Jump to content
Dogomania

joannasz

Members
  • Posts

    593
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by joannasz

  1. [quote name='kinga']A czymżeś Ty go tak umęczyła, Joanno? ...że wygląda jak stary, sterany ciężkim życiem pies...:shake:[/quote] Ten skurczybyk strzela takie miny dla niepoznaki. Sama się daję nabrać. Zastanawiam się, może to nie ADHD tylko afektywna dwubiegunowa?
  2. Dzięki. Ja też pozdrawiam (Joanna), nie wiem, jak "Pani", bo takiej nie znam. ;) Przecież wszyscy jesteśmy per "ty".
  3. Kiciuś na parapecie w kuchni [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img17.imageshack.us/img17/9552/garyud1.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/img17/garyud1.jpg/1/][IMG]http://img17.imageshack.us/img17/garyud1.jpg/1/w320.png[/IMG][/URL] [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img17.imageshack.us/img17/7033/garnq5.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/img17/garnq5.jpg/1/][IMG]http://img17.imageshack.us/img17/garnq5.jpg/1/w240.png[/IMG][/URL]
  4. :pDzięki. W marcu odbieram tylko kondolencje. Liczne. Aha, dokleiłam początek, bo mi umknął wczoraj.
  5. [FONT=Arial][FONT=Arial]KONIEC MOICH SUKCESÓW[/FONT] [FONT=Arial]30.01.2009 piątek[/FONT] [FONT=Arial]-GARET, NIE!!! – wrzasnęłyśmy równocześnie, ale było już za późno, żaby zatrzymać czarno-biało-kremowy (Garet+ wełniana poduszka) pocisk ziemia-ziemia napędzany obłędem i testosteronem. Szampan ze szklaneczki Kai wyprysnął zgrabnym łukiem na kanapę i podłogę. Rozhukany dureń wypluł poduszkę i stanął z rozdziawionym pyskiem. W rozszerzonych fanatycznie źrenicach płonęło szaleństwo. Z lekkim zaciekawieniem wysłuchał litanii obelg, złapał na powrót poduszkę i runął na kanapę. Kaja, już i tak w nienajlepszym nastroju, naburmuszyła się jak krynolina. Mnie skończyły się resztki cierpliwości, które od dwóch godzin z wysiłkiem próbowałam powstrzymać od panicznej ucieczki. I tak skończyło się oblewanie mojego egzaminu. [/FONT] [FONT=Arial]Świra, walącego w amoku pazurami we wszystkie drzwi, w ponurym milczeniu wypuściłam przed dom, ostatkiem sił powstrzymując się przed nadaniem mu przyspieszenia. Został tam i na zmianę drze ryja na całą okolicę albo drapie w drzwi i popiskuje, usiłując obudzić w nas współczucie. Chyba mi się skończyło. Naprawdę ostatnio już przegiął. [/FONT] [FONT=Arial]Drzwi od oszklonych, sosnowych szaf w korytarzu są zabezpieczone mocnymi gumkami, jednak to go nie zniechęca od podejmowania ambitnych prób dostania się do środka, przy czym szafę z butami odpuszcza sobie łatwiej. Ta z moimi ubraniami wygląda jak po ostrzale z broni maszynowej. Jeszcze parę zmasowanych ataków i przegryzie się na wylot. Ramy drzwi puszczą, a malowane przeze mnie wielkie szyby rozprysną się na milion kolorowych kawałków, być może po drodze ucinając obłąkany, uparty łeb. Jaką on musi mieć siłę w tej paszczy, żeby odgiąć drzwi, wepchnąć w małą szparę ten wścibski, złodziejski nochal i wywlec po kolei to, co zdoła dosięgnąć! A my się martwimy, że nos zaczął mu się odbarwiać. Akurat, wytarł mu się od wciskania w niepożądane miejsca! [/FONT] [FONT=Arial]Wszystkie ubrania, które zdoła dopaść, przemieszczają się po całym domu na niewłasnych, srebrzystych łapach. Nie pomaga to, że zostawiam mu noszoną przez kilka dni polarową bluzę. Musi mieć całą kolekcję i zawsze zdoła coś wyszperać. Do łazienki wchodzi rzadko, więc przez jakiś czas domowe ubranie ukryte za bambusowym parawanem na koszu z praniem było bezpieczne. Parę dni temu wróciłam z pracy, sięgnęłam do schowka, założyłam spodnie od dresu, świeży podkoszulek... Świeży?!...[/FONT] [FONT=Arial]-Kurde!!!!! – wrzasnęłam z furią zdzierając z siebie mokrą szmatę. –Cholera!!!! – ryczałam obwąchując z odrazą na zmianę swoje ramię i białą bawełnę ozdobioną w romantyczne, purpurowe róże oraz tajemnicze, acz niewidoczne ingrediencje, które bałam się nazwać. [/FONT] [FONT=Arial]Moje porykiwania pokonały trzy pomieszczenia oraz głuchotę Ireny, która pojawiła się w drzwiach łazienki z wyrazem lekkiego niepokoju na twarzy. Ujrzawszy moją, z wyrazem ciężkiej wściekłości na tle purpury graniczącej z fioletem, zaniepokoiła się nieco bardziej. [/FONT] [FONT=Arial]-Kto! Do nierządnicy nędzy! Obsikał mój cholerny, czysty podkoszulek!!!???[/FONT] [FONT=Arial]-Obsikał? – zdziwiła się.[/FONT] [FONT=Arial]-Jest mokry, kurde, i cuchnie!!! A leżał suchy i czysty na koszu z praniem!!![/FONT] [FONT=Arial]-Aaa... znalazłam go na podłodze w kuchni. Garet go skądś wywlókł. Widocznie po drodze, ehm... wpadł mu... – wzruszyła bezradnie ramionami i wycofała się. [/FONT] [FONT=Arial]Kurde. Kurde!!! - Doszło do tego, że świr kradnie rzeczy, dla odświeżenia wrzuca je do kibla i niezrażony, wyciąga stamtąd i rozwłóczy po domu.[/FONT] [FONT=Arial]W staniku, wywijając dowodem rzeczowym wpadłam do kuchni.[/FONT] [FONT=Arial]-Jasna dupa!!! - piekliłam się. –Ty cholerny gadzie!!! Co to, do diabła jest?!!! Fe!!![/FONT] [FONT=Arial]Cholerny gad siedział w fotelu, majtał nerwowo końcem kity i z zatroskanym wyrazem myśliwskiego pyska mrugał beżowymi powiekami, jakby bezskutecznie usiłował doszukać się logiki w moich pełnych ognia wypowiedziach.[/FONT] [FONT=Arial]Uświadomiwszy sobie, że światło się pali, a zasłony nie są zaciągnięte, wycofałam się do łazienki i z wściekłością wcisnęłam śmierdzący łach do kosza. [/FONT] [FONT=Arial]To, czego nie kradnie i nie poniewiera, zrzuca. Jednym machnięciem potężnego ogona nadaje znajdującym się na stole przedmiotom pierwszą prędkość kosmiczną i wysyła je na orbitę okołokuchenną. Po chwili dramatycznego lotu kubki, popielniczka, zapalniczka, papierosy i mosiężny wazon z różami z jesiennych liści klonu lądują w zgodnym nieładzie na podłodze. Na końcu, z największym hukiem, pada tam w gruzach moje opanowanie. [/FONT] [FONT=Arial]Parapet w pokoju, specjalnie przystosowany i zaopatrzony w szeroką, sosnową płytę, przestał Garetowi wystarczać. Teraz zaanektował również parapet kuchennego okna. Wdrapuje się nań ze stojącej poniżej ławy. Po kilku próbach wyeliminował rywala w postaci ładnego sukulenta, opadającego nitkowatymi kaskadami z wysokiej doniczki. Po każdym kolejnym upadku kwiatek tracił część ziemi, wreszcie stracił również piękną, ceramiczną osłonkę na doniczkę. Wtedy poddałam się i przeniosłam go do pokoju. Garet niepodzielnie zapanował na parapecie. Po stole chodzi równie zręcznie jak kot, a ostatnio podejmuje próby wdrapania się na kredens ze stołu i na szafkę przy kuchence z parapetu. Być może już nawet tam był, gdy nikt go nie widział i nie zdołał zaprotestować. Ciekawe, czym zatruci byli jego rodzice, że zdołali wyprodukować taki koktajl poszatkowanych genów. Jajecznica z alleli na papryczkach chili. [/FONT] [FONT=Arial]Zastanawiam się, czy nasilenie się zaburzeń umysłowych jest skutkiem anoreksji, czy też przeciwnie. Skurczybyk przestał jeść. To znaczy, nigdy nie jadł jak normalny pies, a teraz odwaliło mu całkowicie. Rozumiem, kurczak. Po dogłębnych przemyśleniach zgodziłam się, że każda istota ze szczątkowym choćby instynktem samozachowawczym powinna unikać ślepo ukierunkowanej bomby hormonalno-antybiotykowej w tkankach kurczaka. Kupiłam filety z soli, które Garet kiedyś lubił. Po rozmrożeniu zostało około dziesięciu procent delikatnej ryby, którą upiekłam niemal beztłuszczowo. To żałosny ukłon w stronę mojego znękanego organizmu, ponieważ ostatnio staram się ograniczać. Ja jadłam, Koleś też, Gacia również, a Garet się wypiął. [/FONT] [FONT=Arial]Kupiłam mostek wołowy, bo z wieprzowiną nawet nie będę się wygłupiać. Poza tym mostek jest tylko o dwadzieścia procent droższy niż kurczak. [/FONT] [FONT=Arial]Chrząstkę nasz pupil nosił po całej okolicy z wielkim przywiązaniem, co jakiś czas zagrzebując ją w moim łóżku. Mięsa odmówił. No dobra, być może za tłuste. Kupiłam pręgę wołową. [/FONT] [FONT=Arial]-Takie dobre mięso dla psa? – jęknęła Irena zaglądając ze zgrozą do garnka. [/FONT] [FONT=Arial]-Częstuj się, pyszne, odtłuszczone i w jarzynkach – zaproponowałam z przygnębieniem. Moje przygnębienie wynikało tyleż z bezradności, co z gwałtownie powiększającej się dziury w debecie, której nawet trzynastka nie zdoła wyrównać. [/FONT] [FONT=Arial]Garet olał moje problemy finansowe. Ostatecznie, zjadł trochę karmiony z ręki. Załamałam się. [/FONT] [FONT=Arial]Powtórnie przeanalizowałam wszystkie możliwości oprócz swoich finansowych, żeby nie popełnić samobójstwa, i stanęło mi na wołowinie.[/FONT] [FONT=Arial]W sklepie mięsnym natknęłam się na Ankę, która kupowała skrzydełka dla swojego psa, cieszącego się niesłabnącym apetytem. Czego i w którym wcieleniu trzeba dokonać, żeby pies żarł zachłannie skrzydła z kaszą? Może faktycznie zamknąć go w kojcu? Spojrzałam z szacunkiem na swoją serdeczną koleżankę i wycofałam się ku wyjściu dzierżąc po pachą dwa kilo chudej wołowiny bez kości.[/FONT] [FONT=Arial]Na surowo potwór zeżarł ponad pół kilo. [/FONT] [FONT=Arial]-I na tym koniec – zapowiedziałam, ignorując koty. Ugotowałam tę masę mięsa z ziołami, jarzynami i odrobiną ryżu postanawiając zamrozić kilka porcji. [/FONT]Zje to zje, nie to nie dostanie nic innego. Koniec, kurde, jak się zbliżę na odległość wzroku do średniej krajowej, to podyskutujemy. Na razie i tak jest chore to, że utrzymanie mojego psa kosztuje więcej, niż moje. A w obliczu tego, że spora część świata głoduje... szkoda gadać. Postanowiłam wprowadzić dyscyplinę. [/FONT] [FONT=Arial]W Jysk-u pojawiły się śliczne legowiska dla psów. Gdyby nie te cholerne koty, które leją wszędzie i na wszystko! Może gdyby Garet miał własny kąt, a nie traktował całego domu jak swojego osobistego miejsca, wszystko wyglądałoby inaczej... [/FONT] [FONT=Arial]Obejrzałam produkt osobiście. Jak na Jysk wyjątkowo solidny. Dół antypoślizgowy, boki z czekoladowego zamszu, góra z beżowego sztucznego kożuszka. Mięciutki jak chmurka. Opakowanie nadaje się do prania. Według Szwedów legowisko jest przeznaczone dla dużego psa. [/FONT] [FONT=Arial]Nie walczyłam ze sobą długo. Po wejściu do domu moją uwagę przyciągnął kaszmirowy płaszcz w kolorze cynamonu zstępujący wdzięcznie ze schodów. [/FONT] [FONT=Arial]-Aaaa!!! Cholera!!! – wrzasnęłam, porzucając torbę osobistą oraz torby z zakupami. [/FONT] [FONT=Arial]Zanim moje zamglone okulary odzyskały przejrzystość, Garet zdołał wypatroszyć wielką torbę z nowym zakupem i trzymając legowisko dla dużego psa w zębach, majtał nim jak jaśkiem, w przerwach podejmując gorączkowe próby patroszenia.