Muszę sobie ulżyć, bo mnie dzisiaj znowu zagotowała sytuacja, z którą spotkałam się niestety nie pierwszy raz.
Mam dziecko - 3 lata. Wychowana z psami, choć chwilowo jesteśmy na etapie czekania na szczeniaka. Ale od urodzenia mieszkała z psami, dzieliła się z naszą Westie chrupkami, często posiłki jadły bardziej wspólnie, niż bym chciała. Do tego chodzić uczyła się wisząc na suce ON, a biegać z dwoma mocno zaprzyjaźnionymi borderami. Ale nauczona jest, że do obcych psów się nie podchodzi.
Idziemy dzisiaj chodnikiem, osiedle domków. Z przeciwka środkiem ulicy idzie młoda dziewczyna z psem w typie ON na długiej smyczy. Pies bez kagańca, biega od chodnika do chodnika. Nie znam go, więc nie mam podstaw mieć zaufania. Biorę młodą za rękę, stajemy w miejscu. Pani radośnie się uśmiecha i mówi "proszę się nie bać, nie gryzie", i oczywiście nie skraca smyczy. Pies jest prawie wzrostu mojej córki, więc proszę żeby go przytrzymała. Więc się dowiedziałam, że przecież jest na smyczy, więc nie mam się czego czepiać, a w dodatku mówiła, że nie gryzie.
A ja się kurczę nie chcę przekonać na własnym dziecku czy to faktycznie prawda!
Sama jestem psiara, ale NIE ROZUMIEM czemu tak wielu właścicieli ma problem z tym, że nie nie są pępkami świata, a walkę o równouprawnienie rozumieją jako wywyższanie się nad wszystkimi współużytkownikami chodników/trawników/parków itd...