Radku nie pisałam wcześniej, nie miałam siły. To był bardzo nerwowy czas dla mojej rodziny. Podczas operacji u Szymona lekarka zauważyła podejrzaną zmianę na wątrobie i zaleciła badania TK. Jak jest z terminami każdy z nas wie, wiec zrobiliśmy je prywatnie. Czekaliśmy w nerwach na wyniki, które odebraliśmy godzinę temu. Wszystko jest w porządku, ale ja jeszcze zalewam się łzami - tym razem z radości. Wierzę w to, że najbardziej pomogły modlitwy. Schodzi ze mnie stres. Wierzę też, że moje sunie też trzymały te swoje słodkie łapinki za Szymona.
Jeszcze żeby było mało zmartwień, to Zuzia we wtorek zakosiła Januszowi z talerza kawałeczek kiełbasy śląskiej (może ze 3 cm) i dostała takiej niestrawności, że trzeba było śmigać migiem do weta, bo dołem leciała sama woda. Oczywiście to ja musiałam ją trzymać do zastrzyków, to ja podawałam leki do pyszczydła i teraz jestem wredna macocha.
Czy kiedyś się skończą u mnie te stresy? Niech mi ktoś podpowie jak wygląda bezstresowe życie, które zalecają mi onkolodzy, bo ja niestety zapomniałam.
Kocham Was maluszki moje i dziękuje z całego serca.