[/FONT] [FONT=Arial]-Fe!!! – wrzasnęłam odzyskując w nierównej walce równowartość pięciu kilo pręgi wołowej. [/FONT] [FONT=Arial]-Pogięło cię?! To nie jest poduszka!!![/FONT] [FONT=Arial]Położyłam piękne legowisko na ławie. Wreszcie stała się bardzo wygodna. Może koty tego nie zleją. A swoją drogą, co oni w tej Szwecji hodują takie wielkie, ratlerki?! [/FONT] [FONT=Arial]Sama nie wiem, czy bardziej wkurza mnie nawiedzony do nieprzytomności Garet, czy lejące po domu, a starannie omijające kuwetę koty. [/FONT] [FONT=Arial]A skąd, wiem, koty! Cholerne, fałszywe i złośliwe owłosione pęcherze moczowe na czterech łapach! [/FONT] [FONT=Arial]Przeklinając wniebogłosy i ścierając kałuże moczu wzdłuż kanapy i od stolikiem postanowiłam, że dowiem się, kiedy bywają odpusty, udam się na najbliższy, kupię korkowiec czy też współczesną jego wersję i bez pomocy miotły (ostatnio usiłowałam nią zabić Gacię) odzwyczaję koty od bywania i lania w moim pokoju. Z wyjątkiem Kolesia, którego kocham bezgranicznie. [/FONT] [FONT=Arial]Nie znoszę kotów. Czy już o tym wspominałam? Nienawidzę ich (z wyjątkiem Kolesia). Leją i srają wszędzie, starannie omijając kuwetę. Obracają w perzynę najsolidniejsze tapicery pod pozorem ostrzenia pazurów. Łażą po wszystkich meblach, wypijają mleko z garnka, drapią po szybach i sieją kłakami po całym domu powodując alergię (moich spojówek. Z wyjątkiem Kolesia, oczywiście). [/FONT] [FONT=Arial]Doprowadzają człowieka do stanu przedzawałowego. Na przykład Gacia. Czai się z niezrozumiałych przyczyn, po czym, wprawiwszy obiekt w skrajną dezorientację, rusza jak kamikadze i ląduje centralnie na stopach wywołując utratę równowagi fizycznej (co skutkuje obrażeniami) oraz emocjonalnej (co skutkuje wzbogaceniem słownika wymyślnych przekleństw polskich). [/FONT] [FONT=Arial]Obłąkany pies w połączeniu z obłąkanymi kotami to próba, którą ciężko przejść. Staram się jak mogę, ale nękana w ciągu dnia i poniewierana w ciągu nocy wymiękam. [/FONT] [FONT=Arial]Kto bez szwanku wytrzyma widok swojego szlafroka wymykającego się z łazienki? Na mięsistym, błękitnym jedwabiu smok haftowany tęczową, jedwabną nicią rozpościera skrzydła przed nosem ptaka, który wygląda jak ufarbowany przez wesołego psychopatę kogut. Cały ten ładunek zmierza do twoich stóp, a kiedy próbujesz otrząsnąć się z widziadeł wrzaskiem „A won stąd!”, spod jedwabiu wypełza i umyka z chrobotem pazurów jednooka Perła. [/FONT] [FONT=Arial]Ta sama niepełnosprawna kocica ucieka na twój wrzask wywołany trudnym do zidentyfikowania trzeszczeniem. Za nią smętnie snują się majtki wywleczone pazurami przez szparę z rattanowej szafki w łazience. [/FONT] [FONT=Arial]Doszłam do wniosku, że coraz lepiej czuję się poza domem. Ja! Poza! Domem! [/FONT] [FONT=Arial]Ratunku, chyba wyjdę za mąż. I opuszczę to miejsce. Na razie w zbliżonym kierunku zmierzał jedynie mój egzamin teoretyczny (opuścić to miejsce!!!). [/FONT] [FONT=Arial]Mój instruktor, którego nie widziałam od wieków, miał w planie przemoc w stosunku do młodego kursanta, więc zabrałam się z nimi. Miło było usiąść bezstresowo z tyłu. [/FONT] [FONT=Arial]-No weź się przesuń, w ogóle cię nie widzę! - zdenerwował się Andrzej. [/FONT] [FONT=Arial]-A niby po co masz mnie widzieć? - warknęłam mało przychylnie, mrugając oślepłymi od dwudobowego gapienia się w monitor oczami, którym żadne środki przepisane przez moją okulistkę nie pomagały. [/FONT] [FONT=Arial]-No przecież nie widzieliśmy się ruski rok, ze trzy miechy![/FONT] [FONT=Arial]Posłusznie, z wrogą miną, przepełzłam na drugą część siedzenia. I zobaczyłam się w lusterku wstecznym. O Jezus Maria, jeśli natychmiast nie znajdę sponsora na lifting, to umrę na zawał przy kolejnej takiej bezlitosnej konfrontacji. [/FONT] [FONT=Arial]Z jednego lusterka spoglądało na mnie jastrzębie oblicze Andrzeja, z drugiego zwyciężone walkowerem oblicze kursanta, naznaczone ekspansywnym trądzikiem i intensywną paniką. [/FONT] [FONT=Arial]-No, co u ciebie słychać?... Gaz!!! Gaz!! Puść hamulec! Zostaw ten hamulec!! Sprzęgło!!![/FONT] [FONT=Arial]Poczułam się jak w domu.[/FONT] [FONT=Arial]Do WORD-u przyjechałam godzinę przed czasem. Zanim wyruszyłam na wędrówkę po okolicy, postanowiłam obejrzeć wnętrze budynku. Współczesne. Niestety, wszędzie dominował nastrój paniki, a powietrze wibrowało od maskowanego strachu. [/FONT] [FONT=Arial]-Kamil F. proszony na plac manewrowy – zagruchał seksownym, głębokim głosem głośnik w suficie. [/FONT] [FONT=Arial]Zamarłam wpatrując się w równie nieruchomych kursantów. Po kilku sekundach do oznakowanych drzwi podpełzł młodzieniec z zielonkawo-niebieską karnacją. –Uj, kurde.[/FONT] [FONT=Arial]Z powrotem do WORD-u dotarłam 10 minut przed egzaminem. Nie pomogło odwoływanie się do rozumu. Serce waliło mi jak szalone. Dzięki Bogu trafił nam się cudowny, uroczy egzaminator. Nieco uspokojona, po wyjaśnieniach, wpatrzyłam się w monitor. [/FONT] [FONT=Arial]Po teście próbnym, przysięgając sobie, że nie zakończę po czterech minutach, będę skoncentrowana i bez pośpiechu zastanowię się i nacisnę to, co trzeba, przystąpiłam do egzaminu. Po trzech minutach skończyłam. Przeczekałam chwilę, bo było mi głupio, że wciąż wokół słyszę klikanie, ale w końcu uniosłam rękę. A chrzanić to. Trudno, nie będę sprawdzać. [/FONT] [FONT=Arial]Egzaminator podszedł, spojrzał na mnie nieco zdziwiony (Ja, Matuzalem w grupie, rozumiem faceta!) i sprawdziwszy, że zaczernione są wszystkie pola, poprowadził mnie do końca procedury. [/FONT] [FONT=Arial]-Bezbłędnie. Piątka z plusem – oznajmił z uśmiechem. [/FONT] [FONT=Arial]Pobiłam jakiś rekord Word-u, ale wcale mnie to nie pociesza, ponieważ jest to koniec moich sukcesów. Praktyczny, czyli moja klęska życiowa, 30.03. o godz. 9.30. [/FONT]
  6. :multi:Jezu, wreszcie ktoś się odezwał. Dzięki, Mira. A już myślałam, że zapleśniejemy w zapomnieniu.
  7. Normalni chyba nie mają, ale choć przez całe życie szukam normalności, to wciąż trafiam na boczne uliczki. Badania wykazują, że szczurom znalezienie drogi w labiryncie idzie jak po maśle. Szczęśliwcy... [FONT=Arial]20.01.2009 wtorek[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]UDOMOWIANIE[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Nie mam awersji do nowych rzeczy. Przeciwnie, lubię je. Garet niekoniecznie. Wygląda na to, że postawił sobie za punkt honoru, aby zeszmacić wszystko, co nowe. To pewnie jakiś rodzaj pokrętnej akceptacji. [/FONT] [FONT=Arial] Któregoś dnia po powrocie z pracy z jękiem bólu wyrwałam spod niego nowy lniany żakiet w kolorze zgniłej zieleni. Byłam w nim tylko raz. Na szczęście ukradł go z szafy, a nie zerwał z wieszaka, toteż miałam nadzieję, że jest nadal w całości. Był, a nawet było go jakby więcej, bo wytrzepałam z niego solidną porcję kurczaka, która triumfalnie pacnęła o podłogę. Niestety, uprzednio odsączył się z niej cały tłuszcz. W żakiet, oczywiście. Tego samego wieczoru wzięłam prysznic i w nowej, błękitnej, nocnej koszuli usiadłam na kuchennej ławie przy laptopie. Kiedy wstałam, ze zdumieniem zauważyłam na udzie wielką, mokrą plamę. A przecież nie czułam, żebym siedziała na mokrym... Po bliższych oględzinach organoleptycznych plama okazała się mapą tłuszczu, który dyskretnie osiadł na wełnianym szalu pokrywającym ławę po to, by w pierwszej sprzyjającej chwili przenieść się w bardziej dogodne miejsce. Wyciek pochodził z oślinionej chrzęści mostka wołowego, którą Garet nosił ze sobą jak zabawkę. Ochrzcił nią również nowe narzuty na kanapie i fotelu w pokoju. Puszysta faktura zniosła to nieźle, natomiast rozbabranemu kawałkowi kurczaka nie zdołała się już oprzeć. I po co to wszystko? Najrozsądniej by było nakryć wszystko parcianymi workami, owinąć się w takież wory i przepasać sznurem od snopowiązałki. [/FONT] [FONT=Arial] Fatalny zwyczaj roznoszenia żarcia po całej okolicy nasila się. Chrzęść ostatecznie wyrzuciłam w nocy ze złością ze swojego łóżka. Garet nastawił uszka w trójkąt i spojrzał ze zdumieniem i brakiem zrozumienia na efekt mojego wandalizmu leżący na podłodze obok kawałka kurczaka. Drugi kawałek leżał na parapecie, trzeci w rogu kanapy. Kaja zauważyła, że zachowuje się jak ktoś z atakami hipoglikemii. Kieszeni nie ma, więc przewidująco w każdym kącie zostawia sobie jakąś przekąskę. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy wygasł piec, bo zbyt optymistycznie obliczyłam zapas węgla w podajniku, podobne zapasy odkryłam również w piwnicy. [/FONT] [FONT=Arial] Chociaż początkowo byłam załamana, okazało się, że piec wygasł w samą porę. Inaczej zadusiłby się na śmierć. Otworzyłam drzwi do popielnika i zauważyłam stosy żużlu i popiołu wsypujące się aż do paleniska. Od razu zrobiło mi się gorąco z wściekłości. Najwyraźniej Kaja ładując podajnik zapomniała o wybraniu popiołu. Co najmniej raz... [/FONT] [FONT=Arial] Z niemiłym uczuciem złapałam za klamkę wyczystki. Co prawda ustalałyśmy, że będzie czyszczona systematycznie, przy każdym ładowaniu, ale nie sprawdzałam tego... [/FONT] [FONT=Arial] Otworzyłam drzwiczki. Pół wiadra sadzy runęło mi na nogi i radośnie rozprzestrzeniło się z ulotnym wdziękiem na całą kotłownię oraz moje drogi oddechowe. Zacharczałam z furią, po czym klęłam długo, z uczuciem i w sposób bardzo wyszukany. Garet w popłochu uciekł do ogrodu, goniąc przed sobą Szarą Kotkę, która popisując jak gumowa zabawka w pośpiechu opuściła wyziębłą rurę na podajnikiem. [/FONT] [FONT=Arial] Tonąc w czarnych tumanach oczyściłam wyczystkę i komin. W kominie było niewiele, za to z wyczystki zapakowałam do worków dwa wiadra sadzy. Cud, że ten biedny piec jeszcze jakoś rzęził. I nic dziwnego, że tyle ostatnio spalał. Poprzysięgłam sobie, że będę liczyć tylko na siebie i co trzy dni oczyszczę popielnik i wyczystkę. I słowa dotrzymuję. Dziecko bardzo pomaga ładując podajnik. Dobre i to. [/FONT] [FONT=Arial] Piec rozpala się bardzo niewygodnie, poza tym byłam zła jak szerszeń i zniecierpliwiona, więc zamykałam go zbyt szybko, toteż udało mi się go uruchomić dopiero po trzykrotnym odprawieniu całego rytuału. W przerwach, żeby nieco ochłonąć, wychodziłam