Jump to content
Dogomania

ma_ruda

Members
  • Posts

    1566
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by ma_ruda

  1. Przekonałaś mnie, dzięki Tobie uwierzyłam, że nie cierpiała. Ta niepewność jest trudniejsza niż godzenie się z tym, że już jej nie ma. Wstaw koniecznie fotki. Pewnie nikt tu nie ma wątpliwości, że Migaczek był słodki, ale tym bardziej będzie Ci łatwiej wspominać te radosne lata.
  2. Zmieniłam temat! Teraz łatwiej mi myślec, że nie cierpiała i o tym, że teraz na pewno nie cierpi.
  3. Odwiedzam Cię ponownie, tym razem żeby podziękować za wsparcie na moim wątku o Puni. Piszesz, że Migaczek też miał guza śledziony i mimo że chorował tak długo, przez długi czas nie cierpiał. Po raz pierwszy pomyślałam z nadzieją, że może w przypadku Puni ta późna diagnoza, nie miała takiego znaczenia jakie jej przypisuję. Mnie to oszczędziło niepokoju i lęku, jaki na pewno czułabym, gdybym wiedziała. I jeszcze raz z pełnym przekonaniem chcę Cię zapewnić, że niepotrzebnie się obwiniasz o nieobecnośc w tej ostatniej chwili życia Migaczka. Ja w pewnym sensie też nie byłam w tym najtrudniejszym momencie obecna. Kiedy Punia zasypiała przed operacją, oszukiwałam się, że się obudzi mimo, że wiedziałam, że szansa na to jest minimalna. Ten ostatni zastrzyk dostała, gdy spała na sali operacyjnej. Mnie wtedy przy niej nie było. Tak jak Ty nie zdążyłam się pożegnać. Może właśnie dlatego trudniej nam sie pogodzić, że naszych piesków już nie ma. Ja próbuję to zmienić żegnając Punię tutaj. Trochę pomaga.
  4. To Punia. Dla mnie najśliczniejsza. Kiedyś usłyszałam jak kilkuletni chłopiec mówił do swojej mamy: "mamo idzie pani z tym ślicznym pieskiem". Byłam dumna, bardziej niż gdybym usłyszała "idzie ta śliczna pani z pieskiem":oops:
  5. Mimo, że to już miesiąc, ja wciąż przed wyjściem z domu szukam smyczy, a w sklepach podchodzę do stoisk z artykułami dla zwierząt. Ale przede wszystkim nie potrafię robić niczego co przez 12 lat robiłyśmy razem, ani tego z czego rezygnowałam, gdy nie mogłyśmy być razem. Kiedy pierwszy raz przyszła do mojego domu miała 2 lata. Wcześniej miała kochającą i troskliwą panią, która niestety ze względu na stan zdrowia nie mogła się już nią zajmować. Wyobrażam sobie, jak trudne musiały być dla niej te pierwsze dni w nowym domu, jak bardzo tęskniła za swoją panią, chociaż wcale mi tego nie okazywała. Pewnie nie rozumiała wtedy, że to rozstanie na zawsze. Pewnie czuła to co ja teraz. Myślę też, że Punia nigdy nie zapomniała o żalu z powodu tego rozstania. To pewnie dlatego tak boleśnie przeżywała każde nawet krótkie rozstanie ze mną. I to dlatego byłyśmy niemal nierozłączne. Pogodziła się z tym, że muszę pracować, może uwierzyła, że „na mięsko dla pieska”. Ale już wyjście wieczorem do znajomych bez pieska, było zdradą i pies stanowczo protestował a jak nie pomogło był bardzo obrażony. Nasze najdłuższe w ciągu tych 12 lat rozstanie to kilka razy po kilkanaście godzin i przyznam, że ja też nie lubiłam tych dni. A teraz ? Chcę wierzyć, że Punia jest szczęśliwa za Tęczowym Mostem, że wie że tym razem jej nie opuściłam, że teraz myślę o niej niemal bez przerwy i że nigdy nie zapomnę.
  6. Dla Migaczka najważniejsze, że nie był wtedy sam. A Ty, jeszcze może nie teraz, ale za jakiś czas na pewno będziesz wspominać te dobre chwile. Pozdrawiam.
