznie ogorzałą twarzą ale całkiem dobrze jeszcze trzymał się na nogach, podszedł do Varia nachylił z lekka i coś bełkocząc zaczął rozwijać jakąś paczkę. Po chwili w palcach prawej ręki wymachiwał soczystym i świeżym wielkości dwóch kobiecych dłoni plastrem szynki tuż przed Variuśkowym pyszczkiem. Stojąc z boku nie mogłem uwierzyć co widzę. Vario był u nas dopiero kilka tygodni i właściwie nikt go nie uczył żeby nie przyjmować prezentów od obcych. On mimo to patrzył na niego tzn na tego gościa chyba z politowaniem i odrobiną odrazy a ile potrafiłem rozpoznać jego wyraz pyszczka. Plastra soczystej szynki oczywiście nie zjadł a koleś długo nie odpuszczał w końcu kompletnie zdziwiony i rozczarowany wepchnął go do ust i przeżuwając poszedł w swoją stronę. Widząc tą scenę naprawdę nie wiedziałem co myśleć, przecież on jeszcze parę tygodni temu głodował no sami powiedzcie - jest tylko jedno wytłumaczenie to po prostu Vario - Pan Vario ! Vario kontroler.... Gusia wspomina o tym jak Variusiek po jedzeniu przychodził do nas pochwalić się, że zjadł wszystko czyli powycierać się w kanapę i na głaskanie prychał przy tym nierzadko plując na nas ryżem nie było to zabójczo miłe ale za tym też tęsknię, zaraz oczywiście wracał do misek żeby sprawdzić czy przypadkiem jedzonko na nowo nie urosło. Gusia wspomina, że nigdy nie urosło ale to nie prawda. Gusiu pamiętasz ? Przecież parę razy nagrodziliśmy jego wytrwałość i determinację. Podczas gdy Gusia głaskała chwaląc, że ładnie zjadł czmychnąłem do kuchni i troszkę nałożyłem do miski. Chyba był zdziwiony w każdym razie wziął się za dojadanie i potem znów przyszedł się pochwalić i ponownie skontrolować czy nie urosło. Dwa razy nie urosło nigdy. Vario spiżarnik...... Z jedzeniowych akcji była jeszcze taka śmieszna, że czasem gdy dostawał smaczka często kawałeczek drobiowego kabanosa próbował go zakopać w mieszkaniu. Wyglądało to tak, że kładł smaczka w rogu jakiegoś pokoju po czym nosem tarł o dywan czy podłogę tak jak by zagarniał ziemię aby ukryć i zakopać swój skarb. Oczywiście zagarniał tylko powietrze ale nie przeszkadzało mu to wcale. po kilku zagarniających ruchach odchodził jak gdyby nigdy nic nie przejmując się wcale, że smaczek jest wciąż widoczny - kochana mordka. Przypłacał to czasem jakimiś obtarciami noska ale Gusia aplikowała flucinar i wszystko wracało do normy. Vario przewodnik..... Kiedyś zabrałem Variuśka nad morze do Jastrzębiej Góry. Pojechaliśmy w kilku do brata na działkę pomóc mu się zwinąć po sezonie. Sami faceci, wiadomo, że nie rozmawialiśmy o literaturze :) jednego popołudnia Ryszard powiedział, że idzie do sklepu i wziął ze sobą Varia zgodziłem się pod warunkiem, że weźmie go na smyczy. Całe szczęście, że tak się stało. Pewnie myślicie, że Vario mógł się zgubić, otuż nie. Po kilku godzinach przyciągnął Rysia kompletnie pijanego, który z pewnością był by się zgubił gdy by nie smycz którą trzymał w ręku. Ryszard jak się okazało zawarł gdzieś nowe znajomości sam nie wiedział gdzie pytany na drugi dzień. Gdy już miał dość wstał i powiedział "Vario do domu!" no i Vario go przyprowadził w zasadzie przyciągnął. Teraz Gusia będzie na mnie zła. Przepraszam ale oni mieli pójść tylko do sklepu nie wiedziałem, że tak to się skończy. Vario