ku radości Gareta do ogrodu. [/FONT] [FONT=Arial] Przez zasmolone okulary obserwowałam uśmiechniętego całym pyskiem kundla. Z wypiętym tyłkiem i opuszczonym na rozkraczonych łapach przodem czaił się ze wstrzymanym oddechem czekając na mój nagły ruch i krótki okrzyk. Wtedy ruszał dzikim pędem po zlodowaciałym śniegu obiegając niebezpiecznie blisko basen i gnając slalomem pomiędzy drzewkami i krzewami. Wracał i powstrzymując dyszenie znowu zamierał w bezruchu. Z któregoś obiegu przyniósł sobie piszczącą piłeczkę i cwałował nosząc ją w pysku. Wracał, parkował ze zgrzytem przy krzaku porzeczki, wypuszczał piłkę, zamierał i czekał na sygnał. Po kolejnej rundzie zaaportował obiekt trudny do zidentyfikowania, w którym dopiero po bliższych oględzinach rozpoznałam szyję kurczaka. [/FONT] [FONT=Arial] -Jezu, pogięło cię? – powiedziałam z niesmakiem. –Wszędzie jest twoje cholerne żarcie! Nie bawimy się już![/FONT] [FONT=Arial] Czy to, że po całym domu i posesji plączą się doczesne szczątki kurczaka świadczy o tym, że Garet stanowczo odmawia jedzenia drobiu, ponieważ jest toksyczny? Te wszystkie hormony i antybiotyki, cholera... Ostatecznie koty kurczaka też nie jedzą. A może powinnam go przegłodzić, jak radzi Kaja? Ale z drugiej strony, gdyby nie uczestniczył w moich posiłkach, zagłodziłby się na amen. Próbuję iść na kompromis. Daję mu tylko odrobinę. Dziś wylizał talerz z gołąbków w pikantnym sosie pomidorowym z serem pleśniowym. [/FONT] [FONT=Arial] W niedzielę nie pozwoliłam mu zjeść sałaty i obraził się okrutnie. Nie mogłam, bo Marek ostatnio przywiózł taki ostry sos, że psina puszczałaby tyłkiem fajerwerki. [/FONT] [FONT=Arial] -To twoja wina – powiedziała oskarżycielsko Kaja. –I wszystko jest udokumentowane. Widać na zdjęciach, jak niewinny szczeniak siedzi na twoich kolanach i je sałatę w sosie czosnkowym z widelca![/FONT] [FONT=Arial] Pomamrotałam pod nosem i porzuciłam temat. [/FONT] [FONT=Arial] Przynajmniej jego złodziejskie skłonności to nie moja zasługa, tylko najwyraźniej geny. Choćbym pękła, to przy swojej gamoniowatości i roztargnieniu nie zdołałabym niczego ukraść z takim artyzmem. A włamania to już wyłącznie jego własny, wykształcony w ciągu życia, talent. [/FONT] [FONT=Arial] Ostatnio Koleś, wyspany na parę lat naprzód i lekko znudzony, szukał nowych podniet. Podszedł do szafki kuchennej, otworzył łapą szufladę z ziołami i zanurzył się w niej w poszukiwaniu kozłka lekarskiego. Garet, zaciekawiony i zbulwersowany tym, że rośnie mu pod bokiem konkurencja, zawisł nad Kolesiem zdecydowany pomóc. Ponieważ zapach ziół wymieszał się, a Koleś jeszcze nie umie czytać, zahaczył pazurem torebkę z miętą pieprzową. Garet, podekscytowany do granic możliwości, wepchnął łeb do szuflady akurat w momencie, gdy Koleś zorientował się w pomyłce i energicznie usiłował odczepić się od mięty. Nastąpiła drobna kolizja, wskutek której Koleś sczepiony z torebką wyprysnęli dołem, a Garet górą, omal nie zabijając się o blat szafki. Kaja, szlochając ze śmiechu i z zachwytu, opanowała sytuację i nasypała kocurowi na podłogę ulubionego narkotyku, którego resztki zmiotłam sprzed kuchenki po powrocie z Ustronia. [/FONT] [FONT=Arial] Nasz obłąkany do szczętu pies, a i ja razem z nim, doznajemy nieco ulgi w weekend, po przyjeździe Kai. Ja mam miłe poczucie, że przynajmniej jedna czwarta otwierania i zamykania wszystkich drzwi przypadnie na Kaję, a na noc zamykam się na klucz i nie muszę od piątej bić się z myślami, czy nerwowe trąbienie i walenie pazurami w drzwi wynika z potrzeby fizjologicznej, czy też jest skutkiem urojeń przedstawiających bandę złoczyńców grasujących w ogródku, wypatrzonych przez okno. Poza tym nie słyszę wizgu pazurów po podłodze, jęków, świstów i skoków na wysokościach, z parapetu na fotel, kanapę i z powrotem oraz odgłosów nerwowego snu i porannych ablucji. Kiedy Garet robi przed świtem przegląd jajek, wydaje odgłosy jak nurek zanurzony w gęstym bagnie i wyrywa mnie z najgłębszego nawet snu, chociaż nie pamiętam, kiedy mi się taki przytrafił. [/FONT] [FONT=Arial] Sprawiedliwie mówiąc, Kaja też tego nie słyszy, bo jej snu nie jest zdolny przerwać nawet kombajn pracujący pod poduszką. [/FONT] [FONT=Arial] Poza tym Garet, mając wszystkich w domu, jest znacznie spokojniejszy. Zachowuje się mniej histerycznie, a w każdym razie mniej depresyjnie – o wiele łatwiej znosi się histerię radosną. [/FONT] [FONT=Arial] -Mamuś! Zrób coś!!! – wrzeszczy Kaja miotając się po pokoju za Garetem wczepionym w rękaw bluzy od dresu. Jeden rękaw już wisi do kolan, drugi pospiesznie zdąża w tym samym kierunku. Garet, z najeżonym dupoczubem, bezmyślnym wzrokiem atakującego rekina i błogim wyrazem uzębionego pyska, warczy rozkosznie i trzyma jak tasiemiec uzbrojony.[/FONT] [FONT=Arial] -Hmmm... Właściwie to on mógłby chałupniczo produkować kaftany bezpieczeństwa – zauważam z namysłem. [/FONT] [FONT=Arial] -I to bezpośrednio na kliencie! – jęczy Kaja. [/FONT] [FONT=Arial] Lubię wspólne weekendy także dlatego, że część sprzątania przypada na Kaję. A raczej – do niej. Przypada i bezradnie wisi. Mija piątek, mija sobota. Kaja, w przypływach aktywności, miota się od komputera do telewizora i książki. Trudno wybrać. Wykonawszy swoją część, po której dzięki staraniom naszych wrednych czworonogów dawno już nie ma śladu, staram się zachować równowagę i pogodę ducha oraz delikatnie wykonać resztę. [/FONT] [FONT=Arial] -Nie ruszaj podłogi w kuchni! – protestuje Kaja. –Ja to zrobię![/FONT] [FONT=Arial] W sukurs przychodzi mi Irena, po której coś niecoś mam. Stękając i fucząc przez nos, wlecze za sobą zdezelowaną, metalową łopatę z piwnicy, żeby odśnieżyć balkon. Oczywiście nowej łopaty nie znalazła...[/FONT] [FONT=Arial] -Zostaw!!! – wrzeszczymy natychmiast zjednoczone. Irena chwilowo porzuca łopatę, ale uparty błysk w jej oczach świadczy o tym, że przylgnie do niej znowu w ciągu najbliższych pięciu minut, żeby zrobić z siebie widowisko na całą dzielnicę. [/FONT] [FONT=Arial] -No dobra – poddaję się – ty zrób śnieg, a ja kuchnię... [/FONT] [FONT=Arial] Moje dziecko wybucha nieopanowanym śmiechem i nie może się uspokoić, chociaż mamroczę, że to skrót myślowy. Mniej więcej taki, jak „przeleć psa”, co oznacza wybieganie Gareta w ogrodzie, za to nowy. Żadne nowości nie mają u nas lekko...[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT]
  8. [FONT=Arial]15.01.2009 czwartek[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]CZASAMI CHWILA WYTCHNIENIA[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Funkcjonuje we mnie od lat patologiczny mechanizm przyciągania do domu. To ukłon w stronę moich dążeń autodestrukcyjnych. Nie, żeby każde ciążenie w kierunku domu było złe. Gdy człowiek spieszy do domu, do grona kochających, ciepłych, wspierających osób, gdzie znajduje poczucie bezpieczeństwa, komfort, spokój, relaks i odpoczynek, to jest OK. Ale jeśli okopuje się z dzikim uporem w miejscu, które na skali stresu oscyluje wokół 150 punktów, gdzie nie ma chwili wytchnienia, adrenalina wycieka mu uszami, śluzówki przewodu pokarmowego radośnie wykopują własnymi łapami nisze wrzodowe, a mięśnie wskutek stanu najwyższego wkurwienia zastygają jak szybkoschnący beton, to jest to co najmniej dziwne. [/FONT] [FONT=Arial] No cóż, ja tak mam. Może, gdybym co jakiś czas wyjechała na wczasy czy wycieczkę, coś by mi zaiskrzyło i skierowało mnie we właściwym kierunku. Ale jako nadmiernie wykształcona zespolona z szyją samotna głowa rodziny zarabiam tyle, że pomocnik pomocnika robotnika budowlanego pękłby ze śmiechu, więc na takie ekscesy mnie nie stać. Jeśli kiedyś moja pensja dorówna tej, jaką otrzymuje młodzież po stażu, może sobie zaszaleję. Pod warunkiem, że jakiś sponsor zafunduje mi opał na zimę. [/FONT] [FONT=Arial] Przedsmak komfortu leniuchowania poza domem dało mi ostatnie wyjazdowe szkolenie. Zdecydowałam się na nie tylko dlatego, że po pierwsze: było bezpłatne, finansowane przez kochany EFS, po drugie: zainteresowało mnie niebywale, bo nigdy nie miałam do czynienia z tym rodzajem terapii. I po trzecie – okazało się tak fantastyczne, że zapłakałabym się, nie mogąc uczestniczyć we wszystkich zjazdach. [/FONT] [FONT=Arial] To cudowne uczucie dyskretnego zaopiekowania przez służby hotelu! Ciekawi ludzie i stymulacja intelektualna; pycha! I towarzystwo wspaniałej koleżanki z pracy. [/FONT] [FONT=Arial] Na kolejny wyjazd oczekiwałam z niecierpliwością. W niedzielę położyłam się przed północą, żeby wygrzebać się przed świtem w jakiej takiej formie. Garet był po kilkakrotnym oblocie domu ze wszystkich stron i miałam nadzieję, że przynajmniej do piątej nie będzie mnie prześladował. Zakręcony kaloryfer zapewniał temperaturę w granicach piętnastu stopni. Jedyne, czego nie mogłam uniknąć, to conocnej gimnastyki. Gorąco!!! Odkrywam się. Zimno!!! Przykrywam się. Gorąco w kolana i ramiona!!! Odkrywam strategiczne partie. Zimno w łokcie i plecy!!! Przykrywam. Co prawda tylko prześcieradłem, ale to wystarczy. Zaręczam wam, że rozwód z estrogenem jest znacznie bardziej wyniszczający niż rozwód z wieloletnim mężem. Być może dlatego, że związek z estrogenem jest znacznie dłuższy niż przeciętny związek małżeński. I facet nie jest aż tak pomysłowy, żeby mścić się z podobną perfidią. [/FONT] [FONT=Arial] No dobra. Pomijając syndrom latającego prześcieradła, trwałam w stanie odprężającego półczuwania. Garet chrapał albo rzęził, w zależności od tego, czy zatkał sobie nos narzutą na kanapie, czy ucisnął tchawicę oparciem fotela. Kiedy miałam wrażenie, że przestał działać i popadł w bezdech, cmokałam albo przemawiałam do niego, dopóki na powrót nie zaskoczył. Koleś wyjątkowo mnie porzucił, więc miałam łóżko tylko dla siebie. Pełny, cholerny, gorąco-lodowaty komfort. [/FONT] [FONT=Arial] Nagle, o drugiej w nocy, poderwało mnie z pościeli jakieś posępne wycie, przywodzące na myśl pokutującego od wieków ducha w wyjątkowo fatalnym nastroju. Włosy zjeżyły mi się na głowie i usiłowałam zlokalizować dźwięk. Wydawało mi się, że dochodzi z pokoju Ireny, ale przewyższał wszystko, co w momentach sennej kreatywności potrafi wydobyć z siebie moja matka, a wierzcie mi, potrafi wiele. [/FONT] [FONT=Arial] Po chwili gorączkowych rozmyślań doszłam do wniosku, że obłęd trafił któregoś z kotów. Otarłam zimny pot z czoła i nakryłam ucho zdecydowana wytrwać. Dźwięk narastał i eskalował do granic wytrzymałości, Garet zerwał się z fotela i łomocząc pazurami cwałował po całym domu, poświstując histerycznie. Obudziła się we mnie chęć mordu, a w Irenie świadomość. Słyszałam, jak wyłazi z łóżka posapując przez nos i stękając. [/FONT] [FONT=Arial] -Co tam się, do cholery, dzieje?!!! – wrzasnęłam, spragniona informacji. [/FONT] [FONT=Arial] -To kocur wypatrzył tego białego kota z burym ogonem na balkonie![/FONT] [FONT=Arial] -A niech go szlag trafi! – ryknęłam przykrywając się szczelniej. Biały kot z sąsiedztwa, o wrednej, zbójeckiej mordzie i zezowatych ślepiach, przez całe lato znaczył nam cuchnącym moczem okolice domu. Nienawidziłam go z całej duszy.