Jump to content
Dogomania

joannasz

Members
  • Posts

    593
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by joannasz

  1. :roll: [FONT=Georgia]9.7.2006 niedziela[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] Czy dni, które wstrząsają naszym życiem, nie powinny zaczynać się jakimś drobnym ostrzeżeniem? Na przykład jakiś mały piorun walący w próg domu z pogodnego nieba? Taka drobna uprzejmość, a człowiek miałby się na baczności. Mógłby się pozamykać, odłączyć wodę, prąd i gaz i ukryć się pod kołdrą w otoczeniu najbliższych, żeby przeczekać i nie stwarzać niepotrzebnie nadmiaru złej karmy we wszechświecie. Dlaczego nie? A jednak nie. [/FONT] [FONT=Georgia] Piątek zaczął się spokojnie. Upał, ale powietrze suche, więc łatwy do zniesienia. Wychodząc do miasta, Garysia zostawiłam z Kają, więc bardzo nie rozpaczał. Sprzedawca na targu obiecał przekazać producentom moją prośbę o pogrubienie podeszwy w sandałach, więc opuściłam go pełna nadziei, z dwiema parami skórzanych, ażurowych pantofli i jednym nowym sandałem. U fotografa zamówiłam zdjęcia zwykłe, nie ekspresowe, więc efekt wysiłków miłej młodej damy, niemożliwy na razie do obejrzenia, nie zepsuł mi humoru. Ponadto owa młoda dama powitała mnie tak czule, jak cudem odzyskaną krewną, czym wprawiła mnie w miłe osłupienie. Tym większe, że w czasie mojej pracy w gazecie, gdy co tydzień zostawiałam u nich do wywołania zdjęcia, traktowała mnie jak somnambulik wzór na podłodze. Nie jestem pamiętliwa, więc powitałam ją równie serdecznie i potulnie poddałam się kosmetyce korekcyjnej. To znaczy obfitemu posypywaniu pudrem, bowiem twarz mi się świeciła. Jasne, że się świeciła, bo przed wyjściem potraktowałam ją kremem rozświetlającym. Od pudru zaraz ścierpły mi zęby i paznokcie. Tak już mam. Potem posłusznie odwracałam główkę w jedną, a ciało w drugą stronę, prostowałam plecki i odsłaniałam uszko. [/FONT] [FONT=Georgia] Zaraz potem poszłam załatwiać okrutnie skomplikowane sprawy urzędowe, a raczej odświeżać znajomości i szukać kontaktów, żeby te sprawy w najbliższej przyszłości udało się gładko załatwić. Szło mi jak z płatka i już samo to powinno we mnie wzbudzić podejrzliwość. Ale nie wzbudziło. W mięsnym po raz pierwszy w życiu trafiłam na coś pod tytułem kolanka. Mięsa na tym było sporo, prawie jak na golonce, to co, że wieprzowina, przynajmniej wiadomo, co to jest, nie jak w suchej karmie, gdzie w połowie spisu składników szukam telefonu na najbliższy oddział toksykologii. Poza tym sam kolagen i inne takie kleiste, w sam raz do dobrego rozwoju ścięgien i więzadeł. Garyś muzułmaninem nie jest, a wieprzowinę lubi. [/FONT] [FONT=Georgia] Późnym popołudniem Kaja i jej wielka torba opuściły nas na tydzień. Wzięłam Gareta do ogródka, żeby ukoić jego żal. Kiedy już przyprawił o apopleksję wszystkie koty, rył sobie gdzieś w pobliżu, w fasolce szparagowej. Tym razem leżałam pod wierzbą, w bliższej ulicy części ogródka, bo tam jeszcze świeciło słońce. Szum cholernych samochodów bardziej czułam, niż słyszałam. Nagle coś mnie zaniepokoiło. Jakaś cisza. Nie cisza w sensie dosłownym, bo hałas wcale się nie zmniejszył, to był jakiś szczególny rodzaj ciszy. Uniosłam się.[/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś?... [/FONT] [FONT=Georgia] W tym momencie dobiegł mnie z daleka pisk hamulców i rozpaczliwy płacz psa, a zaraz potem głosy ludzkie. [/FONT] [FONT=Georgia] -O Boże, samochód potrącił jakiegoś psa! – pomyślałam z bólem. Nagle procesy kojarzeniowe ruszyły mi pełną parą. Zerwałam się na równe nogi, odruchowo wciągając sukienkę. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś?! Garet!!! – wiedziałam, że wołam zupełnie niepotrzebnie, ta cisza, to było odczucie braku drugiej istoty w pobliżu. Runęłam do furtki prowadzącej na parking i główną ulicę. Skrawkiem świadomości zarejestrowałam, że była zamknięta, bo przez kilka sekund szarpałam się z zasuwką. Sto metrów niżej, po przeciwnej stronie tej cholernej ulicy, zobaczyłam grupę ludzi pochyloną nad niskim żywopłotem. Pisk hamulców uzmysłowił mi, że właśnie przebiegłam na drugą stronę jezdni. Wciąż żyłam, ale czułam, że nadciąga zawał. Tym bardziej, że moja wyobraźnia pracowała pełną parą. I właśnie pokonałam setkę w trzy sekundy. W żywopłocie, wciśnięty bokiem w gałęzie, leżał Garyś. Żywy! Przyglądał się otaczającym go twarzom z bolesnym zdumieniem, trzymając w górze pokiereszowaną prawą przednią łapkę. Na mój widok uśmiechnął się przepraszająco i pomachał końcem ogonka. [/FONT] [FONT=Georgia] -O Boże, Garet. Jak ty wyszedłeś? O mój Boże! – mieszanina ulgi, paniki, nieukierunkowanej nienawiści i niedowierzania spowodowała, że zaczęło mi się robić słabo. –Jak ty się wydostałeś? – mamrotałam nieprzytomnie. –Ty cholerny idioto![/FONT] [FONT=Georgia] -To pani pies? Chyba ma złamaną łapę. Wpadł pod samochód. [/FONT] [FONT=Georgia] -Widzę – warknęłam wrogo. Złość wybiła się na pierwszy plan i siły mi wróciły. W tej samej sekundzie uprzytomniłam sobie, że Artur pojechał na urlop za granicę, a Jacek już skończył przyjmować. A namiarów na innego weterynarza nie mam. –Ktoś mnie musi zawieźć do weterynarza! – mówiłam jednocześnie. Mówiłam też różne inne rzeczy, których nie pamiętam. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ja panią zawiozę – wymamrotał jakiś młody człowiek o bladej, nalanej twarzy, wskazując na czarne bmw z otwartymi drzwiami, stojące nieopodal. Następnego dnia sąsiedzi mi uświadomili, że to on potrącił psa. Ale i tak nie miałabym pretensji. Garet w pogoni za jakimś kotem sam wskoczył mu pod koła. Jestem mu głęboko wdzięczna, że nie jechał szybko. Że się zatrzymał. Że zaproponował pomoc, podczas gdy moi sąsiedzi stali jak słupy. [/FONT] [FONT=Georgia] Androgyniczny anioł posłusznie zaniósł Gareta do samochodu i został z nim, czekając aż wrócę z torebką.[/FONT] [FONT=Georgia] Wpadłam do domu, uprzednio znowu przebiegnąwszy kompletnie na oślep ulicę i wrzasnęłam do mojej matki:[/FONT] [FONT=Georgia] -Garet wpadł pod samochód! Pożycz mi pieniądze! Nie wiem, jak wyszedł! To przeklęte, rozpadające się ogrodzenie! Ta pieprzona bieda! – darłam się, trzymając przy uchu komórkę. –Nie, pięćdziesiąt złotych to za mało! Cholera, Jacek nie odbiera! – nadal trzymając przy lewym uchu komórkę, trzęsącymi się palcami wybierałam numer na stacjonarnym. Zdaje się, że ryczałam coś o dwumetrowym murze i nadużywanych seksualnie warunkach, które skazują ludzi na żałosną egzystencję oraz o narządach męskich, które przyczyniają się do pogłębiania tych absurdów, używając prostych, jednowyrazowych określeń. Stan skrajnej histerii nieco mi osłabł, kiedy w słuchawce stacjonarnego usłyszałam flegmatyczny głos Jacka. Spokojnie wysłuchał moich wrzasków i zdaje się, zapewnił, że będzie czekał. Po drodze na przemian użalałam się nad Garetem i wymyślałam mu od naiwnych, zidiociałych samobójców. Garyś siedział spokojnie, wachlując rzęsami i popłakując, gdy dotknął czegoś łapą, która puchła w oczach. Facet za kierownicą musiał radzić sobie sam, ponieważ udzielałam mu niezwykle precyzyjnych informacji typu:[/FONT] [FONT=Georgia] -To chyba będzie w lewo. Albo w prawo? I taki niewykończony, duży dom po lewej. Nie, po prawej? Ze żwirowanym podjazdem. Chyba z czerwonej cegły. Albo brązowej. No, w każdym razie ma na widocznym miejscu duży, zielony krzyż. A może już przejechaliśmy? [/FONT] [FONT=Georgia] Kiedy wyniósł Gareta z samochodu, podziękowałam mu serdecznie, bo pieniędzy nie chciał. Zaoferowałam chęć odwdzięczenia się i Garet przeszedł w ręce Jacka. Facet upewnił się jeszcze, czy będę miała czym wrócić, odparłam, że tak, bo Jacek obiecał nas odwieźć. Chyba myśl o tym, że możemy zażądać noclegu, wprawiła go w przerażenie. Naszła mnie refleksja, że ludzie ubodzy nie powinni hodować nic większego od szczura. Nic, czego nie mogliby donieść do lekarza na własnych rękach. Lekarz właśnie badał Garetowi źrenice. Potem całą resztę. Przy łapie zawyliśmy obydwoje. To znaczy Garet i ja, ja chyba głośniej. Trudno, naprawdę mnie zabolało. To tyle na temat dojrzałego, pełnego opanowania zachowania. Ilekroć zjawiam się u Jacka, prezentuję osobliwe stany psychiczno-emocjonalne. Od lekkiego rozkojarzenia do pełnoobjawowej histerii. Garyś, aczkolwiek lekko oszołomiony, zachowywał się spokojnie. [/FONT] [FONT=Georgia] Jacek właśnie przedstawiał mi swoją teorię, jak wyglądało to potrącenie, bo w gruncie rzeczy pies jest lekko poturbowany i być może łapa nie jest nawet złamana, choć nastąpiło duże wynaczynienie, to ruchomość jest zachowana, ale nie chciałam słuchać. Od makabrycznych scenariuszy mam swoją wyobraźnię. Zaaplikowawszy potulnemu pacjentowi dwa zastrzyki powiedział, że musimy poczekać do poniedziałku, aż obrzęk zejdzie. Żeby ewentualnie założyć gips. Bo są dwie szkoły...[/FONT] [FONT=Georgia] -Zdaję się na ciebie – przerwałam mu szybko, niezdolna słuchać o jakichkolwiek szkołach. Inteligentna jestem, więc wiem, że ze swoim kolanem trafiłam na tę drugą. Waldi na izbie przyjęć ściągnął mi szklankę płynu i unieruchomił nogę na trzy tygodnie. Potem okazało się, że mam zerwane trzy więzadła. A w nadgarstku jest ich jeszcze więcej niż w kolanie. Dlatego doskonale sobie zdaję sprawę, że w gruncie rzeczy złamanie rokuje lepiej. I pamiętam, jak cholernie boli taka opuchnięta kończyna z rozerwaną torebką stawową. Jajko można znieść. Kwadratowe, z sękami. Jacek poprosił, żebyśmy cierpliwie poczekali, bo będzie mógł pojechać dopiero, gdy jakiś budowlaniec skończy swoją działalność w drugiej części domu. Nie, papierosa nie ma, bo nie pali i tak, zniesie Gareta ze stołu. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie za skórę!!! Ty sadysto!!! – wrzasnęłam tak okropnie, że omal nie wypuścił równie zaskoczonego Gareta z rąk. –Przecież to boli![/FONT] [FONT=Georgia] Jacek próbował mi wytłumaczyć, że psy mają inną skórę.[/FONT] [FONT=Georgia] -Tak, ładniejszą – warknęłam rozcierając Garetowi kark. Pokuśtykaliśmy do poczekalni. Garyś napił się trochę wody z miski, którą napełnił mu Jacek. Zaraz potem rozejrzał się z zaciekawieniem i poczłapał obwąchiwać okolicę. Zbadał dokładnie cały gabinet i poczekalnię. Odciągnęłam go od miejsc, które wzbudziły jego najżywsze zaciekawienie i zamknęłam drzwi do gabinetu. Przy pomocy papieru toaletowego i mydła w płynie usiłowałam odczyścić nas oboje z wydzieliny jego gruczołów okołoodbytniczych, bo cuchnęliśmy straszliwie. Po tych zabiegach cuchnęliśmy nadal, ale byliśmy mokrzy. I obrani w białe strzępki papieru. Garyś, gładko wszedłszy w rolę gospodarza, serdecznie powitał kolejnego pacjenta. Małego, starego pieska niesionego na rękach swojej pani, która wzdrygnęła się nerwowo na karesy Gareta i obronnym gestem przytuliła swojego pupila. Pupil był żywym dowodem na to, że w miłości wygląd nie gra roli. [/FONT] [FONT=Georgia] -Proszę się nie bać, to szczeniak – uspokoiłam ją.[/FONT] [FONT=Georgia] -Skąd mogłam wiedzieć? Taki duży – warknęła wrogo. Wybaczyłam, bo była w takim stanie, jak ja jeszcze chwilę przedtem. Coś się psinie strasznego dzieje...[/FONT] [FONT=Georgia] -Panie doktorze! Nie wiem, co się stało! Byliśmy w lesie, i nagle przestał chodzić na łapę... Coś sobie wbił?! – zawołała rozpaczliwie. [/FONT] [FONT=Georgia] -Proszę go postawić – wymamrotał Jacek. [/FONT] [FONT=Georgia] Porost, poczuwszy ziemię pod łapami, podreptał raźno przed siebie całkowicie kompletnym, bezawaryjnym krokiem. No. I tu zdarzają się cudowne ozdrowienia. Garyś sapał wydzierając się z moich objęć, pełen rozżalenia, że nie może sprawdzić, co to jest ten czarny, ruchomy punkt na podłodze. Najwyraźniej doszedł już do siebie, w przeciwieństwie do mnie. Ale starałam się. Po godzinie, na trawniku przed domem, próbowałam zagaić towarzyską rozmowę. [/FONT] [FONT=Georgia] -Patrz, Jacek, czy on nie ma sylwetki, jak pies myśliwski? – zapytałam wskazując z dumą na Gareta, który rozglądał się wokół bystrym wzrokiem, nastawiwszy bardzo myśliwskie uszy. [/FONT] [FONT=Georgia] -O, tak. Zajmuje się polowaniem na samochody – odparł szyderczo Jacek. –Lepiej go trzymaj, żeby tu nie wyskoczył na ulicę. [/FONT] [FONT=Georgia] Zamilkłam, zniechęcona porażką. Jacek ostrożnie wniósł Gareta do samochodu. Trzymając go pod pachy, co skwitowałam niechętnym spojrzeniem. Przed moim domem wynosił go już normalnie, obiema rękami pod brzuch. Mamrotał przy tym, że tak się psa nie nosi, bo łatwo może ugryźć. [/FONT] [FONT=Georgia] -No to przecież nie taki szczeniaczek! – powiedziałam z niezadowoleniem. Jak psina waży trochę ponad dwadzieścia kilo, to od razu każdemu się wydaje, że go pożre na surowo, w ośmiu kęsach. [/FONT] [FONT=Georgia] Moja matka przytomnie wyłączyła gotujące się, zapomniane kolanka, więc na kolację Garyś zeżarł trzy talerze pachnącego, kleistego mięsa. Idealna dieta przy jego kontuzji. Pół nocy przechodziłam, byłam zbyt podminowana, żeby zasnąć. W całym pokoju porozkładałam skóry, żeby pies się nie pośliznął i żeby było mu miękko, gdyby chciał się położyć. Garet przez chwilę obserwował moją krzątaninę, po czym wylazł na fotel i zasnął głęboko.