ponad prawem...... Jak wiecie Vario prawie w ogóle nie chodził na smyczy chyba, że w duży skupisku ludzi lub w okolicach sylwestra (bał się wystrzałów) lub gdy sytuacja tego wymagała. Na spacery często chodziliśmy w stronę lotniska wzdłuż ulicy Żwirki i Wigury. Mijaliśmy tam bramę wojskowego portu lotniczego. Bardzo często stoi tam policja. Pamiętam zdziwienie policjanta gdy Vario podszedł do jezdni przy bramie owego portu i zatrzymał się czekając na mnie aż podejdę i pozwolę mu przejść na drugą stronę. Coś skomentował chwaląc jego zachowanie ale wspomniał też o smyczy. Powiedziałem, że coś mu pokażę i rzuciłem kamień którym się bawiliśmy na jezdnię. Vario całym pędem wyrwał za kamieniem lecz gdy ten spadł na jezdnię natychmiast wyhamował tuż przed krawężnikiem, spojrzał na nas i czekał. Powiedziałem faciowi żeby darował sobie gadki o smyczy bo sam widzi, że nie jest konieczna. Był tak zaskoczony, że przyznał mi rację. Od tej pory mieliśmy chody i gdy jeden z jego kolegów próbował zwrócić nam uwagę, że idziemy bez smyczy ten natychmiast przywoływał kolegę do porządku mówiąc, że ten pies może chodzić bez smyczy bo on go zna i zapewne opowiadał to co kiedyś zobaczył. W niedługim czasie wszystkie patrole nas znały i nikt się nas nie czepiał. Bo wiecie są równi i równiejsi. Vario - pies wilk czyli peso lupo..... Gusia wspomniała jak potrafił bawić się kamieniami, że podawał go łapką w zasadzie kopał i czekał aż mu podasz i tak sobie graliśmy. Wzbudzał tym podziw i sensację. Pewnego razu na wakacjach byliśmy na Riwierze Makarskiej w Chorwacji. Wieczorem wyszliśmy na deptak było mnóstwo ludzi. Vario z kamieniem w pyszczku gdy przystanęliśmy przy jakimś straganie wykorzystał sytuację wypluł go na ziemię i zaczął podawać zaczęliśmy wymieniać podania ludzie rozstąpili się i przyglądali radośnie, ktoś zaczął wołać "Peso lupo" lupo po włosku - wilk lub z łacińskiego lupus. "Peso lupo, peso lupo" - ogólna sensacja i zainteresowanie a my zawsze na drugim planie : ). Turyści pokazywali go palcami i mówili coś do siebie w swoich językach. Jeden straganiarz nie wytrzymał chyba podszedł i dał nam tzn Variowi w prezencie małą piłkę kompletnie za darmo. Za chiny nie chciał pieniędzy. Parokrotnie przez następne dni kiedy szliśmy różni ludzie wskazywali na niego mówiąc "peso lupo". Vario telepata..... Na samym początku tego wspaniałego czasu poszliśmy do sklepu. Vario dostawał komendę "połóż się" , kładł się i czekał. Lecz pewnego dnia nie wiem czemu ale podchodząc pod sklep nie powiedziałem nic tylko wyprostowałem dłoń na wysokości uda równolegle do ziemi tak na płask on spojrzał i położył się - rozumieliśmy się bez słów. Niektórzy w to nie wierzą ale wiem, że istniała jakaś pozawerbalna więź jakieś połączenie między nami czuło się to w takich momentach. Do dziś nie wiem czy ktoś go tak wyszkolił bo my przecież nie. I zastanawia mnie jakim cudem zasłużyłem na takiego wspaniałego psa. Chyba łatwiej wytłumaczyć teorie fizyki kwantowej. Vario owczarek...... Bywało, że wychodziliśmy z domu większą grupą. Towarzystwo schodząc schodami potrafiło się rozciągnąć tak, że jedni dochodzili już na parter a ostatni dopiero zaczynali schodzić. Vario zbiegał na sam dół i wracał na górę i tak w kółko aż wszyscy wyszli