Coraz częściej mam potrzebę wyściskania wymiziania moich mordeczek choćby we śnie. Nie mogę tego zrobić, bo w ogóle mi się nie śnią. Myślę jak im tam jest i czy faktycznie są tam razem?
Nie było i nie ma takiego dnia w kalendarzu, abyśmy któremuś z naszych psiaków nie okazywali miłości, troski, zrozumienia a jednak mam niedosyt w stosunku do tych, które odeszły.
Psonia odeszła nagle, ale kiedy dowiedzieliśmy się o chorobie Balbisi nie mieliśmy złudzeń, że ten moment może nadejść szybko. Zamęczałam tą moją psinę szepcząc jej do uszka jak bardzo ją kocham, jaka jest dla mnie ważna, że ma w moim sercu swój własny kącik, do którego nikt nie ma wstępu. W nim jesteśmy tylko ja i ona. Mówiłam jej jak nienawidzę tego cholernego raka, który chce ją brutalnie wyrwać z moich objęć, że jestem jej wdzięczna za każdy dzień spędzony razem, ale będę odczuwała niedosyt do końca moich dni. Prosiłam ją, aby się nie poddawała i walczyła razem z nami, bo każdy nasz dzień jest na wagę złota i dopóki tli się życie dopóty jest nadzieja. Starałam się ją też przygotować na odejście Pokazałam jej zdjęcia Psoni i prosiłam, że kiedy nadejdzie ten moment i zobaczy światło to ma tam biec ile sił w łapkach, bo na końcu tego światełka będzie na nią czekała Psonia. Ona ją otoczy opieką i będzie jej przewodnikiem w przepięknej krainie wolnej od chorób, bólu, cierpienia przepełnionej samym dobrem i miłością. Powiedziałam jej co ma przekazać Psoni i o czym obie mają pamiętać. Prosiłam co obie mają przekazać innym suniom, które odeszły w ciągu całego mojego życia. Zrobiłam to, bo miałam na to czas. Dziś się zastanawiam czy tak się stało. Czy ona faktycznie pobiegła do Psoni, czy Psonia na nią czekała, czy się nią zajęła i czy wszystkie moje suńki trzymają się tam razem.
Nie mam odpowiedzi na moje pytania i to mnie zaczyna dręczyć.
Pamiętajcie moje okruszki, że Was kocham i każda z Was była dla mnie wyjątkowa. Opiekujcie się nami i Zuzolcem.