[/FONT] [FONT=Arial] Usłyszałam, że Irena wędruje do kuchni, a potem szeleści czymś w spiżarni i otwiera lodówkę. No nie! Teraz już naprawdę krew mnie zalała. Oczywiście gromadziła jakieś przysmaki, żeby wyrzucić je na balkon. [/FONT] [FONT=Arial] Jak furia wyskoczyłam z łóżka, Garet, skowycząc, runął za mną. Otworzyłam gwałtownie drzwi balkonowe i wrzasnęłam:[/FONT] [FONT=Arial] -Bierz go!!![/FONT] [FONT=Arial] Łomot na balkonie sprawił mi lekką ulgę. Koleś wisiał na parapecie wpatrując się rozjarzonymi oczami w ciemność mroźnej nocy. [/FONT] [FONT=Arial] Irena powiewając nocną koszulą przydreptała z porcją mięsa w garści.[/FONT] [FONT=Arial] -A ty dokąd? – warknęłam wrogo.[/FONT] [FONT=Arial] -Dam mu coś jeść, to się uspokoi. I po co wypuściłaś tego psa?[/FONT] [FONT=Arial] -Żeby mu dupę przetrzepał! Mało ci cuchnących syfów wokół domu? Nic, tylko narzekasz, a żarcie wystawiasz, żeby zwabić kolejne łajzy! Niech spierdala do swoich opiekunów! [/FONT] [FONT=Arial] Irena z kamiennym uporem wystawiła na balkon żarcie, a Garet wrócił, nastroszony triumfalnie, zimny i roziskrzony od śniegu. Pochwaliłam go i wróciliśmy do łóżka, ale spokojna noc odeszła w niebyt. Wyjechałam z prawdziwą przyjemnością. [/FONT] [FONT=Arial] Miałam nadzieję, że Kaja, zgodnie z obietnicą, przyjedzie rano, ale przecież musiała się wyspać. Zjawiła się w południe. Przez telefon poinformowała mnie, że zastała szafę otwartą, wszystkie moje spodnie wywleczone na podłogę w korytarzu, obok nich moje pantofle, a Gareta z jednymi dżinsami jako maskotką na fotelu w kuchni. Oprócz tego po włamaniu do kredensu na podłodze dogorywał mój depilator „chyba cały” oraz jego opakowanie, całe w strzępach. Nie chciałam się denerwować, więc tylko poprosiłam, żeby założyła nowe gumki na uchwyty szaf. [/FONT] [FONT=Arial] Zajęcia były fantastyczne, żarcie również, niestety, po całodziennych zajęciach tyłek zdrętwiał mi od siedzenia, a porażenie w lewej nodze i pośladku zadomowiło się na dobre. Mimo krwawych, koszmarnych snów produkowanych z zapałem przez poruszoną podświadomość czułam się wypoczęta, a w lustrze powitały mnie normalnego koloru spojówki. Żadnego wampirzego spojrzenia z powodu kontaktu ze zwierzęcą sierścią. Odstawiłam krople na alergię. [/FONT] [FONT=Arial] Z balkonu, na którym paliłam, rozpościerał się zapierający w piersiach dech widok na lekko zamglone góry, a w hotelowym ogrodzie brykały trzy rozbawione sarny goniąc się nawzajem. Podmuchy lodowatego wiatru miotały zagubionym pękiem białych balonów, ciskając je pomiędzy sosny, i rysując na zlodowaciałym śniegu fantazyjne wzory piaskiem z piaskownicy. [/FONT] [FONT=Arial] Wróciłam do łoskotu samochodów, obróconego w ruinę domu usłanego częściami garderoby Kai począwszy od intymnej na wierzchniej skończywszy i stęsknionego do niemożliwości psa. Wyczyściłam Garetowi zagnojone uszy, w stanie ostrego zapalenia, zapuściłam maść, dałam przywieziony wafelek („dobry pies”), umyłam tyłeczek, wyniosłam śmieci, zajrzałam do pieca, trochę posprzątałam, poczytałam i walnęłam się w łóżko z Kolesiem winkrustowanym na stałe w zgięcie kolan. [/FONT] [FONT=Arial] Garet obudził mnie pół godziny przed dźwiękiem budzika parkując zadkiem na moim brzuchu i domagając się pieszczot. Nie było sensu udawać, że śpię. Wydrapałam go i wygłaskałam solidnie, podtrzymałam, kiedy zwinięty w konwulsyjny supeł robił gorączkową rewizję nasady ogona i wylazłam z łóżka. [/FONT] [FONT=Arial] Garet natychmiast rozciągnął się jak sznurek na kanapie oglądając się zachęcająco przez ramię. Masaż całego ciałka przyjął z rozkosznym chrumkaniem i sapaniem, wiercąc się i stając na głowie. Też bym chciała, żeby mnie ktoś rano wymasował... Pokuśtykałam, żeby go wypuścić przez balkon w pokoju Ireny do ogrodu. [/FONT] [FONT=Arial] Trafił mu się nieoczekiwany bonus w postaci Marchwi umykającej pod fotel, na którą radośnie hycnął przednimi łapami. W natchnieniu strącił Gacię z parapetu i zadowolony z siebie, z zadartą kitą, pokłusował do ogrodu, szczekając groźnie, żeby wypłoszyć wszelkie ścierwo, które się tam przez noc zalęgło i mogłoby zagrażać jego bezpieczeństwu. [/FONT] [FONT=Arial] Ech, psie życie... [/FONT]
  9. 30-go mam państwowy teoretyczny. Jesli zdam, wyznaczą mi termin praktycznego i wtedy dopiero zacznę resztę jazd. A na razie - dopiero wróciłam ze szkolenia. Fajnie było. Zawsze wiedziałam, gdzie leży moje ubranie!
  10. Poszukiwany mały kociak do adopcji w Olkuszu. Dobry dom. Kiedy ja próbuję gdzieś ulokować kota, to nie ma chętnych, a kiedy ktoś szuka kota, to nie ma kotów...:p
  11. [FONT=Arial]Za chwilę poderwał nas na równe nogi dzwonek. Zwalczyłam pokusę, żeby nie otwierać, ale przeszło mi przez myśl, że to może Artur i gdybym go po raz drugi nie wpuściła, tym razem już by się obraził. W pośpiechu naciągnęłam na siebie bluzę i podążyłam za uszczęśliwionym Garetem. Faktycznie był to Artur, manipulował właśnie kluczem przy drugich drzwiach. [/FONT] [FONT=Arial]-Co, znowu byłaś goła i musiałaś się ubrać?! – wrzasnął usiłując opędzić się od Gareta i przywitać ze mną. Z właściwym sobie refleksem uprzedził Gareta i rzucił się na fotel żądając tej dobrej herbaty z miodem. [/FONT] [FONT=Arial]Garet ocenił szanse ulokowania mu się na kolanach, ale były marne, nie zmieściłby się, więc zawładnął prawą ręką Artura. Przyciągał ją, ilekroć Artur zaniedbał drapanie i głaskanie. Poświstywał z rozczuleniem przez nos i przewracał oczami z zachwytu. Wielkodusznie puścił w niepamięć wszystkie tortury zadane mu przez Artura w przeszłości. [/FONT] [FONT=Arial]Nie widzieliśmy się ponad dwa miesiące, więc zlekceważywszy moje wstępne zapewnienie, że „wszystko po staremu”, Artur z talentem położnika wyciągał za mnie nowe informacje. [/FONT] [FONT=Arial]Po godzinnej pogawędce zerwał się, wyjął przybory i zdybawszy Gareta na ławie, wepchnął mu termometr w tyłek. Pies rzucił mi pełne wyrzutu spojrzenie, ale nie zareagowałam. Podania szczepionki nawet nie zauważył. [/FONT] [FONT=Arial]Później, sprzątając strzykawkę, wbiłam sobie głęboko igłę w rękę. BHP lekarza – przypadkiem nie wkładaj igły do osłonki, a nuż jakiś cymbał da się nabić![/FONT] [FONT=Arial]Wysłałam sms-a do Artura, czy coś mi grozi. [/FONT] [FONT=Arial]Dziś rano tak wściekle bolał mnie kciuk, że nie mogłam nim ruszać. O igle całkiem zapomniałam. Ledwie zdążyłam w pracy zrobić sobie herbatę, odezwał się mój telefon. Czasami łapie zasięg i to właśnie była ta chwila. Artur.[/FONT] [FONT=Arial]-Trzeba będzie ci amputować nogę w stawie biodrowym – poinformował mnie. [/FONT] [FONT=Arial]-Co?? – osłupiałam do tego stopnia, że poczułam kompletną pustkę w głowie. [/FONT] [FONT=Arial]-No mówię ci, że trzeba amputować, bo już nic nie da się zrobić. [/FONT] [FONT=Arial]Jezu. Oszalał, a jeszcze wieczorem wydawał się normalny. Postanowiłam rzecz skonsultować.[/FONT] [FONT=Arial]-Zwariowałeś? – zapytałam niepewnie. [/FONT] [FONT=Arial]-Ja? Ja tylko mówię, że nóżkę trzeba będzie u*******ić. Przecież wczoraj wysłałaś mi sms-a. [/FONT] [FONT=Arial]-Sms-a?[/FONT] [FONT=Arial]-No, widzę, że się z tobą nie dogadam. To cześć! – zawołał rześkim głosem. [/FONT] [FONT=Arial]Zapatrzyłam się tępo w telefon. Nóżka? Sms? A, ukłucie igłą! Moja ręka! To od tego tak boli![/FONT] [FONT=Arial]-Cholera! Znowu nie ma zasięgu! – wędrowałam po pokoju wpatrując się w wyświetlacz. –Wczoraj był w okolicy kosza... – mamrotałam. Dziewczyny nie zwracały na mnie uwagi, bo od roku im tak łażę i przeklinam i będę jeszcze przez rok, dopóki nie wygaśnie mi umowa i nie zmienię operatora. Złapałam dwie kreski nad biurkiem Grażyny. Spieszyłam się, bo wiedziałam, że cud nie potrwa długo. [/FONT] [FONT=Arial]-Artur? Jak zwykle nie doczytałeś! W rękę się zakłułam, a nie w nogę! W ogóle nie rozumiałam, o co ci chodzi. I chciałam ci powiedzieć, że ręka mnie piekielnie boli! Dziś rano zastanawiałam się od czego![/FONT] [FONT=Arial]-No to teraz obserwuj, czy nie będziesz toczyć piany z pyska. [/FONT] [FONT=Arial]-Wielkie, kurde, dzięki![/FONT] [FONT=Arial]Zasięg diabli wzięli. [/FONT] [FONT=Arial]Jeśli nadal nie będę mogła ruszać kciukiem, to chyba faktycznie pójdę do lekarza. Bo wolałabym, żeby jakaś zaraza nie dopadła mnie na szkoleniu w Ustroniu. [/FONT] [FONT=Arial]W domu od razu, nie rozbierając się, popędziłam do ubikacji. To był naprawdę ostatni moment. Mgliście zarejestrowałam, że w korytarzu drogę zastawiały mi stosy ubrań i moje buty. Tym razem cholernik włamał się do obu szaf. Widocznie gumki zabezpieczające się rozluźniły. Teraz stęskniona gadzina usiłowała mi się wdrapać na kolana, ale wytłumaczyłam mu, że to głupi pomysł i niewłaściwe miejsce, więc tylko się przytulał. Odszedł na moment, żeby z porzuconej przez mnie torby wyłuskać bezbłędnie świńskie ucho. Zaniósł je na ławę i obwąchiwał dość bezradnie, bo było szczelnie zapakowane w woreczek.[/FONT] [FONT=Arial]Papier toaletowy znalazłam starannie zatknięty na rączce szczotki do czyszczenia kibla. Tu też działał, chyba że coś nie tak z Ireną... Moja matka jednak stanowczo odżegnała się od wszelkich manipulacji papierem. [/FONT] [FONT=Arial]Odpakowałam wędzone ucho i powrzucałam buty i ubrania z powrotem, uprzednio je obwąchawszy. Akurat dziś przyszła klientka w płaszczu obsikanym przez koty. Wietrzyłyśmy dobry kwadrans, zanim dało się w pokoju siedzieć. [/FONT] [FONT=Arial]A ręka boli mnie nadal. Zdaje się, że trafiłam w jakieś ścięgno albo w torebkę stawową. Poproszę Artura, żeby mnie też wypisał świadectwo szczepienia przeciwko wściekliźnie. [/FONT]