[/FONT] [FONT=Georgia] Przez kolejne dwa dni był znacznie bardziej spowolniały niż zazwyczaj, ale to normalne przy tak spuchniętej łapce. I bardzo dużo pił. Może dlatego, że niemal bez przerwy jedliśmy. Chyba mamy ten sam mechanizm redukcji stresu. W nocy okazało się, że z wyjątkiem jakichś ziaren i Garetowego mięsa zjedliśmy wszystko. Ale znalazłam jeszcze paczkę muesli tropikalnych i mleko skondensowane. Zjedliśmy to na pół. Ja przez te dwa dni przytyłam o kilogram, nie wiem, jak Garyś, bo wygląda jak czarna suczka w zaawansowanej ciąży. [/FONT] [FONT=Georgia] Obrzęk jakby lekko się zmniejszył, ale wciąż nie wygląda to dobrze. Krzyczymy przy urazach. Garet stara się nie zmieniać trybu życia, robi to samo, co zwykle, tylko wolniej. Śpi dużo więcej i domaga się więcej czułości. Koty przyglądają mu się podejrzliwie, ale tylko Koleś, który ma szlachetne serce i nie jest pamiętliwy, ułożył się po drugiej stronie talerza z mięsem i karmiłam go na równi z Garetem. A psu ból wyzierał z oczu. Tym razem nie fizyczny. Za to w niedzielę wieczorem ulżył sobie. Na trzech łapach, ale tępił każdego kota, który pojawił się w zasięgu wzroku. [/FONT] [FONT=Georgia] W sobotę dokonałam inspekcji ogrodzenia. Jedna z płyt meblowych, przy głównej bramie, była odchylona. Prawdopodobnie Garet właśnie tędy podążył na randkę ze śmiercią. Ale jakim cudem przecisnął się między prętami odległymi od siebie o piętnaście centymetrów? Podczas wzmacniania zasieków śledził nie bardzo uważnie. Zbudowałam barykady podparte pustakami, ale to nie to, co mój wymarzony dwumetrowy mur… Żeby zawlec pustaki na właściwe miejsca, musiałam przypomnieć sobie wypadek, bo bez adrenaliny w żaden sposób nie byłam w stanie ich ruszyć. Na furtkę założyłam okrutnie zardzewiały, ale mocny łańcuch i solidną kłódkę. Z kolei furtkę przy drzwiach frontowych zamknęłam na głucho i klucz wyjęłam, chociaż zwykle w niej tkwi, żeby ci, którzy muszą, dotarli do drzwi, bo domofon mamy taki bardziej akustyczny – trzeba stanąć i wrzeszczeć. Mamusia w milczeniu śledziła moje poczynania. Chyba czuła, że nie ma sensu protestować. Przynajmniej do momentu, dopóki nie zacznę okien zabijać gwoździami. [/FONT] [FONT=Georgia] Wychodząc do sklepu po jajka musiałam zmobilizować całą siłę woli, a przejście przez ulicę wyzwoliło we mnie całą falę lęków. To nie tak miało być! Garet powinien to przeżycie potraktować jako nauczkę, a tymczasem we mnie wyzwalają się jakieś fobie. Garyś zaś rozwala się na fotelu wystawiając do góry brzuch i chorą łapę jako element przetargowy. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie, mój śliczny. Chora łapka miała cię nauczyć, że świat nie jest bezpiecznym miejscem, które pragnie cię przytulić do wezbranej czułością piersi, a nie tego, że resztę życia spędzę teraz na drapaniu cię po brzuchu![/FONT]
  2. [FONT=Georgia]7.7.2006 czwartek[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] Lato nadrabia zaległości. Pogoda jak kryształ. Wszystkie rośliny w ogródku spopielałe. Aż żal patrzeć, jak się kruszą, ale obłędna cena wody w naszym mieście, plus cena ścieków, znacznie od niej wyższa, powodują, że uruchomienie węża i systematyczne podlewanie ogródka równałoby się samobójstwo finansowemu. Ciekawe, dlaczego żaden geniusz nie wpadł na to, żeby właścicielom posesji odliczyć w lecie jakąś część ścieków. Wtedy ogrody mogłyby przypominać oazy zieleni, a nie nieudany eksperyment zalesiania pustyni. Zwłaszcza na naszym terenie, gdzie urodzajna gleba składa się w stu procentach z piasku, a kurek deszczu w niebie zakręcany jest z nadejściem kalendarzowego lata. Chyba że się ktoś zagapi. [/FONT] [FONT=Georgia] Kaja, rozgrzebując gorący popiół, sadziła rośliny, które od wczesnej wiosny hodowała w nieużywanym pokoju na piętrze. Przyglądałam się temu ze współczuciem, bo przedsięwzięcie wydawało się z góry skazane na niepowodzenie. Z litości nie uświadomiłam jej, że na samo podlanie sadzonek i tego, co jeszcze przejawiało w najbliższej okolicy ślady życia, zużyła wody za ponad dziesięć złotych. Wliczając w to cenę nieistniejących ścieków, oczywiście. Pod wierzbą mandżurską, wyjątkowo odporną na suszę, postawiłam sobie półlitrowy kubek herbaty z cytryną. Byłam przyjemnie rozluźniona, bo świadomość, że następnego dnia nie muszę iść do pracy, wpływała na mnie wyjątkowo kojąco. Garyś testował szybkość kotów. Co kilka minut dopadał wiadra z wodą, żeby uzupełnić utratę płynów. W przerwach zatrzymywał się przy Kai, z powodzeniem próbując rozwiązać jej górę od stroju. Szło mu coraz lepiej, ale Kaja z niezrozumiałych powodów była coraz bardziej zirytowana. Plecy miała oślinione i pokryte smugami błota, bo z uporem zawiązywała to, co pies tak pracowicie rozwiązał. [/FONT] [FONT=Georgia] -O rany, nie bądź taką purytanką, czytałam, że w tym roku topless jest modny. [/FONT] [FONT=Georgia] -Mamuś![/FONT] [FONT=Georgia] -No, co? Za dwadzieścia lat będziesz sobie owijała biust dookoła łokci, żeby ci w grządki nie wchodził, ale na razie wszystko jest OK.[/FONT] [FONT=Georgia] -Mamuś!!! A w ogóle, to sobie lepiej pilnuj herbaty. Garet nad nią siedzi.[/FONT] [FONT=Georgia] -Tylko się przygląda. Przecież nie będzie...[/FONT] [FONT=Georgia] -A dlaczego nie?[/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś! – porwałam kubek, z którego wypadł długi, różowy jęzor. –Kaju, przynieś jakąś miseczkę, pies chce spróbować. [/FONT] [FONT=Georgia] -Już spróbował. Niby skąd ci wezmę miseczkę? – warknęła Kaja ocierając przedramieniem spocone czoło. [/FONT] [FONT=Georgia] -Pod ścianą leży ta srebrna w kształcie jabłka. Koty z niej piły. [/FONT] [FONT=Georgia] Kaja przyniosła umyte naczynie, z którego Garet wychłeptał pół kubka herbaty, mrużąc z zadowolenia oczy. Ja wypiłam resztę. Ostatecznie zanurzył w niej języczek tylko raz.... [/FONT] [FONT=Georgia] Moje dziecko przed wyjazdem nad morze, dokąd wybierało się z koleżanką ze studiów, okazało się bardzo pracowite. Niestety, Garet był równie aktywny. Kiedy Kaja, usunąwszy z płyty przed domem ślady ostatniego gradobicia, wnosiła przez furtkę wiadro ze śmieciami, mały szatan wymknął się na zewnątrz. Byłam w kuchni, ale natychmiast zorientowałam się, co się stało. Za oknem przemknęła mi sylwetka Kai przymilnie nawołującej Gareta. Wypuściłam z ręki nóż i wypadłam przez drzwi frontowe, potem na ulicę. Wzdłuż ulicy, na szczęście tej bocznej, posuwał się w radosnych pląsach nasz pies, kawałek za nim przygięta do ziemi Kaja z wyciągniętą ręką, a za nimi ja usiłując wydobyć sensowny dźwięk ze ściśniętego paniką gardła. Na mój widok Garet zawahał się, ale jednak ruszył dalej. Na szczęście poboczem szła jakaś jejmość. Garet, ujrzawszy ją, rozmerdał się ze szczęścia, nie zważając na to, że baba z daleka ziała wrogością. Miłośnie polizał ją po ręce, którą natychmiast wyszarpnęła z obrzydzeniem. Wtedy dopadła go Kaja i porwała na ręce. Baba oddaliła się z miną głęboko zdegustowanej ropuchy, ale poczułam, że ją kocham. Uśmiechnięty szeroko kretyn zwisał sapiącej Kai z drżących z wysiłku i furii ramion i przyglądał się z zaciekawieniem ślicznym, mijających go łukiem samochodzikom. [/FONT] [FONT=Georgia] Dopiero w kuchni na dobre odzyskałam głos. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ty głupi, cholerny, pieprznięty, bezgraniczny idioto!!! NIE WOLNO WYCHODZIĆ ZA FURTKĘ!!! Myślisz, że masz dziewięć żywotów, jak mityczny kot?! No to właśnie jeden wykorzystałeś! Wszystko za ogrodzeniem jest fe! Samochody są bardzo fe! Cały ten obrzydliwy świat za furtką jest fe! – Garet słuchał uważnie, choć lekko zdumiony moją pasją. Wreszcie ułożył się na fotelu i zapadł w spokojną drzemkę trzepocząc co jakiś czas długimi rzęsami. [/FONT] [FONT=Georgia] Jak każdy, miewam mrożące krew w żyłach koszmary. Ale treścią moich jest sytuacja, gdy ginie mi pies czy kot, szukam rozpaczliwie i nie mogę go znaleźć, a on tam gdzieś jest, wylękniony, zabłąkany, nie rozumiejąc, dlaczego został sam. Albo pies czy kot zostaje ranny, a ja nie mam przy sobie telefonu albo nie mogę odczytać numeru do weterynarza, mimo iż wpatruję się w wyświetlacz jak sroka w gnat. Jakieś chodzące trupy czy inne klasyczne makabry to przy tym rozrywka. Po takim śnie humor mam zepsuty na dłuższy czas i nie opuszcza mnie mdlący niepokój. Kaja, rasowa pragmatyczka, wyśmiewa te moje obsesje. Ale trwają, zakorzenione mocniej, niż zęby. Powiedziałabym nawet, że w przeciwieństwie do zębów – umacniają się. W końcu od dziesięciu lat mieszkam przy skrzyżowaniu dwóch ulic. Jedna jest dość ruchliwa, druga bardzo ruchliwa. Na tej głównej spora odległość od miasta i długi odcinek prostej działają na kierowców jak amfetamina. Kopyto spada im na gaz i tak już zostaje, do czasu, aż przypomną sobie, że można jeszcze przetestować hamulce. Na podporządkowanej musi być jakiś niekorzystny splot cieków wodnych, bo prowadzący, ukołysani pomrukiem silnika, zapadają w coś w rodzaju transu, z którego wyrywa ich dopiero widok znaku STOP, zamontowanego przy naszej furtce. Wskakują więc obiema stopami na pedał hamulca, zatrzymując się z okrutnym piskiem i zgrzytem w jednej trzeciej skrzyżowania, cofają pospiesznie, a żwir spod kół wali w maskę jadącego za nimi. Ale już za chwilę wpada im w oko kusząca prosta płaszczyzna wiodąca w dół i oba te kopyta spadają im mimowolnie na pedał gazu. Ruszają z wizgiem wyrywając asfalt zadnimi łapami. Słyszę to kilkaset razy na dobę i jeżą mi się wszystkie włosy na ciele. Żeby przejść na drugą stronę tej przeklętej głównej ulicy, trzeba rozwinąć zręczność torreadora. Albo zacisnąć powieki i umacniać się w wierze w przeznaczenie. Od kiedy tam mieszkam, nigdy nie widziałam w tej okolicy policjanta. To znaczy policjanta z drogówki na służbie, bo sąsiada widuję dość często w ogródku, a i mnie odwiedza czasami zaprzyjaźniony komendant, ale z innej gminy, więc nie mogę interweniować. Rozumiem, że większość czasu policjanci spędzają na wypełnianiu nikomu niepotrzebnych formularzy i na ulicę wypadają tylko na chwilę, po kanapki do pobliskiego baru. W przerwach między pisaniem, ci wyżsi rangą, uczestniczą w niezliczonych odprawach, gdzie zapewne omawiają spektakularne sukcesy w walce z przestępczością, udane imprezy w przedszkolach i szkołach oraz niedobory finansowe. Uważam, że to chwalebne, iż niedługo każdy czterolatek z profesjonalną wprawą będzie umiał zapiąć i otworzyć kajdanki oraz bez wahania określić, gdzie pies policyjny ma przód, a gdzie tył. Ale postuluję, żeby policja zmniejszyła nieco swoje doły finansowe dając mandaty tym potencjalnym mordercom, którzy gonią swoje dziecięce marzenia o zostaniu kierowcą rajdowym z prędkością sto czterdzieści na godzinę w terenie gęsto zabudowanym. [/FONT] [FONT=Georgia] To wszystko oraz kilka innych czynników powoduje, że obsesyjnie marzę o zamieszkaniu w zacisznej okolicy, w domu otoczonym dwumetrowym murem, gdzie jedynym sąsiedztwem będzie szpital i klinika weterynaryjna. Tak na wszelki wypadek. [/FONT] [FONT=Georgia] Garyś, odespawszy głębokie rozczarowanie wywołane brutalnym przerwaniem jego zapędów eksploracyjnych, błyskawicznie wrócił do pełnej formy. Biegał po domu jak czarny piorun kulisty, niemożliwy do powstrzymania. W tej samej chwili był w kilku miejscach i w każdym robił jakąś szkodę. Ledwie wypuścił z pyska połowę zawartości kosza na śmieci, już trzymał w nim moją kartę kredytową albo komórkę Kai. Za sekundę stał na dwóch łapach przy komodzie i zabierał się do ogryzania kwiatka. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś, uspokójże się, do cholery, zostaw tego niecierpka![/FONT] [FONT=Georgia] -Niecierpka? – zapytała drwiąco Kaja zerkając na żałosne badyle wystające z doniczki. [/FONT] [FONT=Georgia] -No, faktycznie, jakoś słabo wygląda – przyznałam. –Chyba przesadzanie mu zaszkodziło...[/FONT] [FONT=Georgia] -Wątpię. Po prostu u nas występuje unikalne zjawisko cofania się ewolucji – zawyrokowała moja córka.[/FONT] [FONT=Georgia] -No to może przesadź go do ogródka?...[/FONT] [FONT=Georgia] -Mamuś. Do naszego ogródka? Może pod twoją czereśnię? – uśmiechając się drwiąco poszła zakładać zatrzaski magnetyczne do szafki pod zlewem.[/FONT] [FONT=Georgia] Skończyły mi się argumenty, czereśnia bowiem była dobrym przykładem na poparcie teorii Kai. Kupiłam ją kilka lat temu, wyglądała bardzo obiecująco, miała nawet kilka kwiatków. Oczywiście z tych kwiatków nic nie wynikło, a w każdym kolejnym roku wyraźnie się kurczyła, choć nie obsychała. Ostatecznie zamieniła się w pień zaopatrzony w kitkę dorodnych liści na samym czubku. Ani chybi samiec, podobnie jak oba okazałe orzechy włoskie. [/FONT] [FONT=Georgia] Garet przystopował na chwilę, bo pojawiło się jedzenie. Pożarł sześć kotletów z żółtego sera, masę sałaty, kilka porcji borówek ze śmietaną, wreszcie wykończył też swoje żarcie i nadal wyglądał na wściekle głodnego. Oczekując na świeżą dostawę kalorii, ruszył dzikim kłusem wokół pokoju.