w komplecie i nikt się nie zgubił. Vario bohater...... Którejś nocy Vario ocalił nam życie. Spaliśmy już kiedy brat Gusi wrócił późno bardzo zmęczony. Chciał podgrzać coś w kuchni żeby zjeść. Jak tłumaczył na drugi dzień położył się tylko na chwilkę żeby poczekać aż jedzenie się podgrzeje. Niestety ze zmęczenia zasnął. Vario obudził nas kręcąc się niespokojnie po pokoju (drzwi były zamknięte) myśleliśmy, że chce pójść na spacer ale okazało się, że na kuchni jedzenie zaczyna się przypalać. Dzięki Variowi uniknęliśmy pożaru lub zatrucia dymem i kto wie czego jeszcze być może śmierci. Vario znany i sławny...... Wspomniałem, że zawsze przy Variu byliśmy na drugim planie. W środowisku paralotniowym rozpoznawano nas jako tych co maja Varia. Pewna sytuacja w beskidzie wyspowym dobitnie to pokazała. W kilka osób znajdowaliśmy się na jednym ze szczytów czekając na dogodne warunki do startu. Przez krótkofalówki mieliśmy łączność z grupką pilotów znajdujących się kilkanaście kilometrów obok na innym startowisku. Wymienialiśmy spostrzeżenia dotyczące pogody tzn siły wiatru i kierunku. Kiedy temat zszedł na to żeby dogadać się kim jesteśmy nie dało rady dopiero gdy zaczęła się gadka o psie Vario wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. Ani modele czy kolory skrzydeł ani rodzaj samochodu nic nie było w stanie wyjaśnić kim jesteśmy. Zawsze na drugim planie :) Życie jednak bywa rzadko takie radosne jak tu opisuję. Pamiętam sytuację niezbyt miłą ale świadczącą o jego mądrości i naszym kontakcie. Kiedy zachorował na krwotoczne zapalenie żołądka i jelit usiadł pod drzwiami patrzył na nas i wymachiwał łapką w powietrzu wyjąc z bólu, wołał nas tą łapką żeby mu pomóc, natychmiast pojechaliśmy do weta uratowaliśmy go w ostatniej chwili. Od ponad dwóch lat nie potrafię złapać dystansu ani pogodzić się z jego stratą. Wraz z Nim utraciłem wszystko co kocham dosłownie wszystko. I wiecie co ? Nie zamierzam nikogo pocieszać czy oszukiwać, kiedy Was to spotka staniecie twarzą w twarz z ogromem bólu i cierpienia wprost nie do opisania w końcu każdy musi spotkać się z własną samotnością i zapłacić za lata spędzone w beztroskim braku świadomości o niej, te lata które dają nam nasi najwięksi przyjaciele, przyjaciele człowieka. Łączę się w bólu ze wszystkimi, którzy przed i w trakcie tego wątku utracili swoje czworonożne pociechy. Przedstawienie musi trwać dalej. A tęczowy most? - tak z pewnością jest taka przestrzeń gdzie jest im dobrze i dostatnio. Nie mniej jednak opłakujemy bardziej ideę bycia opuszczonym, zostawionym, samotnym a nie obaw o to co ich spotka po tamtej lepszej stronie. Czyż nie ? Kocham Cię Variuśku.
-
[quote name='mysza 1'][/B] Właśnie, sama słodycz a Ty ani słowa... Nie lubisz maluszków ;) Mnie by Coco bardzo pasowała, taka przytulanka :loveu:[/QUOTE] To bierz! ;) Widziałam i faktycznie jest słodziutka. Chociaż muszę przyznać, że myślałam, że oboje są mniejsi. Byłam zaabsorbowana Tarnerem i Amelką skaczącą w kołnierzu, dlatego zapomniałam publicznie się zachwycić. A Sisi Łajza na mnie też warczała Mysza, nic się nie martw ;)
-
Już dawno zasłużył na taki dom. Ares jest w domu z marzeń :)
gusia0106 replied to gusia0106's topic in Już w nowym domu
No niestety nie. Bidula ciągle czeka.