  12. [FONT=Arial]08.01.2009 czwartek[/FONT] [FONT=Arial]... I SIĘ ZACZĄŁ[/FONT] [FONT=Arial]Zima jak skurczybyk. A tak fajnie było przez ostatnie dwa lata! Zaczynam podejrzewać, że globalne ocieplenie to kicha. Nie cierpię chodzić po nieodśnieżonych chodnikach i ślizgać się na schodach przed sklepami. Ludzie są kompletnie pozbawieni wyobraźni i wydaje im się, że jak założą pseudomarmurowe płytki, to będzie tak cholernie elegancko. A w zimie nieszczęśni klienci rozjeżdżają się na nich jak żaby z tetraplegią. Poślizg niekontrolowany i nie do opanowania. Jeśli nie ma się czego złapać, to brodą można policzyć wszystkie stopnie, na które udało się wdrapać. Ja przed domem położyłam szorstki gres (chyba niepotrzebnie szkliwiony), a i tak mamy problemy z przyczepnością. Szczególnie Garet, który wypada jak burza drąc gębę już od progu, żeby w razie czego śmiertelnie wystraszyć czających się na zewnątrz bandytów. Czasami udaje mu się przerazić jakąś idącą ulicą staruszkę. Dobrze, że jeszcze żadna nie wskoczyła pod samochód, tam nie ma chodnika... [/FONT] [FONT=Arial]Gdy po kilku minutach wpada z powrotem, jest jeszcze gorzej. Łapy ma zaśnieżone, więc płytki w korytarzu nadają mu takiego szwungu, że tylko dzięki meblom działającym jak bandy na lodowisku udaje mu się osiągnąć kuchnię. Boże, czemu ten pies nie może zachowywać się normalnie? [/FONT] [FONT=Arial]Z powodu mrozów i dzięki wizycie Leszka zlikwidowałyśmy galopy do piwnicy. Irena martwiła się, że rury popękają przy ciągle otwieranych przez Gareta drzwiach. Drzwi, odkąd pamiętam, są podparte ciężkim, bardzo zabytkowym kamieniem z żaren, nabytym wraz z domem. Prawdopodobnie trzydzieści lat temu normalnie się zamykały, choć tego nie pamiętam. Potem drewno wypaczyło się i opadły. Potwornie ciężki kamień jest trudny do ruszenia tylko przez ludzi. Koty i Garet radzą sobie z tym znakomicie. Powstała sytuacja patowa. Irena jęczała o instalację, Garet musi wychodzić do ogrodu, w którym od piątej rano upatruje z parapetu inwazji obcych. Na szczęście zepsuł się nasz śliczny, mosiężny kran w kuchni, kolejny z moich bezmyślnych nabytków. Jak zwykle przewaga formy nad treścią, czy raczej wyglądu nad funkcją. Za jedną trzecią ceny mogłam kupić wypasiony niklowany mieszacz wody. Ale nie. Musiało być w stylu retro i z akcentami złota. [/FONT] [FONT=Arial]Niedawno zaopatrzyłam te kapiące po roku użytkowania cuda w podobno niezniszczalne wkłady ceramiczne. Leszek dokonał jakichś skomplikowanych manipulacji, bo krany okazały się nietypowe. Jakiś czas działało, aż wreszcie, ten najczęściej używany, od ciepłej wody, zdechł i zaczął się kręcić dookoła. Na szczęście dokonał żywota w pozycji off, bo inaczej musiałabym odciąć centralny dopływ wody. Namówiłam Irenę, żeby zadzwoniła do Leszka, bo przecież staruszce nie odmówi... Przyjechał wieczorem. Po gorączkowych poszukiwaniach w piwnicy znalazłam jakieś stare (ale nieużywane), mosiężne wnętrzności, założył i działa! Gorączkowo myślałam, w czym jeszcze zaprzyjaźniony geniusz może pomóc. [/FONT] [FONT=Arial]-Nowe drzwi wejściowe! Leszku, śnieg nam wpada do domu! Już paru fachowców przy nich kombinowało i nic. Podobno coś tam przeskakuje. [/FONT] [FONT=Arial]Leszek w skupieniu kilkakrotnie zamknął i otworzył drzwi. Pomyślał chwilę i uśmiechnął się. [/FONT] [FONT=Arial]-Eee, tam, przeskakuje. Przekombinowali! Tylko tu blaszkie trzeba odgiąć! Daj śrubokręta. [/FONT] [FONT=Arial]Boże, uwielbiam go razem z tym cwaniackim warszawskim akcentem! „Blaszkie” odgiął i drzwi przylgnęły z ulgą do framugi szczelnie jak w lodówce. [/FONT] [FONT=Arial]-A mógłbyś rzucić okiem na te wejściowe do piwnicy? Ja już patrzyłam, opadły sporo, trzeba przekręcić ten uchwyt na wpust zamka dobre dwa centymetry niżej... Kaja, podładuj wkrętarkę.[/FONT] [FONT=Arial]Po konsultacji w piwnicy Leszek wydal diagnozę – drzwi nie opadły tylko się zwichrowały i nie potrzeba nic przekręcać. Trochę przeszkadzał mu filc, który Irena przybiła, żeby zasłonić dwucentymetrową dziurę górą, ale poradził sobie. Dzięki Bogu to kawał chłopa, zdjął masywne drzwi, zbudowane z dwóch warstw poprzecznych solidnych listew i walnął nimi o podłogę. [/FONT] [FONT=Arial]-Jezu, rozpadną się! – przeraziłam się. [/FONT] [FONT=Arial]-Nic nie bój, będzie dobrze![/FONT] [FONT=Arial]I faktycznie, po kilku korektach ciężkim młotem, drzwi zamknęły się gładko po raz pierwszy od ćwierćwiecza.[/FONT] [FONT=Arial]-Boże! – jęknęłam z zazdrością – jak ja bym chciała wiedzieć tyle, co ty![/FONT] [FONT=Arial]Leszek zarechotał, zajęty drapaniem omdlewającego z rozkoszy Gareta pod brodą. [/FONT] [FONT=Arial]Moim marzeniem jest samowystarczalność. Błąd w założeniu, ale gdybym mogła samodzielnie poradzić sobie ze wszystkimi kaprysami domu i jego wyposażenia, byłoby idealnie. No cóż, wciąż się uczę. Jednak strachu przed wiertarką chyba nie przezwyciężę. [/FONT] [FONT=Arial]Kiedy Leszek odjechał, obdarowany zapasem kawy, Irena nie mogła uwierzyć, że kamień z żaren możemy oddać do muzeum etnograficznego, gdyby takie tu było. [/FONT] [FONT=Arial]-Jak on to zrobił?![/FONT] [FONT=Arial]-No cóż... zdjął drzwi, *******nął nimi o podłogę i naprawiły się – wyjaśniłam skrótowo. [/FONT] [FONT=Arial]Garet teraz wychodzi przez balkon, przeciwko czemu Irena nie protestuje, zachwycona bezpieczeństwem instalacji wod-kan. Z kolei nasz świr, wychodząc przez balkon, zostaje w ogrodzie dłużej niż wtedy, gdy wychodził przez piwnicę. Penetruje wszystkie zakamarki. Liczy sosny, ogląda tuje, bada okolice garażu, wpada w maliny i obserwuje posesję sąsiada, obsikuje bale huśtawki, podejrzewam, że ławkę na tarasie pod balkonem też, ale tego nie widzę, dzikim galopem obiega truskawki, drzewka owocowe i basen, po czym, z triumfalnie zadartą kitą wpada na balkon i domaga się wpuszczenia do domu po to tylko, żeby natychmiast, z rozdzierającym szlochem, runąć do drzwi wejściowych, za którymi na pewno ukryło się to licho, którego bezskutecznie poszukiwał w ogrodzie. Przerypane. Praca na dwa etaty. Po każdym kolejnym otwarciu drzwi wpadam w coraz większą pasję i wcale nie dziwię się Irenie. Kiedy po pięćdziesięciu sekundach, jęcząc rozpaczliwie i drapiąc pazurami, domaga się wpuszczenia, symuluję głuchotę tak długo, jak zdołam wytrzymać, po czym ruszam do drzwi z solenną obietnicą natychmiastowego mordu na ustach. Odrażający bydlak wita mnie zniecierpliwionym kwiknięciem, po czym, tradycyjnie, wpycha mi na sekundę w dłoń aksamitną mordkę, wskutek czego mój oręż osypuje się z poddańczym chrzęstem. Poruta. Zupełnie jak w dowcipie o policjancie i rybkach w akwarium. Wpływ istoty wyższej na istotę niższą. W tym naprawdę wielkim domu czuję się jak manipulowany glonojad w akwarium wielkości popielniczki. [/FONT] [FONT=Arial]Żeby sobie poprawić samopoczucie, odwiedziłam Magdę i Jarka. Oni na trzydziesty metrach kwadratowych żyją z synem, dwoma papugami, kawką i dużym psem, na szczęście normalnym. Mikołaj zajmuje jeden pokój, oni z całą menażerią drugi. W kuchni wielkości jednej trzeciej mojej łazienki mieści się wszystko łącznie z pralką. I jeszcze jest miejsce na troje palących ludzi, bo w zimie nie dymimy w pokoju, żeby nie sprawiać dyskomfortu zwierzakom. Boże drogi, gdyby połączyć mój pokój z łazienką, to zostałoby im jeszcze miejsce na garaż! A my nie możemy wymanewrować w osiemnastometrowej kuchni, gdy zejdziemy się tam we trójkę plus pies. Nie mam pojęcia, jak to działa. [/FONT] [FONT=Arial]U Magdy i Jarka cały zwierzyniec wydaje się zadowolony. Papugi czule ćwierkają, Lucuś ze słodkim uśmiechem na mordce przymila się, a Hitchock... ale to już odrębna historia.[/FONT] [FONT=Arial]Hikuś (-Hikuś? – zdziwiła się Magda) siedzi nastroszony w swojej klatce i badając otoczenie zastanawia się, jak dać wyraz swojej niezależności i indywidualności. Jarek podniósł drzwiczki, żeby sobie polatał po pokoju. Hikuś złapał je ze złością w dziób i zatrzasnął. Nieodwołanie. Wybuchnęłam śmiechem. Co za cudowna osobowość! Zupełnie jak Kiszka, Baki i Stonka. Osobowość seryjnego mordercy, urocza! Jarek nie dał za wygraną, podniósł klatkę i po prostu wytrząsnął z niej Hikusia. Kawka, zirytowana, wyleciała i zaparkowała na najwyższej, ulubionej półce naprzeciw kanapy. Znudzona naszą rozmową zaczęła wydziobywać dziurę w tapecie. [/FONT] [FONT=Arial]-Przestań! Co ty robisz! – zaprotestował Jarek. Podszedł do Hikusia i zachęcająco wyciągnął dłoń, zapewne w nadziei, że pieszczoch przelezie i pozwoli się odciągnąć od atrakcyjnego zajęcia. [/FONT] [FONT=Arial]A guzik. Hikuś walnął dziobem w palce Jarka i nastroszył się triumfalnie. I jak można było nie bić mu brawo?[/FONT] [FONT=Arial]-Chcesz go? – zapytała po raz wtóry, zachęcająco, Magda. [/FONT] [FONT=Arial]Cóż, miałam szansę. Hikuś najwyraźniej akceptuje moje zachwyty i nie boi się mnie, w przeciwieństwie do Renaty. Wzięłabym go natychmiast, gdyby nie przeklęte koty. Prawdopodobnie zaprzyjaźniłby się z pełnym godności Kolesiem, uciekałaby przed nim Marchew, ale największym zagrożeniem byłaby Gacia. [/FONT] [FONT=Arial]Gacia, popadając stopniowo w stan psychozy, czyhała dzień i noc na progu spiżarni na przyniesioną przez Marchew mysz. Mysz miała się znakomicie, obawiałam się o Gacię. Kaja rozpieściła ją do granic możliwości, ego kocicy sięgało sufitu, jeśli nie Kosmosu, a mysz stała się jej wyzwaniem życiowym. I nagle, kilka dni temu, złapała ją po raz trzeci![/FONT] [FONT=Arial]-Ona chyba ma mysz! Trzeba ją... – zawołała podekscytowana Irena.