[/FONT] [FONT=Georgia] -Nie biegaj, bo zwymiotujesz! – upomniałam go. Przyhamował na dywaniku pod kaloryferem, zrobił głęboko zamyśloną minę i zanim zdążyłam zareagować, stał nad wielką stertą tego, co przed chwilą wrzucił do żołądka.[/FONT] [FONT=Georgia] -No pięknie – westchnęła Kaja i pomaszerowała po papierowe ręczniki. Garet szybko ochłonął i zaczął szperać po domu, szukając czegoś, czym mógłby uzupełnić powstały ubytek. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie, kochanie. Chwila przerwy. Nie będziemy hodować bulimika – oznajmiłam stanowczo. Zmartwiony, wylazł na fotel, obrócił się do mnie tyłem i zawisł na poręczy wpatrując się z przygnębieniem w półkę z książkami. A przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie usłyszałam dyskretnego mlaskania. Kiedy się obejrzałam, zobaczyłam język Gareta pracowicie opróżniający kubek z herbatą Kai. Nauczony doświadczeniem, nie wylazł na stolik na kółkach, ale przechylił się przez poręcz fotela. Pił z wdziękiem i właściwą sobie schludnością. Zamierzałam nic Kai nie mówić, ale chyba by nie uwierzyła, że pół kubka herbaty wyparowało w takim tempie, upał nie upał. Niestety, okazało się, że nie do końca podziela mój zachwyt świeżo nabytą umiejętnością Gareta. A Garyś, pokrzepiwszy się odrobinę, gdzieś potuptał. Wieczór i noc to jego ulubiona pora, nie będzie jej marnował na spanie. [/FONT] [FONT=Georgia] -Mamuś, ty nie słyszysz?![/FONT] [FONT=Georgia] -Co znowu? [/FONT] [FONT=Georgia] -No przecież on znowu grzebie w szafce babci! Garet! Chodź tu, zostaw! – popędziła przez kuchnię i za chwilę oboje szamotali się obok mnie. Czekolada wypadła, ale większość cynfolii nadal tkwiła w psyku Gareta. Trzeba było naszych zmasowanych wysiłków, żeby mu to odebrać. Ten pies staje się recydywistą. Zaledwie parę dni wcześniej zrobił napad na szafkę babci, uprowadzając stamtąd opakowanie cukierków kawowych, których za nic nie chciał oddać. Wydzierali je sobie z Kają w zaciętym milczeniu. Na szczęście Kaja wygrała. Połączenie pobudzonego Gareta z taką dawką kofeiny zamieniłoby nasz dom w gruzy. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś, uspokój się wreszcie. Nie przeginaj, bo zaczynam być zdenerwowana. [/FONT] [FONT=Georgia] Zdenerwowana byłam istotnie, bo przypomniało mi się, że korzystając z wolnego dnia powinnam iść do fotografa, żeby zrobić sobie zdjęcie do nowego dowodu. I to nie tylko dlatego, że lada moment wymyślą pewnie jakieś kary pieniężne dla opieszałych. Po prostu mój stary dokument składa się z kilku tomów, niezupełnie kompletnych, i wygląda jak starodruk, który resztkami sił przetrwał kilka wojen, powódź, pożar i inwazję gryzoni. Sama na niego nie mogę patrzeć. Tym bardziej, że pośrodku tej ruiny tkwi moje zdjęcie, na którym mam krótkie włosy. Parę razy w życiu zrobiłam sobie taką fryzurę w przypływie ataku depresji. Włosy, ucięte w pół skrętu, tworzą na czubku głowy wielki czub, a po bokach dwa ukwiały. Do tego wzrok rozjuszonego psychopaty. Nic na to nie poradzę, na każdym pozowanym zdjęciu wyglądam jak seryjny morderca. Połowa winy leży po stronie fotografa. Siadam na krześle może trochę zirytowana, ale pełna dobrej woli i starając się rozluźnić twarz. Już po chwili okazuje się, że krzesło oraz inne akcesoria są przystosowane dla ludzi przeciętnego wzrostu. Rozumie się, przestawienie tego wszystkiego wymagałoby nieco wysiłku, o wiele łatwiej mnie wcisnąć w ziemię. Zgarbiona, tracę szyję, a w zamian zyskuję kilka podbródków umieszczonych bezpośrednio na klatce piersiowej. Po ustawieniu głowy bokiem i skierowaniu wzroku w przeciwną stronę zyskuję też potężnego zeza. W tym momencie jestem już rozżarzona do czerwoności, a fotograf odsunąwszy nadpalony obiektyw od oka proponuje, żebym zrobiła przyjemny wyraz twarzy. Ale bez uśmiechu, bo mrużę oczy. No niestety, nie potrafię się uśmiechać z wybałuszonymi oczami. Może, gdy dopadnie mnie choroba Graves-Basedowa. Ci bardziej wyedukowani zachęcają, żeby pomyśleć o czymś przyjemnym. Proszę bardzo! Aparat wkopany celnie w tyłek obsługującego! Pstryk![/FONT]
  3. [quote name='mar.gajko']Sorry to jutro to WIELKIE ŚWIĘTO!!! Ufff, to zdążycie się jeszce przygotowac i Garecikowi jakoweś prezenty zakupić.[/quote] A guzik, właśnie się dowiedziałam, że pożyczkę (na spłacenie części poprzednich) dostanę dopiero za miesiąc. Garyś dostanie tylko całusa. No, chyba że ciotki wreszcie przyjadę zobaczyć tego przystojniaka.;)
  4. [quote name='Camara']chyba zaczynam rozumieć... zaczynam wierzyć... boszeszsz :shock: mam pewność - opowiadania Joanny NIE SĄ FIKCJĄ:eek2: :cool3: :evil_lol: :evil_lol: :evil_lol: Garet urósł na wielkie psisko :loveu:[/quote] Ach, moje serce krwawi! Dopiero teraz mi wierzysz?! Nie jest duży, tak pod kolano, ważył 22 kg, kiedy jeszcze Kaja była w stanie go podnieść. Ale liczę, że jeszcze nie powiedzial ostatniego słowa. :razz:
  5. [quote name='kiwi']joanno skad wy macie takiego niewychowanego psa :stupid: :lol:[/quote]\ A, od takiej jednej zwiewnej istoty, co to się ostatnio jakoś ukrywa. Może na urlop pojechała, zamiast przyjechać odwiedzić Garecika. Pewnie się poważnie wystraszyła, że dostanie go z powrotem, co gorsza wybrakowanego, bo bez loków.:roll:
  6. [FONT=Georgia]6.07.2006 środa[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] Garyś odkrył w sobie talent muzyczny. A zaczęło się od wizyty u ortopedy. Pojechałam na kolejne ostrzykiwanie sterydami i pogadać o sposobach przedłużenia mojej krótszej kończyny. Najpierw miałam konsultację z naszym rehabilitantem, który bardzo dokładnie zbadał moje przykurcze, bloki mięśniowe, skrzywienia i inne defekty. Niestety, tego dnia założyłam czarne sandały. Mają tylko jedną wadę – miękka skórka, którą są wyścielone, wciąż farbuje. I to bardzo intensywnie, o czym kompletnie zapomniałam. Przypomniałam sobie ujrzawszy minę Janusza, jaką zrobił na widok moich podeszew w kolorze czerni doskonałej. [/FONT] [FONT=Georgia] -Och, cholera, przepraszam cię, sandały mi farbują...[/FONT] [FONT=Georgia] -Nic nie szkodzi – odparł szybko, wciąż wpatrzony ze zgrozą w moje stopy. Aż mu okulary zaparowały. Też patrzyłam. Z podziwem. Że też udało mi się osiągnąć taki efekt! Musiałam wleźć po drodze w jakąś kałużę. Z trudem skupiliśmy się na istocie sprawy.[/FONT] [FONT=Georgia] -... I oprócz tego masz jeszcze zrotowaną miednicę – zakończył Janusz krzepiąco. –Możesz chodzić trochę hm... bokiem...[/FONT] [FONT=Georgia] -Mogę? Jakbym się nie kontrolowała, to leciałabym bokiem jak pies z górki. Jeszcze parę lat i będę pląsać przez całą szerokość chodnika zerkając sobie z zaciekawieniem pod lewą pachę, a przed deszczem będzie mnie chronił garb! Możliwości kompensacyjne mojego organizmu wyczerpały się i zaczynam się rozpadać. [/FONT] [FONT=Georgia] Janusz, chichocząc, zaproponował na razie półcentymetrową wkładkę pod prawą stopę. Nie można wyrównać tej różnicy od razu. Ciężko umieścić wkładkę w sandałach, więc wykombinowałam sobie, że w piątek wezmę urlop, pójdę na targ i zamówię u górali ortopedyczne sandały z jedną podeszwą podwójną. [/FONT] [FONT=Georgia] Ortopeda zaś, wyjąwszy igłę z moich pleców, uświadomił mi, że Fundusz refunduje wkładkę dopiero wtedy, gdy różnica długości między kończynami wynosi co najmniej trzy i pół centymetra. To znaczy, refunduje wówczas buty ortopedyczne. Jedną parę na rok. Ciekawe, czy zabudowane, czy wersję kabriolet. Moje marne półtora centymetra to pikuś. Ale cena profesjonalnej wkładki już nie. Taniej by wyszło skrócić sobie drugą nogę. Wobec tego postanowiłam, że posłużę się swoją wyobraźnią i zdolnościami manualnymi. Na lato górale, potem zobaczymy. [/FONT] [FONT=Georgia] Korzystając z tego, że znalazłam się w dzielnicy, w której zwykle nie bywam, postanowiłam wstąpić do sklepu dla zwierząt. Garet potrzebował obroży. Sprawdziłam już sklepy w centrum, ale nic odpowiedniego nie znalazłam. Może dlatego, że wymarzyłam sobie miękką, z delikatnej, czerwonej skórki. Niestety, ładne kończyły się na rozmiarze 25 centymetrów. Tak mniej więcej dla przerośniętego szczura. W tym sklepie było podobnie. Jeśli skóra, to tak twarda, że spokojnie można jej użyć do krojenia żółtego sera. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ja nie chcę psu poderżnąć gardła, chcę go tylko łagodnie przyzwyczaić do obroży – narzekałam. Wreszcie trafiłam na czerwoną, miękką, z materiału. Kupiłam. Zaczęłam przeglądać piszczące zabawki, nadające się do masażu dziąseł bardziej, niż nasze kończyny. [/FONT] [FONT=Georgia] -Dlaczego – pytałam właścicielki – producenci uważają, że jeśli robią coś dla zwierząt, powinno to mieć kolor gówna? – potrząsnęłam łapą gumowego kurczaka o barwie utlenionej kupy. Mrugnął do mnie z przygnębieniem żółtawozielonym okiem. [/FONT] [FONT=Georgia] -Przecież od takich kolorów sama dostałabym depresji.[/FONT] [FONT=Georgia] -Mam jedną piszczącą kość, to import z Niemiec – powiedziała pani zachęcająco wyjmując spod smętnej, beżowej parówki sporą zabawkę w czystym kolorze kaczeńcowej żółci. Z wzorkami łapek czerwonych, niebieskich i białych. Wszystkie barwy czyste, a nie przypominające makabryczny sen daltonisty. Dźwięk też miała ładny. Choć może trochę zbyt donośny, ale postanowiłam nie wybrzydzać. Obejrzałam też tabliczki na furtki. Wszystkie miały napis „Ja tu pilnuję”, różniły się tylko wielkością i rasą psa, którego podobizna uzupełniała informację. To już na lepszy pomysł wpadłyśmy z Kają. Zamierzamy umieścić przy furtce ogryziony cielęcy gnat z napisem: „Tyle zostało z ostatniego gościa. Zapraszamy.”[/FONT] [FONT=Georgia] Garyś, po założeniu obroży, stracił cały wigor. Wlazł na łóżko, ułożył się tyłem i zwiesił ogon do samej podłogi. Wyglądał tam jak wielka, melancholijna kijanka. Potem usiłował zakopać się w kocu, aż nareszcie ukrył się za obrotowym fotelem przy biurku. Ożywił się dopiero, kiedy Kaja zaczęła szeleścić saszetkami szwajcarskich czekoladek miętowych. Powoli przekonałyśmy go, że w czerwonym jest mu bardzo do twarzy. [/FONT] [FONT=Georgia] Kość początkowo trochę go straszyła. Nosił ją ostrożnie w zębach, wykrzywiając się okropnie, a każde piśnięcie powodowało, że podskakiwał nerwowo. Próbował zabić ją łapami, ale hałas był jeszcze większy. A kiedy zagapił się i nadepnął ją tylną łapą, wykonał karkołomne salto w powietrzu, żeby znaleźć się frontem do wroga. [/FONT] [FONT=Georgia] Na noc przezornie wkopałam ją pod fotel, bo gdybym tak ja przypadkiem nadepnęła ją zadnią łapą idąc do łazienki, moje salto mortale mogłoby być ostatnim. Głupio byłoby zakończyć życiorys komunikatem: „Zginęła tragicznie wlazłszy na piszczącą gumową kość”. [/FONT] [FONT=Georgia] Garyś, oswoiwszy się z zabawką, zaczął upajać się wydawanymi przez nią dźwiękami. Gdyby go posadzić na trybunie, odwaliłby robotę za setkę kibiców. Wkrótce zaczął komponować zupełnie przyzwoitą muzykę, a że kurczyły się od niej korzenie zębów, to wyłącznie wina kości, która brzmi jak połączenie kobzy z trąbką odpustową. Garet jest niezwykle uzdolniony muzycznie. Sprawiedliwie obdzielał swoją twórczością Kaję i mnie, niestety, Kaja reagowała na to chwytaniem za pilota i podkręcaniem dźwięku w telewizorze. [/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] -Tomek i Beata mają psa – oznajmiłam Kai czekając, aż ugotują się pierogi z borówkami.[/FONT] [FONT=Georgia] -O, kupili sobie?[/FONT] [FONT=Georgia] -Nie, dostali w spadku po znajomych, którzy wyjechali na stałe za granicę. [/FONT] [FONT=Georgia] Tomek opowiedział mi o piętnastomiesięcznej suczce, kiedy już wyjechaliśmy za bramę szpitala, minąwszy po drodze salową w bluzie z napisem na plecach „Glory Days”, ciągnącą do utylizatorni wielki worek ze śmieciami. [/FONT] [FONT=Georgia] Vera jest labradorem-retriverem. Usiłowałam wyobrazić sobie, jak takie cudo wygląda, ale z Tomkiem nie szło tak łatwo. Udało nam się ustalić na pewno, że jest czarna i ma kłapciate uszy. Tomek najpierw twierdził, że duże, bo większe od jego, ale wreszcie z niechęcią zgodził się na normalne, bo jednak mniejsze, niż basset. Po pięciu minutach sierść wyszła nam półdługa, po kolejnych pięciu Tomek zniecierpliwiony poradził, żebym sobie znalazła zdjęcie w Internecie. [/FONT] [FONT=Georgia] -I wyobraź sobie, Vera jest grzecznym, normalnym psem. Wcina bez grymasów psią karmę i w ogóle nie reaguje na jedzących ludzi – opowiadałam Kai, broniąc zażarcie talerza z pierogami oblanymi masełkiem z bułką tartą przed Garetem, który wlazł mi na kolana i równie zażarcie usiłował porwać chociaż jeden pieróg, co w końcu mu się udało. [/FONT] [FONT=Georgia] -Bo widzisz, mamuś, zachowanie jest wynikiem wychowania, które jest interakcją czynników temperamentalnych i środowiskowych, a niestety, ty jesteś środowiskiem Gareta... Popatrz, on te pierogi pochłania, nawet ich nie gryzie![/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś, ty fatalna interakcjo, delektuj się! Nie ma więcej! No i po moim obiedzie. Muszę sobie zrobić kanapkę, bo jestem głodna – marudziłam, stawiając na podłodze talerz, żeby Garet mógł sobie wygodnie wylizać masełko. Talerz, niestety, należał do babci, która naszych by się nie tknęła, ponieważ jada z nich pies. Babcia oczywiście starannie wybrała ten moment, żeby wejść do kuchni. Przytomnie zerwałam się z fotela i miotając się wokół stołu, zaproponowałam donośnym głosem herbatę. Babcia warknęła, żebym nie wrzeszczała, bo nie jest głucha i zaczęła się niebezpiecznie przemieszczać, wobec tego ja też pełzłam wzdłuż stołu zasłaniając Gareta sukienką. Kaja czatowała, żeby porwać mu dyskretnie talerz, kiedy skończy, a on jak na złość zaczął dzwonić porcelaną o stołową nogę. [/FONT] [FONT=Georgia] -Miętową, żurawinę czy czarną? Z cytryną?! – ryczałam niezrażona, ignorując protesty mojej matki, która właśnie sięgała po puszkę, bo zamierzała zaparzyć sobie kawę.