  7. Presłałam Ci 3 prywatne wiadomości. Mam nadzieję, że dotarły? [quote name='GoniaP']Prześlij mi proszę to ogłoszenie na pw. Sprawdzę.[/quote]
  8. Za chwilę Ci prześlę link do strony.
  9. Podałam tę informację na innym poznańskim wątku, ale powtorzę jeszcze tutaj- na forum [URL="http://www.gazeta.pl"]www.gazeta.pl[/URL] (psy-adopcje) znalazłam dzisiaj ogłoszenie osoby, która chce adoptować pieska z Poznania lub okolic.
  10. Dzisiaj na forum [URL="http://www.gazeta.pl"]www.gazeta.pl[/URL] (psy-adopcje) ktoś poszukuje pieska z Poznania lub okolic. Mogę oczywiście sama tam napisac o Koksie, ale nie znam szczegółów no i nie wiem, czy Koks wciąz szuka?
  11. Rebellio i Ago, dziękuję. Chciałabym zamieścić, dla dopełnienia moich wspomnień o Puni, jej fotki. Ale mam z tym problem. Zdjęcia, które mam na dysku, poza tym, że nienajlepszej jakości (z tel. komórkowego) mają chyba za duzy format a nie potrafię go zmniejszyć. Mam "zwykłe" fotki, może wystarczy je zeskanować?
  12. PUNIA I FRASZKA [SIZE=2]​ Dokładnie sześć lat temu ( 4 października 2006) zaczęłam wspominać w tym miejscu Punię. Odeszła miesiąc wcześniej- 4 września 2006 roku. Pozostawiła mi wspomnienia , ogromny żal i... potrzebę uratowania innego psa. Tę potrzebę potraktowałam jak niepisany testament. W ten sposób wkrótce po odejściu Puni, jej miejsce w moim domu zajęła Fraszka. W sercu wystarczyło miejsca dla obu. Od wczoraj obydwie mają miejsce w mojej pamięci. 4 października 2012 roku Fraszka dołączyła do Puni. Nie muszą dzielić się moim żalem; czuję go w nadmiarze i już wiem, że z czasem nie mija. PUNIA [SIZE=3][SIZE=5](23 kwietnia 1992- 4 września 2006) 4 września 2006 roku rozstałam się na zawsze z moją sunieczką Punią. Od czasu kiedy zdałam sobie sprawę, że Punia zaczyna się starzeć, myślałam ze smutkiem o tym co nieuniknione. Ale jeszcze 3 dni przed jej śmiercią wierzyłam, że to odległa przyszłość. Miała 14 lat, ale nigdy nie chorowała. Dopiero w listopadzie pierwszy problem zdrowotny- mała zmiana na powiece, niegroźna, jak zapewniał lekarz. Po zabiegu, mimo narkozy, której ze względu na wiek suni, bardzo się obawiałam, błyskawicznie wróciła „do formy”. Ale kilka dni później nagle pojawił się problem- niedowład łapek, a 2-3 dni potem, biegunka. Na szczęście mimo obaw, że może to być objaw poważniejszych problemów, po kilku dniach Punia wróciła do zdrowia. Wydaje mi się jednak, że od tego czasu zaczęły się nasilać trudności z poruszaniem się, które wprawdzie obserwowałam od dłuższego czasu, ale wcześniej w niewielkim stopniu ograniczały jej aktywność. Oczywiście zarówno ja jak i weterynarz sądziliśmy, że to tylko sprawa wieku. Od lipca przestała samodzielnie wychodzić po schodach. Ale myślałam- trudno się dziwić. Podejrzewałam nawet, że trochę mnie wykorzystuje, bo przecież wygodniej na rękach pani (III piętro bez windy!). Wydawało mi się, że trochę schudła, ale że to efekt diety. W sierpniu zauważyłam, że zjada ziemię. Weterynarz potwierdził moje przypuszczenia, że to brak witamin. Zaczęła też pokasływać. Po kilkudniowej kuracji nie było wyraźnej poprawy. Ale zanim zdążyłam wyjaśnić powody kaszlu, nagle Punia źle się poczuła- była niespokojna, nie chciała się położyć, straciła apetyt. To była sobota. I od tego czasu- przez 2 dni wszystko działo się błyskawicznie. W niedzielę – wizyta w dyżurującej klinice, badanie