[/FONT] [FONT=Arial]-Odwalcie się! – wrzasnęłam. –Już dwa razy ją miała i dzięki wam wypuściła – otworzyłam drzwi na korytarz, a Gacia ze swoją ofiarą natychmiast wybiegła. Tuż za nimi popędziła Kaja. Obawiała się, że Gacia zaaportuje jej mysz do pokoju. Zdążyła zatrzasnąć drzwi. Gacia wypuściła zdobycz w korytarzu, gdzie osaczyła ją w towarzystwie lekko oszołomionego Kolesia, który dopiero co wylazł z mojego łóżka. [/FONT] [FONT=Arial]Zwłoki dobrze odżywionej myszy plątały się na schodach przez trzy dni, a Gacia chodziła upojona sukcesem, gruchając i rechocząc. Co gorsza, nie zrezygnowała z dyżuru w spiżarni. Albo zupełnie jej odbiło, albo stacjonuje tam kolejna mysz. Wydaje mi się, że słyszałam jakieś chrobotanie. [/FONT] [FONT=Arial]We wtorek Kaja poświęciła się i wyszła z domu tuż po mnie, po szóstej, żeby zarejestrować mnie do laryngologa. Potem od razu pojechała do Krakowa. Kiedy wróciłam, późnym popołudniem, korytarz zastałam zasłany butami Kai. Garet znowu włamał się do szafy. Pewnie Kaja nie zabezpieczyła drzwi. Mojego obuwia nie ruszył, bo to nie ja wyszłam ostatnia. W powitalnym amoku kompletnie ignorował moje gderanie. Pozbierałam buty nie oglądając ich zbyt dokładnie, żeby przypadkiem nie odkryć jakichś zniszczeń. Wydarte wkładki wrzuciłam osobno, niech już Kaja sobie dopasuje, która z którego buta. [/FONT] [FONT=Arial]Okrutnie był dokuczliwy przez całe popołudnie, jęczał, poświstywał i trąbił przeraźliwie, biegając od drzwi do drzwi, co po kilku godzinach doprowadziło mnie do takiej pasji, że miałam chęć go udusić. [/FONT] [FONT=Arial]-Cholera, weź go sobie do Krakowa, będziecie miały rozrywkę! Tam są tylko jedne drzwi! – warczałam przez telefon do Kai. –Nie mogę z tym kretynem wytrzymać, lata i jęczy![/FONT] [FONT=Arial]Garet jak na zawołanie wspiął się przednimi łapami na ławę, spojrzał na mnie ogromnymi, przeraźliwie smutnymi oczami i zatrąbił prosto do słuchawki. Kaja wybuchnęła śmiechem. [/FONT] [FONT=Arial]Żeby trochę się wyładować, zabrałam się za sprzątanie, właściwie nie wiem, po co, bo już po godzinie dom wyglądał tak samo, a któryś wredny kot nasikał na podłogę w korytarzu. Klęłam długo i z uczuciem, a Garet gonił każdego ofutrzonego węża, jaki niebacznie pojawił się w pobliżu. Szkoda, że ich nie goni, kiedy leją. [/FONT] [FONT=Arial]Pokój najdłużej przetrwał w niezłym stanie, może dlatego, że podłoga jest ciemna i mniej na niej widać. Za to narzuta na moim łóżku była kremowa. Przynajmniej do czasu, kiedy Garet zjadł na niej część swojego posiłku. Ale i wtedy nie wyglądała najgorzej. Za to teraz zdobiły ją smoliste kręgi, zupełnie, jakby ktoś postawił na niej dziurawe wiadra z węglem. Każdy czarny placek był śladem po legowisku któregoś wrednego kota, świeżo wypudrowanego w ekogroszku. [/FONT] [FONT=Arial]-Cholera!!! – wrzasnęłam. Garet natychmiast zeskoczył z parapetu i gorączkowo rozejrzał się wokół. Jego wzrok padł na Liszkę, która właśnie wypełzała spod choinki z fałszywym uśmiechem na ryżym pysku, najwyraźniej zmierzając w kierunku mojego łóżka. [/FONT] [FONT=Arial]Choinkę udało mi się złapać w ostatniej chwili, prawdę mówiąc, sama, opadając z góry, wpadła mi w ręce. Kierunek, w jakim oddalił się łomot, świadczył o tym, że Liszka ukryła się w pokoju babci. Zaraz też dobiegł stamtąd rozjuszony ryk:[/FONT] [FONT=Arial]-Wynoś się, durniu!!! Nie ma chwili spokoju od tego przeklętego psa![/FONT] [FONT=Arial]-I od tych przeklętych po stokroć kotów! – odwrzasnęłam. [/FONT] [FONT=Arial]Garet, chwilowo spacyfikowany przez babcię, ulokował się w swoim fotelu w kuchni i delikatnie wyjmował po jednym z opakowania leżącego na stole małe biszkopciki. Kupiłam je specjalnie dla niego, szukając czegoś mało toksycznego, bo nie miałam czasu iść po świńskie ucho. Wreszcie przyciągnął sobie zębami leżącą na oparciu moją bluzę od dresu, oparł na niej głowę i zasnął. [/FONT]
  13. [quote name='mar.gajko']Aniołki zarąbiste, jak mawia małoletnia młodzież. Ale zdjęcia każdego osobno. Wystawimy tu na bazarku kilka. I jak ktos ma konto na Allegro. ja nei mam, niestety.[/quote] Się sprężę i sfotografuję. Kaję wykopię na allegro, obie mamy konta, ale ona ma jeszcze czas...
  14. Witaj! I dzięki. A co do książki, to szukamy dogolubnego wydawcy. A Garet wciąż pisze...:razz:
  15. To Szkaradny Kocurek. Reaguje na hasło "przybij piątkę" [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img123.imageshack.us/img123/5094/200901070030cw7.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/img123/200901070030cw7.jpg/1/][IMG]http://img123.imageshack.us/img123/200901070030cw7.jpg/1/w320.png[/IMG][/URL] A to aniołki, ale zdjęcie kiepskie, muszę spróbować w dzień. [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img184.imageshack.us/img184/8854/200901070114wy3.jpg[/IMG][/URL]
  16. Aha. No to proponuję wspólną aukcję aniołków. Ja będę robic, dopóki kaloryfery grzeją, na razie trochę mam. Połowa dla mnie (strraszny dług mi się zrobił bo jestem idiotka i nie doczytałam umowy - a wcale nie było drobnym drukiem!!), a połowa na zwierzaki. Aniołki urocze, postaram się jutro wrzucić zdjęcie.
  17. :cool3: Taa... moje życie byłoby śmiertelnie nudne i spokojne (czyż nie o tym marzyłam?) bez tego ślicznego manipulanta i terrorysty. To jak w końcu z Amicusem? I z kontem? Miało być zlikwidowane od sylwestra? A strona bez zmian. Napisz coś o tym.
  18. NIe, żebym nalegał... [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img223.imageshack.us/img223/3034/200812100068tv4.jpg[/IMG][/URL] Maślanka dobrze wpływa na jelitka [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img258.imageshack.us/img258/7578/200812100077wf5.jpg[/IMG][/URL] Rozpakowywanie zakupów [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img258.imageshack.us/img258/676/200812100085kn9.jpg[/IMG][/URL]
  19. Mężczyźni mojego życia... [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img258.imageshack.us/img258/4577/200812100050do8.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/img258/200812100050do8.jpg/1/][IMG] Cholera, seler, a wyglądał jak piłeczka... [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img258.imageshack.us/img258/6623/200812100054tr3.jpg[/IMG][/URL] Um... papryczka marynowana... [URL=http://imageshack.us][IMG]http://img389.imageshack.us/img389/5132/200812100065yx6.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://g.imageshack.us/img389/200812100065yx6.jpg/1/][IMG]
  20. Dziękujemy. Dopiero dziś zauważyłam otatnią linijkę. Brak słów. Popłaczę sobie, zasłania mnie monitor. :-(
  21. :loveu:Jestem za! I my też, drżące życzenia. Jak większość dogomaniaków spędzam sylwestra hołubiąc roztrzęsione maleństwo. [FONT=Arial]31.12.2008 środa[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU![/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Wczoraj po południu odwiedziła nas Magda z noworocznymi prezentami. Wyglądała bardzo świątecznie i ślicznie jak laleczka. Poważnie obawiałam się, że Garet nadwyręży jej urodę, bo oszalał na jej widok. Ale wybroniła się przysmakami. Nasz roztrzęsiony pies próbował udowodnić, że zwykle jest żywiony ziemniakami i suchym chlebem. Oczywiście w chwilach, gdy nie przymiera głodem. Maniery żebraka ryjącego w śmietniku za restauracją. [/FONT] [FONT=Arial] Kiedy Madzia wstała, żeby obejrzeć przemeblowanie kuchni (już zapomniałam, że ją przemeblowałam – to tylko dowód, jak nietowarzyska i wyobcowana stałam się ostatnio), Garet dopadł jej torebki niebacznie pozostawionej na kanapie. Cóż, większość odwiedzających nas ludzi pamięta, żeby swoje rzeczy trzymać przy sobie, najlepiej kurczowo przyciśnięte do piersi, a kieszenie i tajne schowki, na przykład w rękawach ([I]vide[/I] Marek niepostrzeżenie pozbawiony dewiz) zamknięte na suwaki. [/FONT] [FONT=Arial] -Garet! Nie grzeb cioci w torbie! – wrzasnęłam, spojrzawszy przez ramię. Nakręcony czub zanurzył łeb w torebce Magdy jak koń w worku z obrokiem i pofukując gorączkowo rewidował bagaż w poszukiwaniu czegoś zdatnego do użytku. [/FONT] [FONT=Arial] -To nic, to nic – powiedziała uspokajająco Magda zapomniawszy widocznie, że w zeszłym roku w ostatniej chwili uratowała swoją kartę kredytową. – Mam tam jeszcze coś dla niego...[/FONT] [FONT=Arial] Magda, drapiąc Gareta po pierzastej, białej piersi, opowiedziała o ostatniej nagonce na nasze mordercze, skorumpowane schronisko. Podobno TVN, „Wyborcza” i znowu prokuratura. Nic o tym nie słyszałam, ale nic dziwnego, od lat pracuję poza tym miastem i traktuję je jak sypialnię. Trudno żyć życiem miejsca, z którego człowiek nie pochodzi i które nie daje mu pracy. Telewizji w zasadzie nie oglądam, ale „Wyborczą” czytamy (Kaja dogłębnie, a ja po łebkach), chociaż nie każdy numer, mogłyśmy przeoczyć. Magda jest dobrej myśli, tym razem gmina będzie musiała coś zrobić, burmistrz się przejął. [/FONT] [FONT=Arial] Zarechotałam ironicznie. [/FONT] [FONT=Arial] -Jasne, dopóki wielkie gówno leży na środku drogi, nikt się nim nie przejmuje, ale kiedy ktoś w nim grzebie i zaczyna śmierdzieć na całą okolicę, staje się problemem społecznym. [/FONT] [FONT=Arial] Po raz kolejny naszła mnie refleksja, że dzięki Bogu, iż nie mam władzy. Wprowadziłabym dyktaturę, zaczęłabym od zmiany stworzonego dla przestępców prawa, więzienia zasiedliliby właściwi ludzie, polityczne pasożyty wróciłyby to normalnej pracy, bo pierdzenie w sejmowe stołki nie przynosiłoby żadnych profitów, a skorumpowani prominenci, pozbawieni boskości, piorunem wyemigrowaliby w bardziej sprzyjające miejsca. Pewnie stracilibyśmy na międzynarodowej atrakcyjności ustępując komu innemu rolę żałosnego błazna, ale za to tak zwany szary obywatel stałby się pełnoprawnym, podmiotowym członkiem społeczności. Oddziały psychiatryczne odczułyby ulgę, geriatryczne nauczyłyby się, co znaczy komfort pacjentów, A wszystkie domy pogodnej starości i im pokrewne byłyby tak pogodne, że człowiek od czterdziestki marzyłby, żeby tam się dostać. Przestępstwa wobec zwierząt byłyby traktowane o wiele surowiej niż wobec ludzi, którzy w pewnym stopniu są w stanie sami się obronić. NFW (Narodowy Fundusz Weterynaryjny) finansowałby leczenie zwierząt. Zniknęłyby czworonożne bezdomne nieszczęścia. Ożesz, kurde, może jednak szkoda, że tej władzy nie mam? [/FONT] [FONT=Arial] Dziś, wyspawszy się luksusowo, choć krótko w czystej pościeli, którą zdążyłam zasiedlić przed wszystkimi czworonogami oraz ich wędrującymi posiłkami, rozpoczęłam o czarnym świcie bezsensowny dzień, w którym wszyscy cieszą się jak głupi, że stają się o rok starsi. [/FONT] [FONT=Arial] Miałam niejasne przeczucie, że z minibusami będzie jakoś inaczej, ostatecznie to zwykły dzień pracy, tyle że między świętami. [/FONT] [FONT=Times New Roman][SIZE=3] [/SIZE][/FONT][FONT=Arial]Na szczęście w przypływie natchnienia założyłam sweter na cienką, bawełnianą bluzkę. Po godzinie czekania zamarzło mi wszystko łącznie ze szpikiem kostnym i żałosnymi resztkami estrogenu.