[/FONT] [FONT=Georgia] -Odczep się z tą herbatą! – zirytowała się. –Już piłam![/FONT] [FONT=Georgia] Odczepiłam się z ulgą, bo Kaja zdołała niepostrzeżenie zanieść talerz do zlewu. [/FONT] [FONT=Georgia] -Pyszne były pierogi – oznajmiłam ugodowo, przygotowując sobie bułkę z pomidorem i cebulą.[/FONT] [FONT=Georgia] -Tyle zjadłaś i jeszcze ci mało?[/FONT] [FONT=Georgia] -A wiesz, jakaś dzisiaj jestem głodna. No i są świeże bułeczki... [/FONT] [FONT=Georgia] -Garyś, schowaj ten fioletowy ozór – syknęła Kaja. [/FONT] [FONT=Georgia] Oczywiście na jednej bułce się nie skończyło, bo Garet nadal był głodny. Potem spalał ten ładunek na łączce, gdzie ułożyłyśmy się do opalania. Kaja z niechęcią, bo nie lubi się smażyć. Leżała i narzekała. Wreszcie przeniosła się do półcienia pod pnącą różę i zamilkła na chwilę. Garyś, staranowawszy nas kilkakrotnie, ulokował się pod tują i chrupał. [/FONT] [FONT=Georgia] -Grzeczny piesek, masuje sobie dziąsełka patyczkiem, a nie naszymi gnatami – pochwaliłam. –Garyś? Co ty, do cholery, ogryzasz?! O Boże, moja ostatnia lilia! Fe, ty morderco! No popatrz, przecież ją podgryza przy samym korzeniu![/FONT] [FONT=Georgia] -Ała!!! Coś mnie ugryzło! – wrzasnęła Kaja. –Cholera, to biedronka! Pieprzona, krwiożercza biedronka![/FONT] [FONT=Georgia] -Powiedz jej, że mszyce są dwa krzaki dalej... Plaga ślimaków, krwiożercze biedronki... Zmutowały, jak nic. Ktoś będzie mógł nakręcić horror „Biedronki”. Oparty na faktach. „Ptaki” już były. Nie, jest za gorąco. Idę na maliny. [/FONT] [FONT=Georgia] -Babcia mówiła, że już dojrzewają. Tylko grad zniszczył krzaki.[/FONT] [FONT=Georgia] -Też wczoraj myślałam, że to grad. Dopóki przez środek tej kłującej gęstwiny nie przeleciał czarny żywioł. Mówię ci, biegał jak szalony tam i z powrotem. Tylko trzeszczało. O, widzisz? Tak właśnie robił. Ale lepiej dla babci pozostawmy wersję gradu, bo nas wytępi szybciej, niż te biedronki. Zobacz, jak sprytnie objada maliny z niższych gałązek![/FONT] [FONT=Georgia] -Je maliny? – zdziwiła się Kaja. [/FONT] [FONT=Georgia] -Wczoraj go poczęstowałam.[/FONT] [FONT=Georgia] -I po co to zrobiłaś?[/FONT] [FONT=Georgia] -Nie wiedziałam, że tak szybko zaskoczy. Ale wiesz, jaki cwaniak? Wsadza mi co chwilę ryjek do ręki, chociaż tych przygiętych nisko ma wystarczająco dużo. Zadbał o to... A zresztą, co psina ma zrobić, truskawki się skończyły, musi jakoś sobie dostarczać witaminy.[/FONT]
  7. [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img235.imageshack.us/img235/3978/obraz0114wo.jpg[/IMG][/URL]
  8. [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img212.imageshack.us/img212/8969/obraz0107wg.jpg[/IMG][/URL]
  9. Ach, ci kochani goście! [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img225.imageshack.us/img225/3791/obraz0087mb.jpg[/IMG][/URL]
  10. [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img63.imageshack.us/img63/5568/obraz0024pt.jpg[/IMG][/URL]
  11. [quote name='kinga']Joanno - nie rób zasieków na schodach. Zasieki mają to do siebie, że od czasu do czasu trzeba je mijać. Np. z trzema miskami wypełnionymi suchą karmą, gdzie ręce są absolutnie zajęte, a wzrok skupiony na trzech pyskach wpatrzonych hipnotycznie w owe miski. A nogi mają to do siebie, ze lubią się wplątywać w owe zasieki. No i wychodzi z tego nam rosyjska ruletka - wstanę tym razem z twardej terakoty w jednym kawałku czy nie wstanę? Zasieki mają też to do siebie, ze czasem człowiek zlituje się nad błagalnymi oczętami psa, co to tylko chce się cichutko ułożyć na schodach i popatrzeć sobie przez okno. No i zostawia sie uchylony zasiek. Efekt KAŻDORAZOWY: w każdym dziecięcym pokoju malownicza wielka kupa - na samym geometrycznie wytyczonym środku podłogi. Lepiej jest nie mieć siniaków i mieć kupy[B] świadomie[/B], a nie [B]mimo wszystko[/B][/quote] Dzięki, Kinga, doszłam do podobnego wniosku. Przy mojej wrodzonej zręczności na pewno wpadłabym w nie już pierwszego dnia, ryjąc w schodach rów odwadniający resztkami zębów.:lol:
  12. [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia]3.07.2006 poniedziałek[/FONT] [FONT=Georgia] Zrobiła się ładna pogoda, co wcale nie przeszkodziło Garetowi zrzucić ładunku w korytarzu na piętrze. Kaja była wściekła. Musiała posprzątać od razu, bo miała wpaść Aga, żeby sprawdzić, czy zdoła wejść w jakąś moją sukienkę, ponieważ wybierała się na wesele, a we wszystkim znajomi już ją widzieli. Ostatecznie nie poszła na górę, sukienki przymierzała w kuchni. Garet stał przy komodzie i szlochał. Nie, żeby ją chciał podglądać, ale czuł, że nie powitał jej należycie, bo Agnieszka, jak zwykle, poruszała się jak tajfun, wyrzucając z siebie dwieście słów na minutę. Trafiła akurat na godzinę, kiedy wszystkie koty poczuły głód i po kolei zaglądały do kuchni, jednak na widok obcej kobiety znikały najeżone, poruszając się głównie tyłem, żeby nie tracić zagrożenia z wytrzeszczonych w panice oczu. [/FONT] [FONT=Georgia] Jako czwarta zajrzała Perła, i to mimo najbardziej tchórzliwej natury zajrzała najgłębiej, bo widocznie swoim jedynym okiem nie dostrzegła w porę niebezpieczeństwa. Agnieszka tkwiła z głową uwięzioną w sukience, która bardzo jej się podobała, jednak niżej zejść nie chciała za nic. [/FONT] [FONT=Georgia] -Rany boskie, ile ty ich jeszcze masz?![/FONT] [FONT=Georgia] -Dużo...[/FONT] [FONT=Georgia] -Nie, nie sukienek! Kotów![/FONT] [FONT=Georgia] -Ach. Sama nie wiem. Też dużo... [/FONT] [FONT=Georgia] Garet, okrutnie sfrustrowany wykluczeniem z towarzystwa, po wyjściu Agnieszki zaczął biegać jak szalony tocząc wokół zaczepnym wzrokiem. Żadna z zabawek nie zaspokajała jego potrzeb, a mój bezruch w fotelu irytował go dodatkowo. Wskoczył na nasze łóżko i nagle, kątem oka, dostrzegłam koc wylatujący wysoko w powietrze. Podrzucił go jednym szarpnięciem głowy, ryjąc w poszukiwaniu zakopanych w nim niespodzianek. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nic z tego, Garyś. Wszystko wyrzuciłam. I wynoś się, do cholery, z tego łóżka! Idź na dwór! I uspokój się wreszcie![/FONT] [FONT=Georgia] Moje krzyki przyniosły skutek wręcz przeciwny. Garet ruszył wokół pokoju z podkulonym ogonem, z błyskiem szaleństwa w oku, gwiżdżąc pazurami na zakrętach i obijając się o meble. Robił tyle hałasu, co perszeron, któremu ktoś wetknął w tyłek oset. Wreszcie zahamował przy łóżku, padł na płask i drapiąc rozpaczliwie wczołgał się pod spód. Okropnie dużo hałasu robił pod tym łóżkiem. Zaczęłam się podnosić z fotela, że poszukać Kai, bo byłam pewna, że bez podnoszenia mebla się nie obejdzie. A jednak wylazł. Z pojemnikiem po musie truskawkowym w pysku. Podrzucił pojemnik w górę, a potem zaczął kicać za nim po pokoju, waląc celnie przednimi łapami w chrzęszczący głośno plastyk. Na chwilę przystanął, rozkraczył się i zaczął sikać.[/FONT] [FONT=Georgia] -Nie!!! - wrzasnęłam. Zeskoczyłam z fotela jak gazela i dałam mu klapsa w tyłek. – Fe! Na dwór! Nie wolno sikać w domu! Ty się uwsteczniasz! – Garet spojrzał na mnie zdumiony, ale posłusznie podreptał za mną na zewnątrz. Rozejrzał się, odetchnął pełną piersią i zawrócił do domu. [/FONT] [FONT=Georgia] -Uprzedzałam cię, załóż spodnie! – mówiłam do Krysi, która pełzała na czworakach usiłując wydobyć zza dekoltu pazurzastą łapę Gareta. Garet, obłąkany od powitalnej radości, posikiwał, skakał, piszczał, gryzł, lizał i drapał.[/FONT] [FONT=Georgia] -Mamuś, zrób coś! – syknęło moje dziecko w obawie o życie niskiej i drobnej Krysi. [/FONT] [FONT=Georgia] -U nas każdy broni się sam! – dodałam po namyśle. [/FONT] [FONT=Georgia] Wreszcie Krysia, rozczochrana, podrapana i zaczerwieniona zdołała dotrzeć do pokoju.[/FONT] [FONT=Georgia] -Który fotel wolisz? – zapytałam gościnnie.[/FONT] [FONT=Georgia] -Ten bez Gareta! – wysapała. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie ma takiego – odparłam zgodnie z prawdą, bo właśnie Garet, zręcznie prześliznąwszy się przez poręcze, wylądował na fotelu, do którego przymierzała się Krysia i czekał roześmiany, gotów kontynuować powitalny rytuał. Za chwilę znowu rozległy się wrzaski, więc wyszłam do kuchni zrobić kawę, żeby nie patrzeć na tę masakrę. Miałam nadzieję, że Krysia wytrzyma dzięki swojej miłości do zwierząt. Słabo się broniła, bo histeryczny śmiech pozbawił ją sił. Wreszcie pies nieco przystopował, głównie z powodu placka, w który wpatrzył się jak zahipnotyzowany. [/FONT] [FONT=Georgia] -Można mu dać?[/FONT] [FONT=Georgia] -Możesz spróbować nie dać... – powiedziałam z powątpiewaniem, zerkając na łzy pożądania błyszczące w nieruchomych, brązowych oczach. W nagrodę za nakarmienie psa przysmakiem dostała cały brzuch do drapania. Wreszcie, ukojony skrobaniem, Garet zasnął na plecach, z łapami wyciągniętymi do góry i niewygodnie odgiętą głową, bo Krysia nie domyśliła się, że powinna usiąść na podłodze.... Wyszła od nas w ubraniu sugerującym, że ostatni tydzień spędziła w nim w przydrożnym rowie, ale za to zaopatrzona w płytę ze zdjęciami, na których została udokumentowana jej dramatyczna walka o życie. [/FONT] [FONT=Georgia] Garet spędził popołudnie na przenoszeniu kości z miejsca na miejsce. [/FONT] [FONT=Georgia] -Próbuje zanieść ją z dala od tego smrodu, a smród chodzi za nim – powiedziała Kaja ze współczuciem. Wykorzystawszy chwilę nieuwagi skasowała mocno zalatującą kość. Wyczerpani przeżyciami, zasnęliśmy – Garet w jednym fotelu, ja w drugim. Przebudziłam się na chwilę, kiedy Kaja przekonywała mnie, żebym przeniosła się do łóżka, bo już zostanę taka poskręcana. Usiłowałam jej odpowiedzieć, że mowy nie ma, bo zasnę, przy czym w podtekście plątało mi się po głowie coś o marnowaniu wolnego dnia, ale nie zdążyłam. Obudziłam się, kiedy Garet z napięciem śledził losowanie Lotto. [/FONT] [FONT=Georgia] -Wyszły twoje numery? Widzisz, mogłeś nadać kupon! – z trudem odzyskiwałam zesztywniałe członki. [/FONT] [FONT=Georgia] -Musimy sobie kupić sofę – oznajmiłam. –Zasłużyłam na to za tyle lat zasypiania przed telewizorem. Nie da się przetrwać, po prostu nie ma co oglądać. Wszystkie filmy już były, a jeśli nie, to w ciągu pierwszych trzech minut oglądania okazuje się, że lepiej, żeby tak zostało. Oprócz tego to, co pojawia się w przerwach między reklamami, to jakieś teleturnieje i tok-szoły skrzące się od gwiazd naszej estrady. Można przypuszczać, że owe gwiazdy nie robią nic innego, tylko ganiają w pocie czoła z jednego studia do drugiego. W dodatku nie wiadomo, po co. Ilekroć oglądam coś takiego choćby chwilę dłużej, niż nakazuje przypadkowe wciśnięcie klawisza na pilocie, ogarnia mnie dziwne uczucie, że jest to program dla inteligentnych inaczej. Albo ze mną coś jest mocno nie w porządku, bo patrząc na to, czuję się jak po lobotmii. Mogłam nie zauważyć, że szczebiotanie do ludzi jak do kretynów jest trendy... Ale zawsze byłam na bakier z modą. W przerwach między tymi wysokiej klasy występami te same gwiazdy występują w telenowelach. Mają one sporą rzeszę wielbicieli. Ja oczywiście jestem opóźniona, nie wiem, która jest która, bo w każdej występują dramatyczne wątki, które wymyśliłabym dopiero przy czterdziestu stopniach gorączki i to połączonej z biegunką. Jeśli mignie gdzieś jakiś uśmiech, to tylko bolesny albo sardoniczny. Ratunku! Gdybym miała wybierać, to wolę brazylijskie. Trochę egzotyki, no i można się śmiać bez zażenowania. Polityki lepiej unikać, bowiem stanowi poważny czynnik ryzyka i człowiek niepotrzebnie może nagle zejść na zawał albo wylew. Chociaż czasami poprawia też nastrój. Ostatnio trafiłam akurat na moment, kiedy pan Lepper wyjaśniał panu Rokicie, czym się różnią. „-Pan jest inteligentny... Ale pan inteligencji się uczył, a ja inteligentny urodziłem się” – stwierdził z uśmiechem głębokiego samozadowolenia na szerokiej, wyrazistej twarzy. Uśmiechnęłam się równie szeroko, choć na inny temat. Podobny uśmiech zauważyłam na twarzy prowadzącego program informacyjny, którego pokazano trochę za wcześnie, zanim zdążył oderwać wzrok od monitora. A może to było zamiast komentarza? Dlatego widok Gareta wpatrzonego w telewizor nasunął mi myśl, że trzeba zacząć kontrolować programy, jakie ogląda. Jeszcze mi pies zgłupieje, chociaż inteligentny urodził się...