USG: diagnoza- olbrzymi guz w jamie brzusznej, nic nie można zrobić. Szok i niedowierzanie- skąd guz? to niemożliwe! W poniedziałek wizyta u „naszego lekarza”, znowu USG potwierdzenie diagnozy, ale jeszcze operacja. Szansa na powodzenie 20%. Ale nie miałam wyboru, bo szansa, że pies przeżyje do jutra była jeszcze mniejsza. Poza tym było mi tak łatwiej- nie musiałam podejmować tej najtrudniejszej decyzji- skrócenia cierpienia. Finał już znany. Guz był na śledzionie, zbyt duży i nie dało się go usunąć. A ja nie potrafię się z tym pogodzić. Nie wiem jak to możliwe, że wiedziałam wcześniej, nie wiem jak długo Punia cierpiała, nie wiem czy gdybym wcześniej wiedziała, że jest tak poważnie chora, to nadal mogłabym wierzyć, że to co nieuniknione to daleka przyszłość. FRASZKA (ok. 2003 - 4 października 2012) 4 października 2012 r. rozstałam się na zawsze z moja sunieczką Fraszką. Na Fraszkę czekałam ponad 3 miesiące po śmierci Puni. Była ze mną prawie sześć lat. Tym razem miałam czas, żeby walczyć o zatrzymanie Fraszki ; przez pół roku desperacko walczyłyśmy z ciężka chorobą. Niejednokrotnie myślałam, że może spłacam dług wobec Puni i przezywam to czego nie zdążyłam doświadczyć sześć lat temu. Ale może miałam się tylko przekonać, ze walka z ciężką chorobą jest z góry skazana na niepowodzenie? Ale jaki sens mogło mieć cierpienie Fraszki? Jaki sens może mieć jej przedwczesna śmierć? Miała przecież tylko 8-9 lat.
  13. Ciesze się, że trafiłam na ten wątek. Od dzisiaj będę tu zaglądać systematycznie.Dotychczas nie otwierałam żadnych stron psów rasowych, bo nie sądziłam, że i tu można znaleźć pieski do adopcji. Miesiąc temu straciłam moją pon-kowatą sunię. Już dawno, wtedy gdy wydawało mi się to odległe choc nieuniknione, postanowiłam, że zaadoptuję jakiegoś nie chcianego pieska. Teraz przeglądam różne stronki adopcyjne i "złapałam się" na tym, że tak naprawdę to chciałabym znaleźć swoją sunię. Nie wiem czy to dobry pomysł, żeby jej następca (a raczej następczyni) była też pon-kowata, czy to zewnętrzne podobieństwo nie będzie dla mnie trudne? Ale wiem, że gdybym dzisiaj znalazła taką jej kopię, to pewnie nie miałabym problemu z podjęciem decyzji. Ścisnęło mi się serce na widok zdjęcia pon-ka z Wrocławia (tego z Twojego ostatniego postu), bo wygląda identycznie jak Punia. Mam nadzieje, że on tylko się zgubił i znajdzie jednak swojego pana (panią)- wygląda na zadbanego i niemożliwe, żeby ktoś porzucił takiego świetnego psiaka. Gdyby to była suczka, byłabym chyba skłonna jechać po nią nawet do Wrocławia. A może warto byłoby założyć taki sam wątek na adopcjach? Tam trafiłam na poszukujących ponkopodobnych piesków.
  14. Karolino, mam "dluższy staż" w przeżywaniu tego, co jak się okazuje przeżywamy bardzo podobnie. Po tych czterech tygodniach zrozumiałam, że nigdy nie dowiem się, czy gdybym wiedziała to co wiem teraz, Punia żyłaby dłużej. Ale wiem, że ja i jestem pewna, że TY, kiedy musiałyśmy już podjąć te trudne dla nas decyzje, podjęłyśmy najlepsze dla naszych piesków a nie dla siebie. Bo przyznam, że też myślałam wtedy o tym, żeby zaczekać jeszcze do jutra, żeby mieć ją (sunię) jeszcze tych kilka, może kilkanaście godzin dla siebie. Ale to byłby egoizm. Teraz staram się pielęgnowac te wszystkie dobre wspomnienia, chociaż skłamałabym, że udaje mi się zapomnieć o tych dramatycznych z ostatnich 2 dni.
