Pogrzeb teściowej odbył się w piękny, słoneczny dzień (czwartek).
Jest mi cholernie smutno. Inaczej planowałam tą niedzielę. Po obiedzie miałam iść z mężem na długi spacer, po drodze chciałam iść na cmentarz, a tu w porze obiadowej dzwonek do drzwi, wpada sąsiadka z kamienicy obok z lamentem, że malutkiego, bezdomnego kotka potracił samochód. Tyle było z mojego obiadu i mojej wycieczki. Kiciulek został zabrany do prywatnego schroniska prowadzonego przez lekarzy weterynarii. Oczywiście trzeba było przy maluchu czekać prawie 2 godz. Wszystko co mogliśmy zrobić, to podłożyć matę pod spód tego maleńkiego ciałka i obadulić szczelnie kocem. Matka malucha próbowała zębami wyciągnąć go z zawiniatka i zabrać ze sobą. Strasznie przejmujący widok. No i sobie teraz siedzę, popłakuję i modlę się do św. Franciszka o zdrowie dla tej maleńkiej istotki.
Psoniu, Balbisiu zaciskajcie swoje psie łapinki za tego maluszka, bo mi serce pęknie.