[/FONT] [FONT=Georgia] Piękna pogoda utrzymuje się. Wilgotność normalna, lekki wiaterek, niebo błękitne, pachną róże, których Garet nie zdążył wykosić, za to nie będą pachnieć moje różnobarwne lilie, bo z całej hodowli ocalały tylko dwie. Ten pies ma coś podobnego, jak włodarze miasta, w którym mieszkam. Jeśli coś jest wyższe od nich, jak najszybciej należy to wyciąć i zastąpić jakimś bonsai w doniczce. Ciekawe, co by na to powiedział Freud. [/FONT] [FONT=Georgia] Przed wyjściem do miasta, gdzie Kaja zamierzała zakupić okulary przeciwsłoneczne, do czego potrzebowała mojej rady, trzeba było wybiegać psa. [/FONT] [FONT=Georgia] -Kaja, weź Gareta i przeleć go w ogródku – poprosiłam, szukając do ubrania czegoś, co obejdzie się bez prasowania. [/FONT] [FONT=Georgia] -Co?!... Ty słyszysz, co do mnie mówisz?[/FONT] [FONT=Georgia] -A cóż takiego.... A. To był skrót myślowy. W każdym razie idźcie do ogródka i nie rób niczego, czego ja bym nie zrobiła...[/FONT] [FONT=Georgia] Po chwili dołączyłam do Kai, która przyglądała się, jak Garet bryka po trawie. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ten gamoń rozdeptał ślimaka! Tamtego – wskazała na płytę przed wejściem do piwnicy.[/FONT] [FONT=Georgia] -Nic mu nie jest, przeciwnie, wydaje mi się dziwnie raźny – przyjrzałam się winniczkowi, który w iście nieślimaczym tempie pędził w stronę piwnicy. [/FONT] [FONT=Georgia] -Na twarz mu nadepnął! Dwa razy![/FONT] [FONT=Georgia] -Twarz ma w porządku, nawet różki mu działają. – zapewniłam ją. –Tylko wybrał się w głupim kierunku, bo Garet zaraz będzie tamtędy przechodził – weszłam na trawnik i z upodobaniem zapatrzyłam się na szalejącego psa. Właśnie wgniatał w ziemię nieliczne truskawki, którym grad nie dał rady. [/FONT] [FONT=Georgia] -O cholera! – wrzasnęłam słysząc chrupnięcie pod pantoflem. Odskoczyłam i podobne chrupnięcie rozległo się pod drugim. –Cholera, psiakrew! Dwa ślimaki za jednym zamachem![/FONT] [FONT=Georgia] -Mamuś, może lepiej się nie ruszaj... [/FONT] [FONT=Georgia] -Przecież w trawie ich nie widać. Po co się tak szwendają – wyszłam na podjazd, gdzie było znacznie bardziej łyso i większość ślimaków było widać. Jeszcze dwa lata temu takie zdarzenie pozbawiłoby mnie snu na dwa tygodnie, ale od kiedy populacja winniczków w naszym ogródku osiągnęła rozmiary plagi, z konieczności uodporniłam się, bo musiałabym nie spać do końca życia. Co dwadzieścia centymetrów ślimak, nie sposób je ominąć. Właśnie kilka kolejnych miałam pod nogami, przy czym jeden wspiął się na dwudziestocentymetrową roślinę i dramatycznie kiwał się na czubku. [/FONT] [FONT=Georgia] -Popatrz, ewakuuje się, wieść się rozeszła – wskazałam na winniczka, który teraz desperacko owinął się wokół czubka zieleniny.[/FONT] [FONT=Georgia] -Tak, uwaga! Kopytni w ogródku! On zaraz spadnie – zauważyła Kaja. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie spadnie, tylko skoczy – sprostowałam. –Według mnie wylazł tam, żeby zginąć wybraną przez siebie śmiercią. Idź po aparat, zrób mu zdjęcie, zanim popełni samobójstwo. [/FONT] [FONT=Georgia] Kaja przyniosła aparat, ale zdążyła zrobić tylko jedno ujęcie, zanim ślimak skoczył... Za to ten zdeptany przez Gareta właśnie zbliżał się do progu. Prawie było widać, jak się spocił pod nadkruszoną skorupką. Tymczasem Garyś przegalopował tuż obok niego. Minął go dosłownie o pasmo śluzu. [/FONT] [FONT=Georgia] -Popatrz, jak wyszlachetniał mu ten biały romb pod ogonem. Rogi mu się zrobiły takie ostre... Przypomina mi jakiś symbol – zamyśliłam się. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie widzisz? Takim symbolem oznacza się wyroby z prawdziwej skóry![/FONT] [FONT=Georgia] -Wiesz? Faktycznie! Garet zdenerwował się naszym gadaniem o silikonowej sierści i wygenerował sobie znak jakości! Echte Leder! [/FONT] [FONT=Georgia] Postanowiłyśmy wyruszyć wreszcie po okulary. Jeszcze tylko ostatnie zdjęcie winniczka, który przylgnął pionowo do boku progu od piwnicy. W tym momencie Garyś stanął mu kopytem dokładnie na rozesłanym, żelowatym płaszczu i beztrosko pobiegł dalej. [/FONT] [FONT=Georgia] -Od początku miał przegwizdane – zmartwiłam się. –Ale się starał – dodałam z szacunkiem. [/FONT] [FONT=Georgia] Okularów do wyboru było, tak na oko, kilkaset wzorów. Kaja przemierzyła połowę z nich, a ja wciąż kręciłam nosem. Obie stopniowo zaczęłyśmy popadać w rozpacz. [/FONT] [FONT=Georgia] -Mamuś, a te? Za duże?...[/FONT] [FONT=Georgia] -No coś ty, wyglądają jak biustonosz! Musiałabyś sobie włożyć rurki do nosa, żeby móc oddychać! – jęknęłam zniecierpliwiona. Kaja pospiesznie odciągnęła mnie od stoiska. Odpowiednie okulary znalazłyśmy kilometr dalej i wreszcie mogłyśmy zając się konkretnymi zakupami, to znaczy poszukiwaniem mięsa dla Gareta, które na szczęście musiało być tylko świeże, a nie twarzowe. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
  13. [FONT=Georgia]29.06.2006 czwartek[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] Od razu po przyjeździe Kaja zabrała się za wynoszenie wody z piwnicy. Wiernie sekundowała jej babcia, która by umarła, gdyby nie wisiała nad głową osobie, która akurat pracuje i nie komentowała jej poczynań. Ten doping budzi takie uczucia, że w człowieka wstępują niewyobrażalne zasoby energii, które musi wyładować w wysiłku fizycznym, aby poskromić budzące się w sposób naturalny mordercze skłonności. Kiedy wróciłam z pracy, działały już od pewnego czasu, a czas ten Garet, zamknięty w domu, spędził bardzo pracowicie. Moja pościel, rozwleczona po całym pokoju, przeplatała się malowniczo z zawartością kosza na śmieci, częściowo poddanej już procesowi utylizacji. Nad tym wszystkim unosił się skondensowany, urozmaicony zapach oraz batalion much różnych gatunków. Sądząc z zadowolenia malującego się na psyku Gareta, w swoim przekonaniu panował nad sytuacją.[/FONT] [FONT=Georgia] -Ty obrzydliwy, niewdzięczny, cuchnący dziadku śmietnikowy! A ja kupiłam ci takie piękne kości cielęce! – zawyłam z rozpaczą. Do niczego innego oprócz wycia nie byłam zdolna, bo wilgotny upał w połączeniu z chronicznym niewyspaniem, podcinał mi nogi. Garet pominął lekceważącym milczeniem moje głupie pretensje i natychmiast pokazał mi, gdzie jest reszta rodziny. Wskoczył na łóżko, oparł się łokciami na parapecie i zaczął smarkać na szybę. Zresztą babcia zaraz przyszła, żeby dodać mi ducha swoim optymizmem. Wyraziwszy opinię, że ten dom zgnije, a my w nim, wypowiedziała parę krzepiących kwestii na temat moich metod wychowawczych stosowanych wobec psa, których efekty widać na każdym kroku, a nie jest to widok przyjemny. Już miałam się zgodzić, kiedy dobiła mnie miażdżącą logiką, że nie wychowuję go w ogóle. Gładko przeskoczyła na temat jedzenia. Według niej w domu nie ma nic, co by się do zjedzenia nadawało. Niebacznie dałam się podpuścić i zaczęłam wymieniać artykuły spożywcze, na co z satysfakcją odparła, że wszystko jest wstrętne i nic jej nie smakuje. Właśnie rozwijała wypowiedź, kiedy spojrzała w bok i zatkało ją na widok Gareta, który cichutko wspiął się na stół i szperał w siatkach z zakupami zgrabnie ustawiwszy swoje eleganckie, jasne skarpety pomiędzy kubkami z herbatą. Na to wpadła Kaja, która swoim zwyczajem wrzasnęła tak strasznie, że wszystkim słyszącym podcięła nogi. Kubki udało się uratować. Kaja wpadła po jakieś plastykowe obuwie, bo okazało się, że w drugiej piwnicy też jest woda, a oprócz wody jest tam również kocurek, który stoi na kupie węgla i rozpaczliwym głosem wzywa pomocy. Prawdopodobnie tkwi tam już prawie dobę. Kocurek został ocalony, babcia z Garetem zostali w domu, Kaja wróciła do pracy, a ja popełzłam do ogródka, żeby zdrzemnąć się w cieniu lipy. Właśnie ułożyłam się wygodnie, starając się nie słyszeć szlochającego za szybą Gareta, kiedy Kaja wpadła na pomysł, że do pozbycia się wody można użyć pompy pozostałej po Tomku. [/FONT] [FONT=Georgia]Dziesięć lat temu zapisałam się na kurs angielskiego, na którym Tomek był lektorem. Zaprzyjaźniliśmy się szybko, bo chłopak był uroczy. Z zawodu ekonomista po studiach na Oksfordzie, z zamiłowania fantasta. Po roku zrezygnował z nauczania języka i skupił się na pracy na uczelni. Ja zrezygnowałam z kursu, bo po nim żaden inny lektor mi nie odpowiadał. W kilka lat później przyjechał do nas z pomysłem, że będzie w naszym garażu hodował sumy afrykańskie. Ogłuszył mnie tym tak dokumentnie, że nawet się nie obejrzałam, a wspólnie planowaliśmy przeróbki, jakim trzeba poddać kanał w garażu, żeby mógł się stać przytulnym domem dla szkaradnych, ale ponoć bardzo smacznych sumów. Aby obniżyć koszty i zapewnić sumom świeżą wodę, Tomek postanowił uruchomić starą studnię. To, że woda musiałaby pokonać w drodze do garażu jakieś czterdzieści metrów pod górę, nie psuło mu humoru. Niestety, studni od lat używałam jako śmietnika o niemal nieograniczonej pojemności, do którego w tajemnicy przed babcią wyrzucałam zaśmiecające dom przedmioty według mnie kompletnie nie nadające się do użytku, a według niej mogące się w bliżej nieokreślonej przyszłości przydać. Tomek poradził sobie z problemem zatrudniając pracownika, który przez trzy dni tę studnię oczyszczał. Na trawniku rosła góra dziurawych wiader, wyszczerbionych pokrywek, zardzewiałych kuchenek elektrycznych i czajników, dziwnych części od nie wiadomo czego, gruzu, starych płaszczy przeciwdeszczowych i tym podobnych przedmiotów. Nad tym wszystkim stała babcia i rozpaczała jak na pogrzebie twierdząc, że każdej z tych rzeczy szukała, bo była jej niezbędnie potrzebna. Ja warczałam, że wobec tego może je wykorzystać teraz, a facet ze studni rozważał możliwość pozostania tam na zawsze albo przekopania się na drugą stronę kuli ziemskiej, żeby tą okrężną drogą wrócić do domu. Wreszcie wylazł, skasował Tomka jak za wykopanie nowej studni, i zostawił nas obok góry śmieci. W obliczu straszliwej rzeczywistości nawet rozbuchana fantazja Tomka wymiękła i sumy straciły szansę na nieskrępowany rozwój aż do śmierci na patelni. Tomek wyjechał do Australii i teraz żyje tam w domku z basenem, w miłym otoczeniu wszystkich jadowitych stworzeń, jakie tylko natura zdołała wymyślić w swojej złośliwości, w temperaturze dochodzącej do sześćdziesięciu stopni i takiejż odległości w kilometrach od najbliższego sąsiada.[/FONT] [FONT=Georgia]Pozbierałam się z koca, co doprowadziło do rozpaczy roznamiętnionego kocurka, i zaangażowałam się w poszukiwanie pompy. Niestety, w końcu musiałyśmy pogodzić się z tym, że przepadła tak samo jak łopata do węgla. W tym czasie babcia, nabrawszy nowych sił i chęci do wpędzenia nas w poczucie winy, zwisała głową na dół i zbierała wodę szmatą. Po krótkiej awanturze poszła do siebie, ale za to wypuściła Gareta, który z kwikiem triumfu wskoczył prosto do piwnicy. W samą porę, bo spod wody ukazała się właśnie warstwa cementowego mułu pochodzącego głównie z przegryzionego kilka dni wcześniej worka z zaprawą murarską. Po krótkim, acz upiornym wrzasku, z piwnicy wypadła rozjuszona Kaja, zachlapana cementem od stóp do głów, a za nią jakiś szary, ociekający pies z wyrazem bezgranicznego upojenia na obliczu. Puściły mi nerwy i pokonując zawroty głowy wyprowadziłam się do hypermarketu, żeby skorzystać z dobrodziejstwa klimatyzacji i ochłonąć przy dźwiękach sączącej się z głośników spokojnej muzyki. Ekspedientki uśmiechały się do mnie przyjaźnie, nikt nie miał do mnie pretensji i nie próbował wpędzić mnie w poczucie winy. Z głębokiej wdzięczności kupiłam w fantastycznej promocji słuchawki i radio cyfrowe z budzikiem. [/FONT] [FONT=Georgia]Wróciłam w samą porę na kąpanie Gareta. Babcia zmieszała mnie z błotem za zakup słuchawek twierdząc, że i tak nie będzie ich używać do oglądania telewizji. Bo nie. Chociaż słyszy przez nie znakomicie. Radia jej nie pokazałam. [/FONT] [FONT=Georgia]Rozebrałam się i wspólnie z Kają usiłowałyśmy unieruchomić obcego psa, aby sprawdzić, czy po umyciu znajdziemy w środku Gareta. Niestety. Wreszcie Kaja po długich poszukiwaniach znalazła linkę i jakąś starą obrożę. Linkę przypięłyśmy do balustrady, a obrożę umieściłyśmy na przewidzianym dla niej miejscu. I wtedy nastąpiło coś trudnego do opisania. Pies kwicząc jak zarzynany wieprz i szarpiąc się, jakby atakowały go szerszenie, w dzikim pośpiechu usiłował popełnić samobójstwo przez zadławienie, Kaja darła się jak obłąkana prosto do mojego lewego ucha, a ja stałam jak zmurszały świątek przydrożny usiłując ogarnąć rozumem sytuację. [/FONT] [FONT=Georgia] Wreszcie rzuciłam się na pomoc Kai i wspólnymi siłami uwolniłyśmy z więzów niedoszłego denata, który natychmiast zamilkł i zamarł, najwyraźniej pogrążony w głębokim szoku. Chwilowo odsunęłyśmy na bok swoje traumy i zabrałyśmy się do oskrobywania z zaprawy osłupiałego monstrum. Po ciężkiej pracy Garet odzyskał swój połysk, a wkrótce zdolność ruchu i wigor. Za to teraz nas powaliła świadomość, że tylko cudem nie skręcił sobie karku albo nie zmiażdżył tchawicy. [/FONT] [FONT=Georgia]-To by było tyle na temat obroży – wymamrotałam wczołgując się na schody. –Dobrze, że tak szybko zareagowałaś, bo w tej chwili już kończyłybyśmy kopać dół w ogródku. Ale na lewe ucho nie słyszę. [/FONT] [FONT=Georgia]Garet szybko doszedł do siebie, a pół nocy spędził jak to ma ostatnio w zwyczaju, na robieniu potwornego hałasu, który tylko babci i zabarykadowanej na piętrze Kai pozwolił zasnąć. Jeszcze o trzeciej leżałam zrezygnowana, przyglądając się, jak rozszalały pies gra w nogę dwoma pojemnikami po musie truskawkowym, trzeszcząc sobie do wtóru trzymanym w zębach plastykowym kubkiem, który ktoś przerzucił przez ogrodzenie. [/FONT] [FONT=Georgia]Rano tylko przypływ adrenaliny pozwolił mi dotrzeć do przystanku. Zaniepokoiła mnie nieobecność Beaty, bo jeśli zasnę w autobusie, to kto mnie obudzi? Beata znalazła się, choć trochę za późno. Kiedy autobus ruszał, bębniła w szybę tylnych drzwi jak chora na Parkinsona ćma. Niestety, kierowca pozostał głuchy na wołanie moje i pozostałych pasażerów i dodał gazu. [/FONT] [FONT=Georgia]Łatwiej przetrwałam pracę niż popołudniowe powitanie Gareta. Zignorowałam pościel moknącą w kałużach po ostatnim deszczu i skupiłam się na ratowaniu życia. Odpadł ode mnie dopiero, kiedy się zakrztusił. Wyciągnął szyję i kaszlał tak rozpaczliwie, że już chciałam mu zastosować chwyt Heimlicha, ale w końcu walnęłam go otwartą dłonią w łopatki. Poskutkowało.