  15. Przecież nie poddałaś się łatwo! Zrobiłaś na pewno wszystko, co w tej sytuacji było możliwe. Nawet gdybyś, tak jak piszesz czekała jeszcze tę jedna godzinę, to już pewnie bardziej dla siebie a nie dla Nuczki. Ona prawdopodobnie dzięki Tobie jest o te godzinę dłużej juz szczęsliwa i nie cierpi. Czytając Twoje wspomnienia o Nuczce, podziwiałam Was, jakie byłyście dzielne i jak wiele razy walczyłyście o to by tak długo byc razem . Współczuję Ci serdecznie i szczerze, ale jednocześnie troszeczkę zazdroszczę. Przeżywam rozstanie ze swoją sunią od 4 września. Ja nie mam wątpliwości, że wtedy w ten straszny poniedziałek nie mogłam już nic więcej zrobić, ale dręczy mnie poczucie winy, że może mogłam zrobić coś wcześniej- nie wiem tylko czy tydzien, miesiąc, czy może pół roku. Miała 14 lat i jeszcze 2 września myślałam, że mamy przed sobą dużo czasu. Pisałam tu o tym w różnych miejscach, więc nie bedę powtarzać a dopóki nie uporam się z tym co czuję, nie mam odwagi na wspomnienia na Tęczowym Moście. A mordka Twojej Nuczki tak bardzo mi przypomina moją sunieczkę.
  16. Niepotrzebnie obwiniasz siebie, ale też chyba męża. To był wypadek i jak w większości wypadków przyczyną była pewnie chwila nieuwagi. przecież Twój mąż nie wepchnął Tesi pod koła samochodu, nie spuścił jej ze smyczy, po to, żeby zginęła. A skoro w ogóle z nią wychodził na spacery, to może i ocena jego niechęci do psów jest niesprawiedliwa. No a już na pewno Ty nie mogłaś przewidzieć, że zdarzy się to co się zdarzyło.
  17. Grubcia znalazła domek? Bardzo się cieszę. Rozmawiałyśmy o niej w związku z ogłoszeniem na allegro (pamietasz?- sprawa psiego smalcu). To może mam szczęście, że historia pieska, która mnie zainteresowała, dobrze się zakończyła? Gdyby tak było, to byłabym równie szczęśliwa, gdyby i teraz był podobny finał.
  18. Rzeczywiscie, Twoje reakcje w czasie choroby Aresa śa niemal identyczne z moimi. Mała to pociecha, ale przynajmniej trochę pomaga mi zrozumiec to co sie stało. Ten zabieg na oczku Puni też robiłam w Krak-Vecie. I nie mam powodu, żeby narzekać, przeciwnie nie mam zastrzeżeń i wierzę nadal w fachowość pracujących tam lekarzy. Gdyby nie to, co stało sie teraz nie miałabym żadnych wątpliwości, czy diagnoza zmiany na powiece była trafna i czy późniejsze dolegliwości suni mogły być sygnałem rozwijającej się choroby. To teraz chciałabym to wiedzieć. Wtedy pewnie nie było wyraźnych wskazań do przeprowadzania badań a może chodziło też o to, żeby nie narażać na zbędne koszty? Nie wiem. Pretensje mam raczej do siebie, bo przecież sama mogłam poprosić o te badania. Inna sprawa, że kiedy leczyłam Punię z tej biegunki, podczas kolejnych wizyt trafiałam za każdym razem na innego lekarza. To jest właśnie wada klinik weterynaryjnych. A wcześniej Punia nie miała "swojego doktora", bo nie było takiej potrzeby- nigdy nie chorowała. Dopiero trzy tygodnie przed śmiercią suni trafiłyśmy do gabinetu blisko