Jakieś 7 lat temu, jeszcze przed trójką dzieci i innymi zobowiązaniami, pracowałam w schronisku na Paluchu w Warszawie jako wolontariuszka. Nie wiem, jak duże jest schronisko w Olsztynie- na Paluchu jest prawie 1000 piesków...za każdym razem, kiedy się tam wybierałam serce mi pękało ...ze wzruszenia...z miłości do tych psiaków. Ja też nie byłam obiektywna... Zajmowałam się dużymi pieskami i miałam tam swojego ulubieńca, bardzo podobnego do Alberta. Był niesamowity...:) Na szczęście teraz ma świetny domek z dużą działką do biegania i jest naprawdę szczęśliwy. Mam nadzieję, że to samo kiedyś spotka Alberta.
Śledziłam Twoją rozmowę z Caragh (nie wiem, czy dobrze piszę- to z pamięci, jak nie to przepraszam tę osobę) i zgadzam się z Tobą w kwestii pobytu w schronisku- dla Alberta nie jest to tragedia. Mam sunię z Palucha, obecnie 11-letnią KIKI. Pamiętam, że jak ją zabierałam wskoczyła na kolana Pana, który sprzątał jej boks i dawał jej jeść i nie chciała zejść. Nie wiedziała, co ją może u mnie spotkać, a z tego co wiedziałam dotychczas dosyć długo błąkała się po ulicach Warszawy, narażona na przeróżne sytuacje- do schroniska trafiła dotkliwie pobita. Do dzisiaj boi się mężczyzn w długich butach i w kapeluszu. Tak więc oczywiście trzeba szukać domu dla tego wspaniałego olbrzyma, ale faktycznie nie ma co przeginać w drugą stronę. Nie znam schroniska w Olsztynie, ale są przecież jeszcze schroniska, w których krzywda się pieskom nie dzieje, oprócz oczywiście braku częstego kontaktu z człowiekiem w kwestii miziania i przytulania...i ludzie którzy tam pracują naprawdę się starają ;)
Pozdrawiam serdecznie