[/FONT] [FONT=Georgia]-Ugh! – zacharczał po raz ostatni i na podłogę wystrzelił trzonowy ząbek. [/FONT] [FONT=Georgia]-Co mu się dzieje? – zaniepokoiła się Kaja stając w kuchennych drzwiach.[/FONT] [FONT=Georgia]-Już nic. Właśnie wykrztusiliśmy z płuc ząb. [/FONT] [FONT=Georgia]-Rany, on jednak się uparł, żeby się udusić. [/FONT] [FONT=Georgia]-Robi co może w tym kierunku. [/FONT] [FONT=Georgia]-Dobrze, że człowiek jako dziecko nie zdaje sobie sprawy, że może zadusić się własnym mleczakiem. Chociaż ja miałam takie myśli...[/FONT] [FONT=Georgia]No proszę. Człowiek nie ma pojęcia, jakie dramaty w dzieciństwie przeżywa wskutek nadmiernie rozwiniętej wyobraźni jego własne dziecko. [/FONT] [FONT=Georgia]Wieczorem Kaja i Garet popadli w ostry konflikt. Najpierw były to typowe szaleństwa psa i wrzaski mojej córki. Wrzeszczała słusznie, choć jak zwykle za głośno. Garet traktuje ją chyba jak innego szczeniaka i ćwiczy na niej atak, jeżąc się paskudnie. Ale kiedy próbowała go wynieść za drzwi, żeby mnie spokojnie pomasować, zaprotestował z takim charkotem, że zjeżyły mi się włosy. Niewiele chyba sobie robił ze skarcenia, bo wciąż był nabuzowany. W milczeniu wyprowadziłam go na dwór. Potem w milczeniu przygotowałam górę żarcia, którą ostatnio pochłania na bardzo późną kolację, bo widocznie rośnie w nocy, a potem ignorowałam go aż do czasu, kiedy wreszcie dał za wygraną i wlazł do łóżka. Zaobserwowałam, że potraktowany w ten sposób czuje się naprawdę ukarany. Nawet chwilowe wykluczenie ze stada boli. [/FONT] [FONT=Georgia]Widok deszczu skutecznie zniechęca Gareta do wyjścia na dwór. Chociaż my wiemy doskonale, że powinien, on wie lepiej. Nie działa na niego nawet dobry przykład. Kończy się na tym, że któraś z nas jak idiotka drży na mokrej trawie w mokrej nocnej koszuli, Garet zaś, postawszy chwilę w drzwiach, obrzuca nas pełnym politowania wzrokiem i zdecydowanym krokiem opuszcza to nieprzyjemne miejsce. Potem, w dogodnej chwili, skrada się na górę i w korytarzu opróżnia zbiornik z pięciu litrów moczu, a jak już tam jest, to przy okazji robi też wielką kupę. Poważnie rozważam zrobienie jakichś zasieków na schodach. Przecież nikt nie jest w stanie zagwarantować mu nieprzerwanie dobrej pogody. Tym bardziej, że na razie pada i ani myśli przestać. Te rośliny, których nie zdołała wypalić susza ani wytłuc grad, teraz się topią. Pewnie w myśl zasady, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. [/FONT] [FONT=Georgia]Garet, nie mogąc należycie wybiegać się w ogródku, szuka rozrywek w domu. Najbardziej lubi grać w grę – ja wynoszę śmieci, ty je zbierasz. Rozmyślam, jak skonstruować samozatrzaskujące się drzwi do szafki pod zlewozmywakiem. Ostatnio przestał kraść cebule, za to z uporem maniaka wynosi ze spiżarni ziemniaki i potem takie wyszczerbione, poczerniałe twory wtaczają się człowiekowi pod nogi w najmniej oczekiwanym momencie. To nieprawda, że najbardziej zdradliwa jest skórka od banana. [/FONT] [FONT=Georgia]Koty też nie przepadają za deszczem, toteż złażą się w małych odstępach czasu i zanim znajdą sobie jakieś przytulne kąciki w szafkach i szafach u babci, kolejno meldują się przy miskach. Nadejście każdego z nich połączone jest z akcją zamykania Gareta w pokoju, gdzie najpierw lamentuje zbuntowanym głosem, potem podejmuje próby przedarcia się przez górne półki regału, a nareszcie opiera się łokciami na komodzie i zagląda do kuchni piszcząc z zazdrości. Tam, na wprost jego bezradnych oczu i zębów, Kaja hołubi rozgadane włochacze, uśmiechając się w rozanieleniu tak szeroko, że widać jej trąbki Eustachiusza. A czarne psie serce krwawi... Nieco ukojenia przyniósł mu legendarny placek babci i Kai. Zaniósł swój kawałek pod stół i odgryzał po odrobinie przednimi ząbkami, a po jego minie widać było wyraźnie, że się delektuje... Potrafi docenić dobre rzeczy. Niedawno próbowałam mu zamienić migdały na orzeszki ziemne. W końcu też chrupią i są nienajgorsze. W efekcie cała podłoga była usłana okruchami fistaszków, a Garet w pluciu na odległość doszedł do takiej wprawy, że ma szansę na swoje miejsce w Księdze Rekordów Guinessa. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
  14. [quote name='Elso']Chyba w życiu nic lepszego nie czytałam.[/quote] A jak ja Was kocham za te opinie! Moje ego rośnie jak Garetowe zęby. J
  15. [FONT=Georgia]24.6.2006 sobota[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] W sobotę musiałam ponieść konsekwencje wybryku Gareta. Ten złośliwy szaleniec, w ciągu dziesięciu minut, które musiał spędzić samotnie w pokoju przeczekując karmienie kotów, namierzył książkę, która spadła babci z regału i zaklinowała się za moim łóżkiem i wyładował na niej swoją frustrację. A sfrustrowany był bardzo. Niestety, książka była z biblioteki. Nic to, że była równie głupia, jak gruba. Nieważne, że nasz porąbany recenzent uchronił sporą liczbę czytelniczek przed rozmiękczeniem mózgu. Uległo zniszczeniu mienie publiczne. Do sześćdziesiątej czwartej strony. Mniej więcej połowę okładki udało mi się poskładać z pozbieranych z podłogi puzzli, ale pozostałe strony były nie do uratowania, tym bardziej, że spora ich część znajdowała się wewnątrz psa. Po drodze do biblioteki wymyślałam różne wiarygodne historie, w które sama nigdy bym nie uwierzyła. Wreszcie uświadomiłam sobie, że dotarłam do granic absurdu i wyznałam prawdę. W ramach rekompensaty zaproponowałam kilka przyzwoitych powieści. Albo zwrot kosztów tej szmiry. Pani bibliotekarka zgodziła się przyjąć książki, po czym, uśmiechając się pod nosem powiedziała, że też ma szczeniaka, który wszystko gryzie. Miło było usłyszeć, że innym też nie jest łatwo. [/FONT] [FONT=Georgia] Przy furtce powitało mnie prześcieradło, którego używam w czasie upałów zamiast kołdry. Poznałam je po kształcie, bo kolor się nie zgadzał. Przed drzwiami leżała osamotniona moja ulubiona poduszka, a w korytarzu nocna koszula była na najlepszej drodze do opuszczenia domu. Przeszkodziła jej w tym ciężka, aksamitna narzuta z łóżka. Garet wybiegł mi na spotkanie trzymając w zębach swojego ulubionego kudłatego psa. Był taki szczęśliwy i kompletnie nie mógł zrozumieć, o co mam pretensje. Widać moim losem jest sypianie w barłogu. Od kiedy pies zrzucił futro i porósł tworzywem sztucznym, w łóżku już nie mam kłaków. W zamian mam w nim trociny i resztki pokarmowe, bo najlepiej ogryza się patyki na wspólnym legowisku, gdzie trzeba również zanieść każdy większy od okruszka kawałek żarcia. I każdy bardziej atrakcyjny śmieć wywleczony z kosza. Drzwi szafki pod zlewozmywakiem wypaczyły się, być może z powodu częstego ich otwierania przez Gareta. Dzięki tej drobnej usterce pies ma swobodny dostęp do kosza na śmieci, z którego czerpie pełnymi garściami, a raczej pełnym pyskiem. Rozumie się, starannie wybiera odpadki najbardziej kompromitujące albo takie, które pozostawiają na drodze transportu trudno zmywalne i obrzydliwe ślady. Założyłam na uchwyty od szafki gumkę, co w najmniejszym stopniu nie przeszkodziło naszemu inteligentnemu psu. Drzwiczki co prawda zamykają mu się na głowie, ale zmierzwione sztuczne włókno po jednym otrząśnięciu się wraca do pierwotnej nienagannej formy.[/FONT] [FONT=Georgia] Czytałam, że pierwsze słowa, jakie powinien poznać pies, to „fe!” i swoje imię, w tej właśnie kolejności. Garet ma jakąś wadę genetyczną uniemożliwiającą mu zrozumienie „fe!”. Wykrzykuję je tak często, że pewnie niedługo od tych podmuchów wypadną mi górne siekacze, ale trafiam na skałę, w której nic nie jest w stanie wykiełkować. W odpowiedzi na moje – Fe, fe, fe!!! Garet serwuje mi wyraz debilnej radości na pysku, w którym zazwyczaj tkwi to, co absolutnie nie powinno się tam znajdować. Ratunku![/FONT] [FONT=Georgia] Najcięższe do przeżycia są popołudnia i wieczory. Garetowe ataki szału wróciły ze zdwojoną intensywnością. On fruwa, wszystko wokół fruwa, przy czym na szczęście nie wszystko ładuje mi się na kolana i rzuca na szyję wbijając we mnie dwadzieścia ostrych jak sztylety pazurów. I tak wyglądam jak ofiara wyjątkowo brutalnej przemocy fizycznej. Przegryziona warga, podrapane ciało, ręce i nogi pokryte sińcami w różnym stadium rozwoju, a tym samym w pełnej gamie kolorystycznej. W czarnym sercu Gareta nie ma litości. Ani dla innych, ani dla siebie. Dzikie skoki po jedzeniu zostały ukoronowane gwałtownym rozwodem z ostatnim, obfitym posiłkiem. Część zwymiotował na swój dywanik, a resztę zdołał donieść na nasze łóżko. Po czym ruszył za mną radosnym kłusem po papierowe ręczniki, a potem odprowadzić swój dywanik do pralki. Tak trudno było mu się z nim rozstać, że usiłował wgramolić się do bębna, ale otwór okazał się za mały. Z żalu za swoim utraconym dywanikiem wlazł do mojej szafy, z której wypadł już pogodzony z losem i podejrzanie szybko oddalił się chwiejnym truchtem. Złapałam go pod kaloryferem, gdzie usiłował w pośpiechu skonsumować gąbkę nasączoną lawendą przeciwko molom. [/FONT] [FONT=Georgia] Rozszalały Garet w połączeniu z upałem to prawdziwie zabójcza broń. Obaj najsilniej atakują w nocy. Z tym, że przed upałem bronię się owijając się w mokre prześcieradło. Wobec Gareta jestem bezradna.[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia]28.06.2006 środa[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] -O! MÓJ! BOŻE!!! –wrzasnęłam w niedzielę wieczorem, kiedy obejrzałam efekty swojego eksperymentu. Dlaczego przemożna potrzeba zmiany czegoś w swoim wyglądzie nachodzi mnie zawsze w niedzielny wieczór?! Tym razem postanowiłam sobie przyciemnić włosy. Na złotorudy. Starannie wyparłam ze świadomości poprzednie tragiczne próby uzyskania tego odcienia. „Farba supertrwała, gwarancja jakości” – obiecywał złowieszczo napis na pudełku. Tylko dlaczego nazwali to „świetlista miedź”, a nie „płonąca marchewka”? Garet na mój widok zaczął szczekać. Ja miałam ochotę wyć. Moja matka aż zachwiała się w drodze do łazienki, po czym długo wyrażała swoją opinię, a nie żałowała sobie. Przez chwilę zastanawiałam się, czy z powodu takiego zdarzenia losowego należy mi się urlop okolicznościowy. Wygrzebałam jakiś stary złocisty blond, ale powtórne nałożenie farby nic nie zmieniło. Wreszcie postanowiłam zachować się dorośle i ponieść konsekwencje swojej głupoty. Tym bardziej, że zostały mi tylko trzy godziny snu.