domu. Niestety za późno. Ale mimo tego co sie stało i chociaż i tu nie udało sie postawić trafnej diagnozy, żałuję tylko, że nie poszłam do tego weterynarza wcześniej. A na Tęczowym Moście na pewno za jakis czas będe wspominać Punię. Wcześniej jednak musze sie uporać nie tyle z samym rozstaniem, ale z tym wszystkim o czym pisałam poprzednio. Co do [B]nabłoniaka[/B]- mam nadzieje, że nie zaniepokoiłam Cię historią choroby Puni? Sądzę, że nie jest to tak niebezpieczny nowotwór i nie ma pewnie też niebezpieczeństwa przerzutów do narządów wewnętrznych. Ale oczywiście nie jestem w tej dziedzinie kompetentna. Sama przeczytałam wszystko co udało mi się znaleźć w internecie na temat guzów śledziony. I chociaż przeważnie były to informacje o niepomyślnym rokowaniu w ich leczeniu, to znalazłam wiele historii piesków, które po usunięciu śledziony z guzem wracały do zdrowia. W końcu doszłam do wniosku, że takie "gdybanie" nie ma sensu, nie tylko dlatego, że w moim przypadku jest już za późno. Może Ty też zaufaj opinii weterynarza, jeżeli nie przewiduje niczego groźnego. Ale badania kontrolne co jakiś czas pewnie nie zaszkodzą. Z tym, że ja jestem i pewnie juz pozostanę przewrażliwiona.
  19. Dziękuję za wsparcie. Czy Ty też dowiedziałeś sie o chorobie swojego psa, gdy juz było za późno na leczenie? Ja wiem, że od chwili kiedy zauważyłam, że moj pies jest chory a nie po prostu stary- zrobiłam wszystko. Tylko, ze to trwało dwa dni. Operacja, na która się zdecydowałam, była z góry skazana na niepowodzenie. Nie moge zrozumieć jak to możliwe, że nie wiedziałam wcześniej. Oczywiście, kiedy przez ostatnie 2 miesiące sunia nie mogła samodzielnie wychodzić po schodach, tez robiłam wszystko: wynosiłam ja na rękach na 3 pietro(ważyła 20 kg a ja 50!), kiedy zauważyłam, że zjada ziemię- poszłam natychmiast do weterynarza (zalecił witaminy)- to było 3 tygodnie przed śmiercią. Itd. Dbałam o nia, kochałam jak dziecko, a jednak nie widziałam, że jest w tak poważnie chora! A teraz wiem, że to co mnie niepokoiło, wypierałam ze świadomości. A co do Anastazji? Mimo wszystko jej współczuję, nawet jeżel jej zachowania są niezrozumiałe i być może nieodpowiedzialne. Pewnie- bardziej współczuję tym zwierzakom, które stały się Jej ofiarami, ale Anastazja w któryms miejscu tego wątku, wyjaśnia to i usprawiedliwia. Rzeczywiście jestem początkującą forumowiczką, ale właśnie po śmierci swojego pieska, zainteresowałam sie tymi stronami. Teraz pomaga mi to radzić sobie ze swoim żalem i jak sądzę tego samego może oczekiwac Anastazja. Dlatego akurat na tych szczególnie smutnych "tęczowych" wątkach krytyka jej postepowania z poprzednimi psami, wydaje się trochę krzywdząca. Bo Jej żal po śmierci Tess wydaje się szczery i akurat w tym wypadku, chyba rzeczywiście nie miała innego wyboru, niz uspienie psa. Może tylko mogła mu oszczędzic zbędnych cierpień, ale to staram się rozumieć przez pryzmat własnego doświadczenia.
