dziś minął tydzień jak nie ma naszej ociupinki:( cały czas go wołam i czekam jak przytupta. Wiedziałam, że Teoń to dziaduszek i jego dni są policzone, ale nie spodziewałam się, że to będzie takie nagłe. Po rannym spacerku dostał leki, śniadanko, które ładnie zjadł, potuptał i się położył na podusi. Po jakimś czasie wstał i zaczął chwiać się na boki, czego nigdy nie zauważyłam wcześniej. Wtedy wzięłam szybko na ręce i zaczął sztywnieć i się wyginać. Zadzwoniłam po wet żeby przyjechała, akurat kończyła dyżur. Położyłam Teosia na łóżku, strasznie się denerwował jak go dotykałam, zaczął szczekać. Leżał i robił kupki, lewą stronę miał sztywną, próbował jeszcze wstawać, ale nie dał rady. Jak przyszła wet to już nie żył, miała jeszcze nadzieje, chociaż widziałam, że te pół godziny go zmęczyły:( odszedł sam, na podusi, przykryty swoim kocykiem, całowany w główeczkę. Był taki mięciuni i pachnący. Pochowaliśmy Teofilcia pod siedmioma dębami, na uboczu, gdzie zawsze spacerowaliśmy. Zrobiłam filmik ze zdjęciami, począwszy od tych ze schronu, ale w dvd maker i nie wiem jak go tu wkleić. Teoniu(*)