[/FONT] [FONT=Georgia] Przez cały dzień starałam się schodzić ludziom z oczu, ale nie było to możliwe. Na szczęście większość znajomych litościwie powstrzymała się do komentarzy. Jedna z pacjentek nawet mnie pochwaliła, ale była mocno niedowidząca i z Parkinsonem, toteż obraz musiał jej się mocno zamazywać. Po powrocie z pracy nałożyłam na jarzące się włosy resztkę bardzo jasnego popielatego blondu innej firmy. Rozbabrałam to dość niedbale, bo i tak było wiadomo, że na całe moje bujne owłosienie nie wystarczy. I stał się cud, podziałało! Następnego dnia cała żeńska część współpracowników, czyli dziewięćdziesiąt dziewięć procent, pytała, jak się nazywa ten fantastyczny odcień i kto go produkuje. Może powinnam zmienić zawód? Nie, to jednak zbyt niebezpieczne. Gdybym trafiła na nerwową klientkę, zginęłabym szybciej, niż pechowy terrorysta. [/FONT] [FONT=Georgia] Dobrego humoru nie zepsuła mi nawet moja matka, która obsypała mnie pretensjami za to, że Garet przegryzł worek z zaprawą murarską i teraz cały ten cement wala się po podłodze w piwnicy. Sprawdziłam. Faktycznie przegryzł i po każdym wyjściu do ogródka musiał tam wpadać i pracowicie rozgarniać to, co się wysypało. Nie czułam się na siłach, żeby to zbierać, postanowiłam poczekać do środy na przyjazd Kai. Gdybym przewidziała to, co się wydarzy, pewnie zmobilizowałabym się do posprzątania zamknąwszy wcześniej Gareta w pokoju, który najpewniej by w tym czasie zdemolował. Jego szaleństwo wydawało się sięgać zenitu. Zaczęłam podejrzewać, że czekając na mój powrót z pracy doznał udaru i tę parę komórek ugotowało mu się w małej, upartej czaszce. W taki potworny upał leżał cymbał pod furtką na nagrzanym betonie i mojej matce nie udało się go zwabić do domu. Do późnej nocy działał na najwyższych obrotach. Próbowałam wciągnąć go pod mokre prześcieradło, ale nie dał się spacyfikować. Przedarł się przez moskitierę, zabierając ze sobą firankę. Wstałam, odebrałam mu kłąb materiału i otworzyłam drzwi wejściowe w nadziei, że uda mi się spowodować przeciąg. Udało mi się wyłącznie poszerzyć małemu diabłu pole manewru. Teraz mógł swobodnie kłusować przez cały dom. O pierwszej wstałam, bo zwymiotował do dziury w podłodze garść kociej puriny. Ledwie zaczęłam zasypiać, musiałam iść do łazienki, żeby od nowa zmoczyć prześcieradło w zimnej wodzie. Kiedy już zamotałam się szczelnie w moskitierę, okazało się, że zapakowałam się razem z komarem. Zanim udało mi się wysłać go na niebieskie pastwiska, byłam już całkiem rozbudzona. O trzeciej musiałam wstać, żeby pozamykać drzwi i okna, bo rozpętała się sypiąca piorunami burza. Drżenie ziemi i grzmoty wpędziły wreszcie Gareta do łóżka. O wpół do czwartej z głębokiego snu wyrwało mnie rozpaczliwe miauczenie Perły za drzwiami wejściowymi. Potrafiła zagłuszyć nawet pioruny. Wydobyłam się z gorących objęć Gareta i poszłam ją wpuścić. Nie było jej w domu przez pięć dni, więc musiałam ją solidnie nakarmić. Dzwonienie łyżką zwabiło do kuchni Gacię i Marchew. Rozpoczęłam od nowa wydawanie posiłków poważnie zastanawiając się, czy w ogóle warto się kłaść. [/FONT] [FONT=Georgia] Na przystanek dowlokłam się ledwie żywa. Autobus, którym dojeżdżam do pracy, wlecze się trzydzieści na godzinę bardzo okrężną trasą. Po drodze nikt nie wsiada i nie wysiada. Krótsza droga, którą można pokonać w kwadrans, jest nieobstawiona. Pewnie dlatego, że znajduje się wzdłuż niej kilka zakładów pracy, które jeszcze przetrwały, i pasażerów byłoby więcej. A tak, już po trzydziestu minutach dojeżdżamy triumfalnie do miejscowości odległej o osiem kilometrów. [/FONT] [FONT=Georgia] Tego dnia w kierowcę coś wstąpiło. W połowie drogi, kiedy wjechaliśmy już do lasu, kopyto opadło mu na gaz. [/FONT] [FONT=Georgia] -Jezzzu, Beata, co się dzieje?! Gonią nas?! – przeraziłam się wyplątując się z koleżanki, na którą rzuciła mnie siła odśrodkowa. [/FONT] [FONT=Georgia] -Może chce nadrobić spóźnienie? – wyraziła przypuszczenie Beata, odklejając się od okna. Za szybami migały drzewa, autobus wył, klekotał i rzęził. [/FONT] [FONT=Georgia] -Zablokowała mu się skrzynia biegów i zdechły hamulce – zawyrokowałam ponuro. [/FONT] [FONT=Georgia]-On jeszcze nie powiedział ostatniego słowa – dodałam po chwili, wpełzając z powrotem na siedzenie. –Głupio byłoby zginąć teraz, mam jeszcze dwa tygodnie niewykorzystanego urlopu – zmartwiłam się, wczepiając się pazurami w podłogę. –Może on nie żyje?[/FONT] [FONT=Georgia]-Żyje, żyje – zapewniła Beata.[/FONT] [FONT=Georgia]-Przypomniał sobie, że nie wyłączył żelazka i funduje nam tu „Niebezpieczną szybkość” III? Ty mnie ubezpieczaj, a ja nacisnę guzik, bo nie zdąży wyhamować do przystanku... [/FONT] [FONT=Georgia]Zdążył i to tak skutecznie, że drogę do drzwi pokonałyśmy bez udziału własnych mięśni. Przez chwilę stałyśmy na poboczu wdychając pachnące igliwiem i poziomkami powietrze i starając się odzyskać równowagę. [/FONT] [FONT=Georgia]Dobry dzień trwał. Wchodząc na schody przydepnęłam sobie sukienkę. Trafiłam akurat w kupkę błota, którą ktoś tam zostawił. W archiwum zahaczyłam o brzeg półki i wydarłam sobie dziurę dokładnie na biuście. Po pracy, kiedy Tomek zadzwonił, że już idzie na parking, okazało się, że znikł mój klucz, który jeszcze przed chwilą leżał na biurku obok komórki. Po dziesięciu minutach wciąż jeszcze gorączkowo przeszukiwałam wszystkie pomieszczenia, nawet te, w których nie byłam. Przegrzebałam po raz kolejny torebkę, kosz na śmieci, zajrzałam nawet do kibla. I nic. Nie było mowy, żebym zostawiła całe skrzydło otwarte. Zdesperowana wyszłam na zewnątrz. I tam mój zrozpaczony wzrok padł na kołyszącego się łagodnie zielonego hipopotama. Do hipopotama dołączony był mój uniwersalny klucz, tkwiący spokojnie w zamku. Jak się tam znalazł, nie mam pojęcia. [/FONT] [FONT=Georgia]Wyczerpana, skwierczałam bezsilnie w nagrzanym do nieprzytomności samochodzie Tomka. W połowie drogi uświadomiłam sobie, że nie zabrałam komórki. Do końca dnia miałam bolesne poczucie braku, jakbym utraciła jakąś część ciała. Po prostu bóle fantomowe. A wcale nie należę do tych, którzy stale wiszą na telefonie. [/FONT] [FONT=Georgia]Garet jak zwykle czekał na mnie przy furtce. Leżał na boku i wyglądał na martwego. Obok niego leżała moja ulubiona poduszka, na niej kość cielęca, jak klejnoty koronne. Kość była martwa z całą pewnością. Podobnie jak kolejne, jeszcze niedawno białe prześcieradło, zaplątane w krzaku róży. W odróżnieniu od pozostałych rzeczy Garet odżył i rzucił się do powitań, rozrywając mi sukienkę na dole, robiąc sznytę wzdłuż dekoltu i obtłukując niedawno przegryzioną wargę. Sukienkę i tak spisałam na straty, bo wyglądała, jakbym przedzierała się w niej przez nadrzeczne chaszcze, ale warga powinna mi jeszcze służyć przez jakiś czas... Winowajca wpadł za mną do kuchni i ułożył się dekoracyjnie w fotelu. Za każdym razem, kiedy na niego spojrzałam, machał końcem ogonka. Wyglądał tak słodko, że musiałam go uściskać.[/FONT] [FONT=Georgia]-Nie powinnaś tak niańczyć tego psa! – powiedziała z naganą moja matka. –Jakbyś go tak nie obcałowywała, to może byłby normalny... Nie możesz się spokojnie ruszyć w domu, bo zaraz depcze ci po piętach. A po drodze robi szkodę. Nic się przed nim nie uchroni! A przez cały dzień leży przy furtce i nawet nie pije... [/FONT] [FONT=Georgia]-Gdybyś nie warczała na cały świat, to może wchodziłby czasem do domu... – spędziłam Gareta z fotela i usiadłam wykładając nogi do góry. Zaraz wgramolił mi się na kolana i mrucząc jak niedźwiedź zaczął przeżuwać mój nadgarstek.[/FONT] [FONT=Georgia]-Garyś, wypluj! To boli! Dajże mi spokój, muszę chwilę odpocząć. [/FONT] [FONT=Georgia]-No i czy to jest według ciebie normalne? Pies na kolanach i na stole? Chyba nie wybierasz się dzisiaj do Krakowa? W taki okropny upał?[/FONT] [FONT=Georgia]-Owszem, wybieram się. Muszę jechać.[/FONT] [FONT=Georgia]Dojechałam ugotowana, ale to było niczym w porównaniu z powrotem. W połowie drogi stało się jasne, że zmierzamy wprost w paszczę potwornej burzy. Czarne chmury pożarły już większość nieba i zaczęły pluć piorunami. Zerwała się wichura, a z góry runęły strugi deszczu. Kiedy dojechaliśmy do końca trasy, niebo stało w ogniu, ziemia drżała, a ulica wyglądała jak zbuntowana rzeka. Od razu wpadłam w wodę po kolana, a zanim pokonałam dwa metry do przystanku, byłam mokra jak szczur wodny. Spokojnie mogłam wystartować w konkursie na miss – może nie mokrego podkoszulka, ale mokrej lnianej bluzki. Długą bawełnianą spódnicę miała oplątaną wokół nóg jak folię śniadaniową. Skuliłam się w grupce ludzi pod plastykową wiatą, przez którą bardzo dokładnie było widać wstrząsające efekty specjalne, jakie zafundowała nam natura. Jakaś litościwa kobieta dała mi chusteczkę higieniczną do osuszenia okularów i zaczęła mi opowiadać swoje życie. Po półgodzinie nastąpiła chwila względnego spokoju, którą wykorzystałam na dobiegnięcie do otwartego jeszcze hypermarketu. Groźne pomruki świadczyły o tym, że burza nie dała za wygraną, tylko przegrupowuje siły zwołując na pomoc swoje siostry. Dziwne odgłosy dochodzące od dachu sklepu dowodziły, że żywiołowa rodzina połączyła się. Wyszłam o dziesiątej, tuż przed zamknięciem. Lekko kropiło, błyski na niebie pojawiały się rzadziej. Ściskając siatkę z mięsem dla Gareta, ruszyłam raźno swoją ulicą, malowniczo porośniętą wysokimi topolami i lipami. Bardzo wysokimi. Odłupane ogromne konary wyglądały niezbyt krzepiąco. Skupiłam wzrok na czubkach swoich sandałów i przyspieszyłam. Cały świat pachniał jaśminem i deszczem. Sapiąc z ulgi zeszłam po schodach z chodnika na drogę prowadzącą do furtki. I zdziwiłam się. Dopiero kiedy wpadłam po kostki, zrozumiałam, że to coś dziwne i błyszczące, to zwały gradu, które spłynęły z ulicy. Niesamowite! Jeszcze następnego ranka pozostały tam kupki lodu. [/FONT] [FONT=Georgia]W domu okazało się, że babcia nie zamknęła drzwi do piwnicy. Poszliśmy z Garetem ocenić rozmiar klęski, ale było zbyt ciemno. Garet próbował wejść. Plusnęło. Zdumiony jeszcze raz wyciągnął łapę i cofnął ją gwałtownie, kiedy nie wymacał dna. [/FONT] [FONT=Georgia]-Garyś, wracaj, bo nie umiem pływać! – w odpowiedzi rzucił mi niecierpliwe spojrzenie przez ramię i podjął kolejną próbę. [/FONT] [FONT=Georgia]-Wyłaź stamtąd. W tej wodzie jest twoja zaprawa murarska – przypomniałam sobie. –Super, po prostu wspaniale![/FONT] [FONT=Georgia]Garet, oderwany od czynności eksploracyjnych, nabrał tak upiornego wigoru, że z trudem powstrzymywałam się przed zakopaniem go w kupie lodu przed domem. Zwolnił leciutko tempo dopiero po północy. Drzemałam w fotelu czekając, aż ugotuje się jego jedzenie. Oprzytomniałam usłyszawszy dzwonienie pazurów po drugiej stronie komody. Potem rozległo się skrzypnięcie drzwi do pokoju babci. Dalej musiał się skradać, bo wszystko umilkło, dopiero po chwili usłyszałam szelest i łupnięcie. [/FONT] [FONT=Georgia]-Garyś! Wyłaź stamtąd, do cholery! – wrzasnęłam szeptem. –I to już![/FONT] [FONT=Georgia]Garet posłusznie przytuptał przez kuchnię do pokoju. W pysku niósł opakowanie z gorzkiej czekolady. [/FONT] [FONT=Georgia]-Coś ty zrobił? Ukradłeś babci czekoladę? Na litość boską, chyba jej nie zeżarłeś? – wyrwałam mu papier i poszłam obejrzeć straty. Czekolady na szczęście nie zjadł, musiała mu się wyśliznąć i leżała w sreberku na podłodze. Położyłam ją z powrotem na półce. Kiedy wróciłam do pokoju, piesek grzecznie warował tyłem do pokoju, z odrzuconymi do tyłu uszami i nosem pod kaloryferem. I czymś szeleścił. Bliższe oględziny ujawniły trzymany w przeciwstawnych kciukach cukierek. W przeciwieństwie do świstaka próbował go odwinąć z papierka. Jakimś cudem zdołał go ukryć w pysku, kiedy odbierałam mu papier. Zlitowałam się i odpakowałam mu tę galaretkę w czekoladzie. [/FONT] [FONT=Georgia]Od czekolady uzależnił się od pierwszego razu i to z winy Kai. Pewnego wieczoru ze zdumieniem zauważyłam, że się trzęsie i ze wzrokiem utkwionym w blat biurka usiłuje wdrapać się na fotel obrotowy, który jednakowoż zgodnie ze swoją nazwą uparcie uciekał mu spod łap. Na biurku z przedmiotów nie związanych z komputerem stała tylko filiżanka.[/FONT] [FONT=Georgia]-Co ty, u diabła, masz na tym biurku? Przecież on zachowuje się jak narkoman odstawiony od heroiny![/FONT] [FONT=Georgia]Kaja w filiżance miała kostki czekolady. Zdziwiłam się, bo nie miał okazji poznać jej smaku. Jadł co prawda ptasie mleczko, ale obierałam je z polewy. Okazało się, że Kai się nie chciało. I tak nasz pies, wyposażony w osobowość podatną na uzależnienia, trzęsie się na widok czosnku, czekolady, migdałów i musu truskawkowego.[/FONT]
  16. [quote name='mar.gajko']No normalnie chyba musze tam pojechać z ciotka Luizą, aby naocznie wyłysienie Garetowe sprawdzić. Czy ten fakt miał miejsce czy też nastąpiła perfidna podmiana owego cudu na ten element wyglansowany.[/quote] No, już tyle czasu mówię, przyjedźcie. Nie musicie ścierać pumeksem zrogowaciałego naskórka, sierść Gareta załatwi to przy głaskaniu.:lol:
  17. [quote name='joannasz']Już nie łysy, obrósł, tylko wyglansowany. Jak mu się odchyli i puści włos, to brzdąka.[/quote] Znaczy, brzdąka.
  18. [quote name='kinga']Garet nie będzie:shake: bo łysy :-([/quote] Już nie łysy, obrósł, tylko wyglansowany. Jak mu się odchyli i puści włos, to brządka.
  19. [quote name='kinga'][B]Joanno,[/B] a to jest ta traweczka sierpem potraktowana? - tak radośnie rosnąca sobie we wszystkich kierunkach? :evil_lol: - to może kozę kupcie Garetowi do towarzystwa - podobno koza dobrze robi za kosiareczkę:lol: ( o czym mnie przekonują zawsze wszyscy odwiedzający moje ...hmmm...angielskie trawniki :oops: )[/quote] Koza to jest myśl przednia. Jak mnie moja matka wyrzuci z domu, to w zimie pod wiaduktem (u nas mostów nie ma) będzie mnie ogrzewać z jednej strony Garet, z drugiej koza.
  20. [quote name='joannasz']Ty weźmiesz wyglansowanego, a ja sobie zostawię Gareta:lol:[/quote] Przyjedź, to się potargujemy.