  20. Przejrzałam dzisiaj Twój wątek i współczuję Ci tym bardziej, że dzieląc się na Tym forum swoim bólem po stracie Tess, naraziłas się na tak krytyczne komentarze. Sama rozstałam się ze swoim pieskiem 3 tygodnie temu. Zamierzałam o tym napisać, ale do tej pory było mi po prostu trudno, a teraz zaczęłam się obawiać, że ja też mogłabym się narazić na nieprzychylne komentarze. Też czuję się winna, chociaż okoliczności śmierci mojej suni były inne- miała nowotwór, o którym ja dowiedziałam sie dzień wcześniej! Nie byłam w stanie zdecydować się na uśpienie, więc oszukując siebie samą, zgodziłam się na operację, chociaż lekarz ocenił szanse jej powodzenia na 20%. I teraz myślę, że to mnie było łatwiej- łatwiej rozstać się z moim pieskiem, ale też łatwiej wtedy gdy nie byłam świadoma jej choroby. A może gdybym wiedziała byłoby inaczej- łatwiej dla Puni nie dla mnie. To nie jest mój pierwszy pies, którego straciłam. Wiele lat temu mój 2 letni spanielek też zginął pod kołami samochodu- z mojej winy!. Abi miał mnie pocieszyć po śmierci Kamy- pólrocznej suni, która zachorowała na parwowirozę. Wtedy czułam sie winna, że pozwoliłam jej cierpieć. Umierała dwa dni w strasznych męczarniach- nie mogłam uwierzyć, że nie wyzdrowieje. Sądzę, że strata kogoś bliskiego- obojętne czy to kochana osoba, czy zwierzę, jeżel nie zawsze to na pewno często, pozostawia poczucie żalu nie tylko związane z osamotnieniem, ale też z żalem, że czegoś nie zrobilismy, zaniedbali, nie powiedzieli itp. Ja nie mam wątpliwości, że Ty czujesz to co wszyscy wspominający tutaj swoje zwierzaki za Tęczowym Mostem. gdyby było inaczej z pewnością nie pisałabyś o tym co sie stało. Nawet jeżeli mogłaś coś zrobić inaczej, teraz to ma tylko takie znaczenie, że w przyszłości może uda Ci się uniknąć podobnych blędów. Tak samo jak mnie- z pewnością, kiedy zaopiekuję się następnym pieskiem, będę bardziej wrażliwa a może przewrażliwiona na nawet najbardziej banalne dolegliwości.
  21. W takim razie twój piesek miał jednak innego rodzaju narośl. Jeżeli nadal szukasz informacji o nabłoniaku może zapytaj na forum:[SIZE=2] [/SIZE][URL="http://www.krakvet.pl/forum/viewforum.php?f=5"][SIZE=2][COLOR=#800080]http://www.krakvet.pl/forum/viewforum.php?f=5[/COLOR][/SIZE][/URL]. Tam moderatorem jest lekarz weterynarii. Ja już nigdy nie dowiem się, czy diagnoza tej zmiany na powiece mojej suni była właściwa. Punia nie żyje od 3 tygodni, miała nowotwór na śledzionie, który prawdopodobnie rozwinął się w ciągu kilku dni. Nie mogłam i nadal nie moge sie z tym pogodzić i stąd próbuje szukać wytłumaczenia. A właśnie od czasu tego zabiegu na oczku zaczęłam obserwować u suni problemy zdrowotne, które przypisywałam jej starzeniu się. Kilka dni po operacji miała niedowład tylnych łapek, dwa- trzy dni potem krwawą biegunkę. Wtedy lekarz wspomniał, że jeżeli biegunka nie ustąpi, to trzeba będzie zrobić analizę krwi. Prawdę mówiąc sądziłam, ze może pobieranie krwi jest dla psa bolesne i dlatego nie chciał tego robić bez wyraźnych wskazań? Teraz żałuję, że jednak nie poprosiłam o to badanie, bo może juz wtedy były jakies zmiany świadczące o rozwijającym sie nowotworze. To działo sie w listopadzie. Później Punia miała trudności w poruszaniu się, które z tygodnia na tydzień nasilały się. W lipcu przestała wychodzic po schodach. Weterynarz sugerował, że to bóle stawów. W ostatnich 3-4 tygodniach jej życia pojawiły sie inne objawy: kaszel (diagnoza- przeziębienie), jedzenie ziemi (diagnoza- niedobór witamin). A to co najgorsze stało sie nagle: w