Wróciliśmy właśnie ze spacerku. W szczerym polu zaeksperymentowałam i spuściłam Oskarka ze smyczy... I zachowywał się bardzo grzecznie. Kroczył spokojnie, gdy się oddalił za bardzo, zagwizdałam i wracał nieśmiałym truchtem, łaził po wyschniętym stawie (właściwie to jest dół po stawie) między zaroślami... On jest taki kochany, czemu nikt się nim nie intersuje?