[/FONT] [FONT=Arial] Popełniłam błąd odpuszczając autobus. Wykombinowałam sobie ulubioną i niezdającą egzaminu metodą „sprytny i sprytniejszy”, że jeśli jeden minibus nie jechał, na pewno pojedzie drugi, a przynajmniej innej linii i nie ma sensu, żebym tłukła się o dwadzieścia minut dłużej. No i nie tłukłam się. Stałam i zanikały we mnie wszystkie istotne funkcje życiowe. Jedynym jasnym punktem było obserwowanie młodego owczarka alzackiego, który wyszedł na poranny spacer ze swoim panem. [/FONT] [FONT=Arial] Uszy już sterczały mu szpanersko wprost w jaśniejące niebo, ale łapki wciąż beznadziejnie uczyły się koordynacji, a ogon sprawiał wrażenie całkowicie odrębnego bytu przypominając przypadkowo doczepionego do psiego ciała oszołomionego i śmiertelnie zaskoczonego węgorza. Cudo po prostu.[/FONT] [FONT=Arial] Niebo na brzegach zaczynało przybierać odcień brzoskwiniowo-cytrynowy, powyżej było liliowe, a w najwyższym punkcie granatowo-szare. Zapowiadał się piękny dzień. [/FONT] [FONT=Arial] Po siedemdziesięciu minutach sterczenia na przystanku wsiadłam do busa obleśnego dziadka. Rozklekotany i rzężący pojazd, poruszający się najwyraźniej nadprzyrodzonym sposobem, był zimniejszy niż nasza lodówka, ale za to oblech poprawny w zachowaniu, od czasu, gdy dałam mu do zrozumienia, że przekroczył wszelkie granice. Miał dużo szczęścia, że nie dałam mu w mordę wtedy, kiedy złapał mnie za udo. Może i szkoda, ale to wina mojej natury, niezdolnej do przemocy (wyjąwszy słowną). [/FONT] [FONT=Arial] Do pracy dotarłam na znieczulonych, sztywnych nogach i po raz pierwszy tej zimy nie otworzyłam okna i nie zrobiłam przeciągu. Gdy nadszedł czas sylwestrowego spotkania w ratuszu, jeszcze do końca nie odmarzłam, ale pogoda była śliczna, słońce grzało jak na wiosnę i trudno było uwierzyć, że to przygnębiający koniec roku. [/FONT] [FONT=Arial] Na placu przed ratuszem grała orkiestra dęta, stało ogromne, stalowe palenisko i leżał stos sosnowych polan. Jaka szkoda, że tu nie mieszkam! Na pewno wybrałabym się na rynek. To miasteczko jest wręcz idealne. Spokojne, śliczne i bezpieczne. Okolica cudowna. Miasto, w którym psy, ŻYWE!!!, wylegują się na ulicach, jest właściwe do zamieszkania. Od kiedy tam pracuję, ani raz nie widziałam nigdzie czworonożnej ofiary komunikacji. Niestety, ma fatalną służbę zdrowia, a to w moim wieku jest bardzo dużym minusem. [/FONT] [FONT=Arial] Złożyliśmy sobie życzenia, wypiliśmy lampkę szampana i odśpiewaliśmy urodzonej w sylwestra „sto lat” naszej ukochanej pani burmistrz. Z radosnym uśmiechem na twarzy powędrowałam na przystanek i nie czekając na nieprzewidywalne minibusy pojechałam do domu autobusem. [/FONT] [FONT=Arial] Miałam nadzieję, że histeria zakupów osłabła, ale nie. Na szczęście udało mi się kupić udka dla Gareta. Kolejki do stoiska z alkoholem pobijały wszelkie rekordy, podobnie było z fajerwerkami i innymi bezsensownymi pukaczami. [/FONT] [FONT=Arial] Fajerwerki o północy ostatecznie jestem w stanie zrozumieć, ale po cholerę te idiotyczne pukacze?! Trudno doszukiwać się sensu w działaniach mózgu pozbawionego istoty szarej przez testosteron. Zamknęłabym takich cymbałów w wielkiej, stalowej beczce wrzuciwszy przed założeniem szczelnego wieka te wszystkie, hałasotwórcze gadżety. Niech się nacieszą do woli. A co im żałować. [/FONT] [FONT=Arial] Przy obieraniu udek ze skóry najadła się Perła. Nawet nie próbowałam udawać, że czytam „Terapię krótkoterminową”, od razu padłam na łóżko z Perłą przy policzku. Garet, o dziwo, zaległ na fotelu obok. Obudzili nas wieczorem beznadziejni pukacze. Pozbierałam się szybko i wyszłam z Garetem przed dom. Ruszył za mną z ociąganiem, niechętnie i czujnie. Świergoliłam i kląskałam zachęcająco modląc się w duchu, żeby nie nastąpiła kolejna eksplozja. Garecik siknął pobieżnie na krzak jaśminu i zdecydowanie skierował się do wejścia. Wygrał. Nie będę przecież lać na bez, żeby obudzić w nim ducha rywalizacji. [/FONT] [FONT=Arial] Powlokłam się do domu. W porywie kreatywności umyłam podłogi i zrobiłam sałatkę jarzynową, bo kupiony przez Irenę chleb cuchnął kwasem na odległość, a ostatecznie coś trzeba jeść. [/FONT] [FONT=Arial] Kocur, wystraszony podobnie jak Garet, zaległ obok mnie na ławie. Szybko zaniechałam uspkajającego głaskania, gdy okazało się, że rękę mam czarną jak Afroamerykanin. Widocznie chwilę wcześniej wypudrował się w kotłowni w stosie ekologicznego groszku. [/FONT] [FONT=Arial] Zbliża się koniec roku, obłąkani sąsiedzi rekompensują sobie hałasem deficyty emocjonalne, Garet leży na moich stopach, jego pęcherz bada granice swojej rozciągliwości, zatem szczęśliwego Nowego Roku, kochani. Oby był lepszy niż poprzedni. [/FONT]
  22. 1% nie da się, bo nie ma wpisu do KRS-u. No to dobrej kondycji przed Sylwestrem! I szczęścia w Nowym Roku! Ja z Garecikiem jak zwykle gdzieś w fotelu. :BIG::smhair2:<-- oby tylko nie strzelali dużo.
  23. [FONT=Arial]29.12.2008 poniedziałek[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial]ŚWIĘTA PO NASZEMU[/FONT] [FONT=Arial] [/FONT] [FONT=Arial] Wigilie w tym roku, podobnie jak w poprzednim, miałam dwie. Jedną w pracy, integracyjną z naszymi podopiecznymi, drugą w domu. Też integracyjną. Sprytnych ze sprytniejszymi. [/FONT] [FONT=Arial] W pracy było bardzo miło. W tym roku Sala Klubowa była ogrzana, co wybitnie wpłynęło na ocieplenie atmosfery. Nie, żeby kiedykolwiek była chłodna, ale trudno się wzruszać, kiedy człowiek jest siny na twarzy i kurczowo zaciska na sobie wszystkie warstwy odzienia, żeby ocalić umykające w panice resztki ciepła. Zresztą ze wzruszaniem się jest kiepsko. Bez wątpienia należymy do kultur dalekiego kontaktu. Być może jesteśmy przed Anglikami, ale bardzo daleko za Włochami. Szczególnie, gdy chodzi o publiczne wzruszanie się. [/FONT] [FONT=Arial]Jest żenujące. Wyłażą traumy dzieciństwa kultywowane od pokoleń. [/FONT] [FONT=Arial] Myślałam, że tylko ja mam taki problem ze składaniem życzeń. Okazało się, że dotyczy to większości moich znajomych. Co za ulga! Trwająca niedługo. Do pierwszej okazji, kiedy trzeba te życzenia złożyć. Przecież na ogół ludziom życzy się dobrze. Zwłaszcza takim, których się lubi i tym, którzy jeszcze nam się nie narazili. Dlaczego nie można po prostu powiedzieć „wszystkiego dobrego” tylko trzeba przelecieć cały alfabet?! Atrakcyjnych partnerów, Beztroskich dni, Ciepłych świąt, Długich weekendów, Ekskluzywnych wakacji, Forsy, aż do Sukcesów w każdej dziedzinie życia i Zdrowia. Deklamacja na pół godziny, jeśli ktoś dobrze zna alfabet. Jak się zgubi i zaplącze, to na godzinę. Nogi bolą od przestępowania z jednej na drugą, a mięśnie twarzy od kurczowych, serdecznych uśmiechów. W rezultacie przy każdym następnym, któremu trzeba życzyć, człowiek czuje się coraz mniej wiarygodnie. Z oczu zaczyna wyzierać mu rozpacz, głos staje się jękliwy, ciało popada w konflikt wewnętrzny, bo nogi dążą do wyjścia, a tyłek do najbliższego krzesła. I jeszcze całowanie się. To też ma swój rytm i Boże broń się pomylić. Na ogół „na trzy”. Jeden policzek, drugi i jeszcze raz ten pierwszy. Jeśli ktoś próbuje być oryginalny i wystartuje na dwa, druga strona natychmiast się gubi, wpada w popłoch i kiwa w panice jak wańka-wstańka. Sabotażysta ma dwa wyjścia – uciec jak najszybciej albo przejść na „służby specjalne” i przycisnąć do siebie miotającego się partnera oklepując go kojąco jak w poszukiwaniu ukrytej broni. [/FONT] [FONT=Arial] Wydawało się, że tym razem unikniemy większości problemów dzięki pani burmistrz. To cudowna kobieta, którą podziwiam od pierwszego spotkania i będę podziwiać do ostatniego oraz o wiele dłużej. Przychodzi na wszystkie imprezy, jeździ na wszystkie spotkania, jeśli tylko nie musi się w tym celu sklonować, wskutek czego praktycznie nie ma życia prywatnego, a już na pewno wolnego czasu, przysługującego ustawowo każdej osobie pracującej. Znani mi dotychczas burmistrzowie pojawiali się tylko wtedy, gdy było to absolutnie niezbędne, to znaczy, gdy wpływało to na ich wizerunek oraz przyszłą atrakcyjność wyborczą, w pozostałych przypadkach wyręczając się swoimi reprezentantami. Ale nie ona. Pojawia się i jest naprawdę oczekiwana; nie z racji swojej funkcji tylko dlatego, że jest taka normalna, ciepła, urocza, nie wstawia głodnych kawałków w napuszonych przemówieniach tylko wygłasza parę słów krótko, jasno, swojsko i na temat. Stwarza taką atmosferę, że wszyscy czują, iż jest z tej samej rodziny. [/FONT] [FONT=Arial] Wyglądała na zmęczoną, a nawet wyczerpaną. Mam nadzieję, że wypocznie w czasie świąt, które w tym roku wpasowały się wyjątkowo dobrze w kalendarz ludzi pracujących. Kilkoma serdecznymi zdaniami wprawiła nas w dobry nastrój. -Ponieważ wielu z nas jest przeziębionych, miejmy to na względzie przy składaniu życzeń i łamaniu się opłatkiem – dodała, w odpowiedzi na wcześniejszy dyskretny apel swoich pracowników. Była zatem szansa, że zdołamy przed upływem godziny uporać się z życzeniami uniknąwszy serdecznej wymiany wirusów. Nie do końca się udało. Widok ściskających się przyjaciół pobudzał wszystkich innych do rzucania się w objęcia, chyba że stało się na wyciągnięcie uzbrojonego w opłatek ramienia. [/FONT] [FONT=Arial] Jedzenie było znakomite, mnie najbardziej smakowały ziemniaki, bo nasze w tym roku wyglądają i smakują jak krótka encyklopedia rzadkich schorzeń warzyw. [/FONT] [FONT=Arial] Wyszłam mocno spóźniona na minibus i gdyby przyjechał punktualnie, nie zdążyłabym, bo założyłam najbardziej śliskie z butów i na dekoracyjnym, mieniącym się diamentowo śniegu, przyczepność miałam mniej więcej taką, jak na łyżwach, których nie miałam na nogach od trzydziestu pięciu lat. [/FONT] [FONT=Arial] Choinkę w tym roku Kaja ubierała w ostatniej chwili i sama, bo byłam skupiona na uczeniu się do testu i o świętach przypominałam sobie rzadko i z irytacją. [/FONT] [FONT=Arial] Dzień przed wigilią z roztargnieniem zauważyłam obecność gołej choinki i pudeł z ozdobami oraz tego, że nie wzięłam z pracy książeczki z testami, a egzamin wewnętrzny zamierzałam zdawać nazajutrz. Włączyłam laptopa, ale przy szybkości domowego Internetu szansa na przebrnięcie przez 490 pytań plasowała się gdzieś około czerwca przyszłego roku. [/FONT] [FONT=Arial] Poddałam się. Kaja też, opuszczając chwilowo zagracony pokój i zagłębiając się w „Lolicie” Nabokova. Garet, wyczerpawszy naszą cierpliwość w kwestii otwierania kolejno wszystkich drzwi i wypuszczania go, szlochającego spazmatycznie, na