sobotę- powiekszony, twardy i bolesny brzuszek, w niedzielę USG i wyrok: olbrzymi guz w jamie brzusznej, nic nie mozna zrobić. W poniedziałek- powtórne USG i potwierdzenie, że jest guz, ale mozna próbować operować (pies i tak nie przeżyje do jutra), szanse powodzenia -20%. Zdecydowałam się na to bardziej dla siebie, bo juz wtedy wiedziałam, że tylko się oszukuję. I rzeczywiście- guz sledziony, silnie unaczyniony, bardzo agresywny. Jeszcze jakieś zmiany na pęcherzu moczowym i chyba w jelitach. Niestety rzeczywiście nic juz nie można było zrobić. Piszę Ci o tym, bo potrzebuję to z siebie wyrzucić. Ale też z nadzieja, że moje doświadczenie może Cię uwrażliwić na różne pozornie niewinne dolegliwości Twojego pieska. No i dlatego, ze jak pisałam wyżej, ta zmiana na powiece, nie daje mi spokoju, bo mam wrażenie, że od tego wszystko się zaczęło. Ale weterynarz (nie ten, który robił wtedy zabieg) zapewnia, że to nie miało związku z chorobą Puni. Chociaż teraz to już bez znaczenia- Puni nie ma, ale właśnie dlatego jeszcze trudniej mi się z tym pogodzić i poradzić sobie z poczuciem winy. Wciąz myślę, że może gdybym wiedziała wcześniej, żyłaby dzisiaj. Miała 14 lat, to dużo, ale jeszcze 3 tygodnie temu myslałam, że będzie dużo więcej.
  22. dodaję: [SIZE=2] [/SIZE][URL="http://www.krakvet.pl/forum/viewforum.php?f=5"][SIZE=2][COLOR=#0000ff]http://www.krakvet.pl/forum/viewforum.php?f=5[/COLOR][/SIZE][/URL] - moderatorem na tym forum jest lekarz weterynarii z dobrej krakowskiej kliniki weterynaryjnej(polecanej często także przez dogomaniaków). Poza tematami dot. jest wiele innych kategorii dot. zwierzat domowych.
  23. Jak wygląda ta zmiana na powiece? Pytam, bo moja sunia miała kilka miesięcy temu zabieg usunięcia narośli na górnej powiece. Podobno nie wyglądało to na nowotwór (nie było badania histopatologicznego). To był czerwony guzek wielkości pestki wiśni. [quote name='Kasie']U mojego psiaka, mieszaniec w typie kaukaza usunięto z górnej powieki narośl. Badanie histopatologiczne wykazało, że to nabłoniak, nowotwór złośliwy. Przerzuty daje w okolice oczu lub nosa. CZy ktos z Was ma psa z tym nowotworem? Albo coś wiecej o nim wie? Mam tylko informacje książkowe. Nie wiem jak wygląda praktyka.[/quote]
  24. W pierwszej chwili Ci zazdrościłam- myślałam: Ty wiedziałes, że Twój pies był chory, miałeś czas, żeby przygotować się na to co nieuniknione. Ja rozstałam sie z moja sunią 2 tygodnie temu w poniedziałek. O tym, że ma raka i nic już nie można zrobić dowiedziałam sie dzień wcześniej. Nie uwierzyłam, zdecydowałam się na operację. I niestety- nie dało się nic zrobić. I czuję to samo co Ty i teraz już Ci nie zazdroszczę. Też nie rozstawałam się z Punią przez 12 lat. Ona miała 14, przez pierwsze 2 lata miała kochającą Panią i chociaż na mnie nie mogła narzekać, pewnie pamiętała to pierwsze rozstanie i dlatego nawet na spacery, które uwielbiała, nie godziła się z kimś innym. Nasze najdłuższe rozstania to kilkanaście godzin, kiedy musiałam dłużej zostać w pracy. Tak jak Ty wspominam wakacje nad morzem, wyprawy w góry. Ja też lubiłam długie spacery- ale z nią. Samej nie chce mi się wyjść nawet do osiedlowego sklepu. Ale wiem, że to z czasem się zmieni. Może inny piesek będzie chodził ze mną na spacery i będziemy razem jeździć nad morze. Ale nigdy nie dowiem się jak to mozliwe, że nie wiedziałam, że ona była tak ciężko chora, nie wiedziałam, że cierpi i być może narażałam ją na większe cierpienia. Nie zdążyłyśmy się nawet pożegnać. I boję się, że z tym nie uda mi się pogodzić
×
×
  • Create New...