  21. [quote name='kinga']biję się w piersi nie wierzyłam Joannie z tymi kłakami w płucach:shake: ot, taka fikcja literacka - myślałam rzeczywistość przerosła moje wyobrażenia :eek2: :mdleje: łysy Garet udowodnił: Joanna z zatkanymi płucami stoi juz chyba nad grobem:placz: Joanno - oczyść płuca :modla: - już będę wierzyła każdemu twojemu słowu[/quote] NO. [FONT=Georgia]22.06.06 czwartek[/FONT] [FONT=Georgia] [/FONT] [FONT=Georgia] W niedzielę Garet daremnie oczekiwał na pojawienie się wielkiej torby podróżnej. Nie doczekał się, Kaja postanowiła zostać do poniedziałku, a ostatecznie wyjechała dopiero we wtorek. Pies tak się ucieszył, że postanowił ją zagryźć z radości. Kaja zdołała uciec, ale ofiarą padł telefon, ponieważ Garet podjął ambitną próbę sforsowania dwumetrowego regału przez jedną z górnych półek. Myślałam, że moja córka kierowana naturalnym odruchem usunęła zniszczenia, toteż zdziwiłam się, kiedy w kilka godzin później znalazłam telefon obok swojego łóżka. Leżał z rozrzuconymi członkami, to znaczy słuchawką, i mrugał na czerwono. Mnie też zamrugało na czerwono, kiedy moje dziecko beztrosko oznajmiło, że zupełnie wyleciało jej to z głowy. Z wysiłkiem powstrzymałam się od komentarzy i pozbierałam telefon do kupy. Natychmiast zadzwonił. Okazało się, że to mój brat z Austrii. Zirytowany i zniecierpliwiony.[/FONT] [FONT=Georgia] -Cześć, byłaś w Internecie? Nie mogłem się dodzwonić. [/FONT] [FONT=Georgia] -Eeee... niezupełnie. Pies zajmował linię. W pewnym sensie...[/FONT] [FONT=Georgia] Garet stracił zainteresowanie regałem, za to wytrwale próbował przedostać się do Kai przez komodę. Gdyby nie była taka śliska, pewnie by mu się udało. Pokonany, stanął na tylnych łapach, przednie oparłszy na blacie i usiłował zajrzeć do kuchni kląskając jak przerośnięty słowik w trakcie mutacji. Wyglądał jak gość przy barze oczekujący z nadzieją na przyciągnięcie uwagi barmana. [/FONT] [FONT=Georgia] -Te, Kargul, podjedź-no do płota! – zawołałam. Kaja pojawiła się z drugiej strony komody i zaczęła się pastwić nad psem, który trąbił i skrzypiał jak opętany.[/FONT] [FONT=Georgia] -O, Garecik, jaki śliczny piesek! Jak macha ogonkiem i wcale nie gryzie! No, co mi chcesz powiedzieć?[/FONT] [FONT=Georgia] -Że ci nogi odpiłuje przy samej dupie, jak cię dopadnie – przetłumaczyłam. –I ty się dziwisz, że on cię gryzie. Zamykasz się przed nim, zamiast poświęcić mu trochę czasu. Pobaw się z nim, weź go do ogródka![/FONT] [FONT=Georgia] -Pewnie, zaraz się zjeży i będzie mnie drapał tymi okropnymi pazurami. [/FONT] [FONT=Georgia] -On tylko ćwiczy...[/FONT] [FONT=Georgia] -Szkoda, że na mnie. Jakoś do obcych typów się nie jeży.[/FONT] [FONT=Georgia] -Bo widocznie masz w sobie to „coś”. Już ci mówiłam, że powinnaś dorabiać sobie jako pozorant. Załóż te rękawiczki do ścinania trawy...[/FONT] [FONT=Georgia] Poprzedniego dnia Kaja ścinała trawę przed domem. Garet siedział ze mną, ponieważ robiła to sierpem. Sierp to takie średniowieczne narzędzie, coś w rodzaju półokrągłej kosy na krótkiej rączce. Można go zobaczyć w jakimś skansenie i u nas w piwnicy. To jeden z absurdów, którymi nas dręczy moja mamusia. Nie chce słyszeć o kosiarce, uważa, że trawę powinno się ścinać wyłącznie tym zabytkiem. Aby to zrobić, trzeba czołgać się na kolanach z wyciągniętymi rękami, starannie unikając wzroku sąsiadów, bowiem istnieją granice śmieszności, których człowiek przekraczać nie powinien. Z uwagi na lęk przed ostrymi przedmiotami, stan kręgosłupa i niski próg na znoszenie idiotyzmów, stanowczo odżegnałam się od posługiwania się sierpem. Jeśli trawa mnie przerośnie, utoruję sobie drogę maczetą albo wytnę nożyczkami. Obowiązek tej syzyfowej pracy spadł na Kaję. Chociaż nie powiem, babcia, szczególnie jeśli jest w nastroju do samoudręczania i chce zademonstrować ciężki los zdanych na siebie staruszek, łapie to niebezpieczne narzędzie i pełza. Najchętniej w samo południe, kiedy temperatura przekracza trzydzieści stopni, i na podjeździe, żeby widziało ją jak najwięcej osób. Wciąż daję się w to wpuszczać i namawiam, żeby przestała się wygłupiać. Natychmiast odpowiada z bolesną miną, że tylko u nas jest tak niechlujnie, bo wszyscy ludzie ścinają trawę. [/FONT] [FONT=Georgia] -Tylko pokaż mi takiego, który to robi sierpem – warczę wyprowadzona z równowagi. –To musi być ten, który ociera sobie czoło wiechciem słomy, orze drewnianą sochą i sieje z płachty przewieszonej przez ramię...[/FONT] [FONT=Georgia] Zatem Garet dla bezpieczeństwa nie brał udziału w koszeniu, za to kiedy dorwał się do rękawic roboczych dostał małpiego rozumu. Podrzucał je, przydeptywał, gryzł, szarpał, zakopywał w narzucie na łóżku i widać było, że prędzej da sobie wyrwać z pyska resztę zębów niż te fantastyczne przedmioty, które Kaja z bezrozumnym okrucieństwem i dzikim uporem próbowała mu odebrać. Nie zwracałam na nich uwagi, ponieważ zauważyłam, że sundavilla zaczęła żółknąć i usiłowałam dociec, co ją do tego skłoniło oprócz oczywistej prawidłowości, że im droższy i rzadszy kwiatek, tym szybciej szlag go trafia. Podlewam tak jak trzeba, kupiłam nawet zarazie specjalny nawóz, a ona pokazuje mi środkowy płatek. [/FONT] [FONT=Georgia] Wojna Kai z Garetem skończyła się w momencie, kiedy w drzwiach pokoju ukazała się wielka, bezczelna, szara kocica oblizując się szeroko, co świadczyło o tym, że zdążyła już zrobić przelot przez miski i garnki, czy co tam zastała w kuchni. Garet porzucił rękawice i popędził zacieśniać stosunki z kocicą. [/FONT] [FONT=Georgia] W poniedziałek do pracy wychodziłam przez piwnicę. Nie, żebym z powodu upału nabrała jakichś specyficznych upodobań do złażenia w ciemnościach ze stromych schodów. Zaczęłam normalnie, przez drzwi frontowe, Garet jak zwykle mnie wyprzedził, żeby zająć dogodną pozycję do lamentowania przy furtce, a tam z drugiej strony stał duży, czarny pies. Sędziwy już, z oszronionym przez wiek futrem. Garyś podszedł do niego nieśmiało, ze ściągniętymi do tyłu uszkami, machając delikatnie ogonem. Dotknęły się nosami i otoczyła je aura przyjaznego porozumienia. Było w tym coś wzruszającego, kiedy tak stały – czarny poranek i czarny zmierzch, oblane bladozłotym światłem wschodzącego słońca. Nie chciałam im przeszkadzać, niech sobie pogadają. Może staruszek wytłumaczy Garetowi, że psy na ogół podnoszą nogę przy sikaniu. Dlaczego przybierają tak karkołomną pozycję, nie mam pojęcia. Może chodzi o precyzję w obsikiwaniu pionowych przedmiotów. Na razie Garyś rozsądnie przedkłada wygodę nad precyzję i siusia jak dziewczynka. [/FONT] [FONT=Georgia] Lato, kiedy zrozumiało, że nie ma innego wyjścia i wreszcie nadeszło, daje z siebie wszystko. Upał zwala ludzi i rośliny z nóg. Niby zanosi się na deszcz, ale tylko się zanosi, do realizacji jakoś dojść nie może. Z poszarzałego nieba leje się nieprzytomny żar, który powoduje, że chodzę kołowata i lekko skretyniała. Garet zaadaptował się i gorąco wydaje się mu nie przeszkadzać. Już nie przesypia całych dni, przeciwnie, jest nadmiernie pobudzony. W domu szaleje, w ogródku szaleje. Wyszliśmy na dwór późnym popołudniem, ja ułożyłam się na ławce w cieniu glicynii, Garet, sądząc po odgłosach, zajął się intensywnymi pracami ogrodniczymi. Nie miałam siły się ruszyć. Pozostało tylko łudzić się nadzieją, że babcia....[/FONT] [FONT=Georgia] -Jasna cholera, znowu ten szatan wszystko łamie! Pójdziesz! [/FONT] [FONT=Georgia] Nie zareagowałam. Ona robi to specjalnie. Ma wbudowany jakiś radar, który bezbłędnie reaguje na połączenie Gareta z ogródkiem. Z kolei na psa jej obecność działa jak amfetamina. Nawet jeśli spokojnie leżał w trawie, zaczyna świrować. Tym razem akurat nie leżał, ale też mu się nasiliło. [/FONT] [FONT=Georgia] -Chciałam kotom dać jeść, a on zaraz wpadnie do piwnicy i wszystko zeżre.[/FONT] [FONT=Georgia] Co prawda to prawda, z kociej miski smakuje mu wszystko. Nadal się nie odzywałam, więc moja matka samodzielnie dokonała wyboru:[/FONT] [FONT=Georgia] -Będę tu musiała siedzieć i pilnować. [/FONT] [FONT=Georgia] Co też prawdopodobnie uczyniła, bo dobiegały mnie jej mamrotane pod nosem złorzeczenia i tętent Gareta. Zwolniona od odpowiedzialności za koty zaczęłam drzemać. Nagle dobiegł mnie przerażający dźwięk. Ocknęłam się. Dźwięk powtórzył się i to z bliska. [/FONT] [FONT=Georgia] -Hau, hau!!! – groził głęboki, mroczny baryton. [/FONT] [FONT=Georgia] Boże dobry, jakiś ogromny potwór dostał się do ogródka i zeżre mi psa! – przeraziłam się, ale zanim zdążyłam się poderwać w poszukiwaniu broni, usłyszałam pełen satysfakcji głos mojej mamusi:[/FONT] [FONT=Georgia] -Nauczyłam ci psa szczekać, słyszysz? [/FONT] [FONT=Georgia] -To on?! Niemożliwe![/FONT] [FONT=Georgia] -Zaraz się przekonasz. No, daj głos! –pstryknęła palcami. [/FONT] [FONT=Georgia]-Hau, hau!!! – zagrzmiało.[/FONT] [FONT=Georgia]Niewiarygodne. Psa specjalnie nie widać, ale szczek ma jak wilczarz. No i co za artykulacja, co za dykcja! [/FONT] [FONT=Georgia]Zaraz zadzwoniłam do Kai, żeby poinformować ją, że Garet umie szczekać.[/FONT] [FONT=Georgia]-... I to jakim grubym, głębokim głosem! Powiedz coś do niego, może powtórzy! – podetknęłam psu komórkę. Przez chwilę, przekrzywiając głowę, nasłuchiwał szczebiotania Kai. Wreszcie zamruczał jak niedźwiedź i już myślałam, że pochwali się nową umiejętnością. Nadął się, ściągnął uszy do tyłu, zrobił zeza i... zaskowyczał przeraźliwym mezzosopranem. [/FONT] [FONT=Georgia]Wieczorem, kiedy babcia oglądała prognozę pogody. Garet wskoczył na fotel, usiadł obok niej i wyprostowany jak struna, ze śmiertelną powagą zapatrzył się w telewizor. Zerknęła na niego i coś na kształt uśmiechu pojawiło się na jej twarzy. Jednak mięśnie, od lat nieużywane, uległy zanikowi, a te, które jeszcze pozostały, zesztywniały, toteż zjawisko było równie ulotne, jak spokój Gareta. [/FONT] [FONT=Georgia] Kolejny dzień był jeszcze bardziej gorący. Warunki były mniej więcej takie, jak w szybkowarze. Pacjenci rzęzili, my też. Natura była niewzruszona. W mojej norze klimatyzacja tylko buczała, a dźwięk jeszcze nikogo nie ochłodził. Dwa razy włączył się alarm przeciwpożarowy, pewnie czujniki meldowały, że w tej temperaturze tkanki organiczne już skwierczą i ktoś powinien je ugasić albo zdjąć z patelni. Kwadrans przed zakończeniem pracy niebo nad lasem zwisło w postaci czarnego wybrzuszenia. W kilka minut później zerwał się tajfun, który spowodował, że poszycie przylepiło się do ciężarnych chmur. Sosnowe igły musiały przebić ten worek, bo nagle cała jego zawartość runęła w dół, przy wtórze ogłuszających piorunów. Ziemia drżała, prąd diabli wzięli, za to włączył się znowu alarm, na który tym razem nikt nie wracał uwagi, bo grzmoty zagłuszały jego ciche pojękiwanie. Niebieskawe oświetlenie awaryjne stwarzało nastrój taki bardziej prosektoryjny. Moje marzenie o powrocie do domu odpłynęło w siną dal. Trudno, postanowiłam, że pojadę za godzinę z Tomkiem. Telefony nie działały, więc powędrowałam opustoszałymi korytarzami do dyżurki lekarskiej. Kiedy otworzyłam drzwi, natura wdarła się do środka. Przeciąg gwałtownie szarpnął ogromnym, podwójnym oknem, stojące na parapecie kwiatki zgodnie ruszyły w kierunku wersalki, a Tomek runął w kierunku okna próbując opanować ten żywioł, ale zaplątał się w firankę jak w kaftan bezpieczeństwa i szamotał się w niej jak okazały, biały pająk. [/FONT] [FONT=Georgia] -Ups, sorry. Chciałam cię tylko prosić, żebyś mnie zabrał do domu, bo minibus mi dopłynął! – wrzasnęłam starając się przedrzeć przez wycie wiatru. [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie ma sprawy, dam ci znać, jak będę wychodził! – udało mu się wydobyć z firanki i usiłował własnym ciałem dopchnąć stawiające dziki opór skrzydła okna. [/FONT] [FONT=Georgia] -To na razie! – dopiero, kiedy otworzyłam drzwi, uświadomiłam sobie, że znowu spowodowałam przeciąg. Szybko zamknęłam je z drugiej strony, nie próbując nawet dociekać, o czym świadczy łoskot dobiegający z wnętrza dyżurki. [/FONT] [FONT=Georgia] Oberwanie chmury było zjawiskiem ściśle lokalnym. Już pięć kilometrów dalej nie było ani śladu deszczu. Nadal się zanosiło... Garet leżał pod furtką w otoczeniu mojej pościeli. [/FONT] [FONT=Georgia] -Co to jest?!! – wrzasnęłam z irytacją. Całkowicie zignorował moje idiotyczne pytanie, bo przecież każdy cymbał wie, że pościel... [/FONT] [FONT=Georgia] -Nie, nie będziemy się przytulać. Jesteś niepoprawny! Nie wolno tego wynosić! – pogroziłam mu prześcieradłem. –Fe!!![/FONT] [FONT=Georgia] Ciężko manifestować obojętność, kiedy połowę psa ma się wplątaną w sukienkę, a drugą, tę bardziej wierzgającą, w paski od torby, ale robiłam co mogłam. Ignorowałam Gareta przez najbliższe pół godziny. Smucił się tak aktywnie, że postanowiłam go zabrać do ogródka, żeby tam się wybiegał. Zerwałam garść koperku i przycupnęłam na chwilę na ławce, bo duszno było niemożliwie i w głowie mi się kręciło. Nie wiem, na jak długo straciłam kontakt z rzeczywistością. Obudził mnie mokry pocałunek i smród potworny, że zerwałam się na równe nogi, co było równie głupim pomysłem, jak zasypianie na takim upale. [/FONT] [FONT=Georgia] -Garet, wynocha, Boże, jak ty cuchniesz! Weź ten paskudny ryj, gdzieś ty go wsadził?! – do mojego na wpół ugotowanego mózgu dotarło mgliste skojarzenie z pokrzywami. Ani chybi babci nalewka na pokrzywach przeszła w stan koncentratu. Że też wiadra nie przeżarła! Ale za to, jak podleje takim nawozem rośliny, da im taki power, że przelezą na durch przez kulę ziemską. Nie wiem, gdzie to wypadnie, lecz strzeżcie się, obce narody![/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT]
  22. [quote name='mar.gajko']A nie podstęp to???:cool3: Ja przyjadę i ... wyjadę z tym wyglansowanym zwierzem:evil_lol: :evil_lol:[/quote] Ty weźmiesz wyglansowanego, a ja sobie zostawię Gareta:lol:
  23. [quote name='mar.gajko']Joasiu, A GDZIE JEST JETT GARET III, jr??????????:crazyeye: :crazyeye: Bo to chyba jakiś nowy piesek???????:eviltong: :eviltong: :eviltong:[/quote] No właśnie - gdzie ejst Garet? Przyjedź sprawdzić. Joa
  24. [quote name='Toska'][quote name='Kajasz']Garyś w swoim :evil_lol: łóżeczku: [URL="http://imageshack.us"][IMG]http://img84.imageshack.us/img84/2447/pierwsze4623cs.jpg[/IMG][/URL] calkiem nieźle się ten Garyś ustawil w życiu :evil_lol: :evil_lol: :evil_lol: a i rozmiary przybral niczego sobie :loveu: :loveu: :loveu:[/quote] Nie,no, malutki jest. Tylko głowę ma dużą, bo dużo myśli.
×
×
  • Create New...