wszystkie strony domu, poczłapał do pokoju. [/FONT] [FONT=Arial] -Co ty tam robisz, myszko? – zainteresowała się Kaja zaniepokojona trudnym do zidentyfikowania szeleszczącym dźwiękiem. Garecik przydreptał z całkowicie niewinną miną i pustą mordką. Nic, oczywiście. Przypadkiem zapewne zaplątał się w foliowe worki. Gdy okazało się, że wszystkie ozdoby są obficie obsikane, było za późno, żeby go karcić. Tym bardziej, że upierałam się przy winie kotów. [/FONT] [FONT=Arial] W wigilię zdałam bezbłędnie egzamin wewnętrzny. Oby tak samo poszedł mi państwowy teoretyczny... Co do praktycznego nie mam złudzeń. W biurze dzielnie dyżurował Włodek, właściciel szkoły. Gdyby szukał innego zawodu, jako showman zrobiłby światową karierę. Może są tańsze szkoły nauki jazdy, ale wykłady Włodka są tak znakomite, że nic ich nie przebije. Nigdy w życiu nie uczyłam się tak radośnie. Po każdych zajęciach wychodziłam sponiewierana, ledwie żywa ze śmiechu. Gdyby nie on, rzuciłabym to w diabły już dawno temu. Czy wspomniałam o tym, że jako psychoterapeuta również zrobiłby zawrotną karierę? [/FONT] [FONT=Arial] Upojona drobnym sukcesem dotarłam do domu, wpadając wprost w pazurzaste objęcia Gareta. Jeśli to możliwe, był pobudzony bardziej, niż zwykle. Ziemniaki już się gotowały, ale Kaja zapomniała rozmrozić ryby, a wszystkie podłogi oczekiwały na mycie. Ponieważ chwilowo byłam odciążona, nic nie było w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Nawet pies w stanie najwyższej histerii, czyli ostatnio normalnym. [/FONT] [FONT=Arial] W godzinę później rozpoczęłyśmy wigilię modlitwą. Irena, jako najstarsza, zainaugurowała. Pomna poprzednich lat, z nikłą nadzieją, że forma jej spadła, nabrałam głęboko powietrza. Nic z tego. Moja matka wystartowała jak persching i nie było szans, że ktokolwiek ją dogoni. Dławiąc się oddechem próbowałyśmy bezskutecznie dotrzymać jej kroku. Ona jechała na jednym, co było zdumiewające choćby dlatego, że pali przez siedemdziesiąt procent swojego życia. [/FONT] [FONT=Arial] Kaja, z zalążkami łez w oczach, być może z wysiłku, wskazała mi wzrokiem Gareta. Siedział wyprężony w fotelu, uszy miał ustawione w badawczy trójkąt, w wybałuszonych oczach jarzył mu się dokuczliwy głód zrozumienia i wodził wzrokiem po nas, gorączkowo próbując wpasować się w niezrozumiałą sytuację. Ochłonął dopiero w sprzyjających warunkach, gdy wyekspediowany z fotela usiłował spróbować wszystkiego siedząc wszystkim na kolanach, co było technicznie niewykonalne, ale na tyle możliwe, żeby następnego dnia dostał sraczki. Oprócz potraw wigilijnych zeżarł swój prezent, czyli ogromne wędzone ucho, drugi, kość z błony, bezpieczne ukrywszy w moim łóżku. Na trzecim, czyli nowej piłeczce o wyjątkowo głośnym dźwięku, zaczął grać kolędy, ale nie znalazł uznania. Irena i Kaja jednogłośnie i bezlitośnie wyrzuciły go z pokoju. [/FONT] [FONT=Arial] Zgnębiony przyszedł do kuchni, gdzie męczyłam się nad wędzonym halibutem myśląc smętnie, że chyba trochę przegięłam z rybami, bo jakkolwiek na halibuta byli czworonożni chętni, wędzonego łososia nie chciał nikt, co źle wróżyło dwom kilogramom chłodzącym się w lodówce... [/FONT] [FONT=Arial] Pierwszego dnia świąt Garet fatalnie zaspał. Zamiast przed szóstą wstał o wpół do ósmej, wpadł jak burza do pokoju, wskoczył na parapet, zaszlochał histerycznie, runął przez oparcie fotela w kierunku mojego łóżka i zatrąbił mi wprost do ucha tak rozpaczliwie, że przeklinając poderwałam się na równe nogi. Przez resztę poranka usiłował nadrobić stracone godziny miotając się w stanie najwyższego podniecenia od jednych drzwi do drugich. Jeszcze trochę ćwiczeń, a zdoła być jednocześnie przed domem, w ogródku i na parapecie. O ile go wcześniej nie uduszę. [/FONT] [FONT=Arial] Na spacerze walnął tak smrodliwą kupę, że zapach nas gonił przez dobre dwadzieścia metrów. [/FONT] [FONT=Arial] Przez cały dzień proponowałam wszystkim ryby. [/FONT] [FONT=Arial] -Może odrobinkę łososia? Chociaż troszeczkę?... – kusiłam. [/FONT] [FONT=Arial] Zlekceważyli mnie po kolei wszyscy dwunożni i czworonożni. [/FONT] [FONT=Arial] -Cholera! Ludzie na świecie głodują!!! – rozzłościłam się. [/FONT] [FONT=Arial] Zrozumiałam, że dwóch kilogramów nie zjem za nic w świecie, a to co zjem spowoduje, że nabiorę na resztę życia wstrętu do wędzonego łososia. Zadzwoniłam do Baśki, była u swojego chłopaka, ale obiecała, że jak będzie wracać, to weźmie trochę dla swojej kocicy. Kiedy po południu rozległ się dzwonek, myślałam, że to ona. Stratowana przez Gareta otworzyłam drzwi, które pies natychmiast wyrwał mi z ręki runąwszy z ujadaniem do furtki. Za furtką stało dwóch gości odzianych w białe poszewki z otworami na oczy. Zastygłam w osłupieniu historyczno-kulturowym i rozdziawiłam paszczę gorączkowo usiłując odnaleźć się w sytuacji. Ku-Klux-Klan???!!! [/FONT] [FONT=Arial] -Bóg się rooodzi...!!! – ryknęli znienacka domniemani rasiści. Ocknęłam się i ogarnęła mnie złość. [/FONT] [FONT=Arial] -A idźcie sobie! – warknęłam mało uprzejmie z taką dozą irytacji, że od razu ich wymiotło. Kolędnicy, psiakrew. Niedługo będą chodzić w pończochach na łbie i z bronią. [/FONT] [FONT=Arial] W listopadzie hordy gówniarzy wrzeszczących „słodycze albo psikus” wyżarły Kai cały zapas ciastek w czekoladzie, a teraz jakieś mutanty straszą białymi czubatymi giełzami. Tradycja ewoluuje błyskawicznie i w zgoła nieprzewidzianym kierunku. [/FONT] [FONT=Arial] Możliwe, że Baśka przyszła po łososia, bo jeszcze kilkakrotnie ktoś dzwonił, ale nie otwierałam bojąc się tego, co mogę zobaczyć. Trudno, mogła zadzwonić z komórki. Dwa kilogramy łososia ostatecznie zjadły piwniczne koty. Może Szkaradnemu Kocurkowi dobrze zrobi na urodę... [/FONT] [FONT=Arial] Święta postanowiła wykorzystać na wypoczynek. Pomijając wczesnoporanne pobudki fundowane przez nakręconego Gareta, prawie mi się udało. Skończyłam obraz jesiennego drzewa, który od kilku miesięcy budził we mnie mdłości, ulepiłam nową partię aniołków, bo poprzednie miały niebywałe powodzenie i wypróbowałam nową technikę malując kilka róż. Kilkakrotnie podchodziłam do „Terapii krótkoterminowej”, ale konsekwentnie zasypiałam po pierwszych przeczytanych zdaniach. W niedzielę udało mi się, po wypuszczeniu Gareta na wszystkie strony świata, zasnąć ponownie i przespać do jedenastej. Mgliście zarejestrowałam wychłodzoną burzę, która wtargnęła na moje łóżko i wetknęła mi mokry nos do ucha gwiżdżąc jak czajnik, przygarnęłam mocniej mruczącego rozkosznie Kolesia i zasnęłam ponownie. Zwlokłam się wreszcie słaba i wymęczona, bo przypomniałam sobie, że muszę zażyć lekarstwa. Zamiast śniadania zjadłam obiad. [/FONT] [FONT=Arial] Talerz strasznie mi trzeszczał na stole, nic dziwnego, na kaflach było tyle piasku, że dwóch trzylatków spokojnie mogło bawić się w stawianie babek. [/FONT] [FONT=Arial] -Matko święta, co wyście tu robili? – zirytowałam się. [/FONT] [FONT=Arial] -A, to Garecik po powrocie ze spaceru chodził po stole – Kaja na chwilę oderwała się od książki. [/FONT] [FONT=Arial] -Hm. Rozumiem, że zaraz po tym, jak wyskoczył z mojego łóżka?- przypomniałam sobie zabłocone prześcieradło. Zanotowałam w myśli, że muszą zmienić pościel, bo odłamki kości wbijają mi się w tyłek, piasek wchodzi za paznokcie, a Garetowe i kocie kudły do oczu, o obficie owłosionych drogach oddechowych nie mówiąc. [/FONT] [FONT=Arial] Nie wiem, dlaczego moje łóżko, zabudowane ze wszystkich stron i dodatkowo osłonięte parawanem jest bardziej uczęszczane niż molo w Sopocie w sezonie letnim. Jest na nim wszystko, co tylko da się tam zawlec. Badacze popluliby się z zachwytu rejestrując nowe szczepy mikroorganizmów radośnie i bez skrępowania rozmnażające się w mojej pościeli. Pardon, barłogu. I ja w tym sypiam... [/FONT] [FONT=Arial] Po raz pierwszy od roku zajrzałam na stronę Amicusa. I poczułam się jak okropna, wredna świnia, bo dowiedziałam się, że stowarzyszenie przeżywa dramatyczny kryzys finansowy. Jezu. Jak mogłam być tak egoistyczna, tak bezduszna! I jak się ma do tego całe to gadanie o miłości do zwierząt! Przepraszam świnie, jestem nieznane naturze odrażające bydlę. [/FONT] [FONT=Arial] Od czasu ściągnięcia sobie na głowę w chwili niezrozumiałego zidiocenia ukochanej klęski żywiołowej w postaci Gareta, nabożnym i bezbrzeżnym podziwem darzę jego dwie chrzestne matki – Mariolę i Luizę. To jedyne żywe święte, jakie znam. Za to, co robią dla bezdomnych, odrzuconych, nieszczęśliwych zwierząt, powinny iść prosto do nieba w zabłoconym ubraniu, a jeśli nieba nie ma, powinno zostać stworzone specjalnie dla nich. [/FONT] [FONT=Arial] Po pracy, do późnej nocy, błąkają się w każdych najgorszych warunkach, ratując od śmierci nieszczęsne czworonogi, najbardziej niewinne i najbardziej krzywdzone przez ludzi istoty. Nie istnieją dla nich święta i życie prywatne. Załatwiają im opiekę lekarską, chwilowe przytuliska i ciepłe, kochające rodziny. Karmią, hołubią i otaczają miłością. Dają wszystko to, co inni, tak zwani ludzie, brutalnie odebrali. I najczęściej, jak się okazało, płacą za to z własnej kieszeni. Bo kochają naprawdę. A inni tylko mówią, że kochają. [/FONT] [FONT=Arial] Trzecia nad ranem to moja ulubiona godzina. Obudziłam się dręczona niemożliwymi do ukojenia wyrzutami sumienia. W poniedziałek rano przesunęłam planowany wyjazd do Krakowa i stanęłam w upiornej kolejce w banku, żeby dać zlecenia stałe na przelew. Nie stać mnie na wiele, ale to żadna różnica czy wejdę w debet dziewiątego czy dziesiątego. Cholera, żeby tę pieprzoną książkę o Garecie ktoś wydał, zwierzęta miałyby solidne wsparcie. [/FONT] [FONT=Arial] Doczekałam się wreszcie na swoją kolej, podałam numer konta, ale adresu nie znałam, na stronie nie było. Zadzwoniłam do Luizy, bo komórki Marioli nie mam, ale miała włączoną pocztę głosową.[/FONT] [FONT=Arial] Oddzwoniła, kiedy byłam w minibusie, w drodze do Krakowa. Cóż, mój poryw dobrego serca okazał się spóźniony. Ostatniego grudnia konto będzie zamknięte, stowarzyszenie przestaje istnieć. Obydwie są zadłużone po uszy.[/FONT] [FONT=Arial] Po powrocie z Krakowa wycofałam zlecenie przelewu. I mam okropnego moralnego kaca.[/FONT]
  24. :tree1:Wszystkim dwu- i czteronożnym życzymy cudownych Świąt, a w Nowym Roku nieustannego uśmiechu na buziach i mordkach.
×
×
  • Create New...