Jump to content
Dogomania

Marz

Members
  • Posts

    84
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Marz

  1. Zdjęcia bez problemu da się obrócić, zrobię to za moment. W granicach Bożego Narodzenia pewnie będę u rodziców, mogłabym też zrobić nowe. Szansy na DT niestety w tym miejscu nie ma żadnej, przepytani i poproszeni są wszyscy. Nie zgadzają się nawet po mojej deklaracji, że zapłacę im za pilnowanie psa. To taka mała wioska. Psy mają budę, łańcuch... Ludzie patrzyli na mojego tatę jak na idiotę, kiedy psu budował kojec, jeszcze zadaszony "bo po co, pies ma być na łańcuchu", a my tu stawiamy drewniany, zadaszony, jeszcze z ocieplaną budą... Dlatego właśnie zgłosiłam jego sprawę na dogomanię, bo tam nikt nie przejmuje się tymi psami. A zapewne gdyby pójść dalej w wieś, to znalazłoby się jeszcze takich kilka.
  2. Po kolei do wszystkich. Duży nie jest, mniej więcej pod kolano. Nikt go nie chce wziąć, w tym jest problem, w okolicy szukam mu domu już od 24 listopada, gdy pierwszy raz go zobaczyłam. Nie ma mowy, ani na chwilę. A jak myślę, że z psem problem "to za wiatrówkę złapać i się rozwiąże"... To jest taki typowy piesek, który sobie biega po drodze i nikomu krzywdy nie robi. Z tego co miałam okazję zaobserwować, to nie rusza go widok żadnego zwierza, kota, kury czy innego psa. Ale co by było w domu, w zamkniętym pomieszczeniu, nie wiem. Strasznie, strasznie zimno. Ale w okolicy DT nie znalazł, choć ludzie na moją prośbę pytali znajomych. Dla nich, jeżeli z psem jest problem, powinno się go zastrzelić, bo "za stary żeby utopić". Chcę go stamtąd jak najszybciej wyciągnąć, żeby na takiego pana po kilku głębszych nie trafił.
  3. Wiem tylko tyle, że cały czas biega i próbuje się wciskać ludziom do domów, garażów, byleby tylko nie siedzieć na śniegu i mrozie. Dzisiaj było tam -18 i to o dziewiątej rano, co było w nocy? Śniegu miejscami jest po uda. Szukamy budy, kojca, czegokolwiek, byleby psiak miał się gdzie schować. Przynajmniej dokarmiająca go pani się spisuje, bo nie wystają mu kości, raczej wygląda na lekko obrośniętego tłuszczykiem :)
  4. Zdjęć ciąg dalszy: [IMG]http://i54.tinypic.com/2uejr74.jpg[/IMG] I się przytulał, chociaż przed aparatem raczej ucieka. [IMG]http://i55.tinypic.com/2v1azuv.jpg[/IMG] Jak można takim oczętom odmówić? [IMG]http://i55.tinypic.com/e0ivkh.jpg[/IMG] A potem poszedłem za ludziem, co miał jedzenie i nie chciałem go zgubić... Jakość zdjęć kiepska, bo z telefonu... Nie przypuszczałam, że przyda mi się aparat. I jeszcze: zdjęcia pochodzą z 24 listopada. Teraz jest tam śnieg, mróz i wiatr.
  5. "Przyjechała baba z miasta i problem robi" - tak podsumował mnie pewien pan, gdy chodziłam po całej wsi i pytałam kto jest właścicielem Tego Psa. Ale zacznijmy od początku. Wracałam do rodziców na weekend (ach, te studia) i mniej więcej z przystanku mam 1,5 km do domu. Po drodze, która biegnie przez taki sobie lasek, przyplątał się do mnie Ten Pies. Z błagalnym wyrazem pyszczka i merdającym ogonem rozdawał mi całusy na prawo i lewo, przytulał się, skakał i... zjadł pełne cztery garści psiej karmy, którą zakupiłam "na sprawdzian" dla psa rodziców. Jak już zrozumiał, że mam jedzenie, to nie chciał mnie odstąpić na więcej niż kilka metrów. Podbiegał, po czym siadał i czekał, aż do niego dojdę. Niestety nie miałam szans zakwaterować go w domu rodziców (jak wspomniałam, mamy psa, a Norton z ledwością jest w stanie zaakceptować papugę, nie mówiąc o innym psie...), więc Ten Pies, nazywany we wsi "Wyścigówką" :roll: nie miał się gdzie podziać. Co prawda wymogłam na sąsiadach obietnicę dokarmiania go, ale pada śnieg, zawieja, a bidula nie ma się gdzie podziać... Historia psa była taka: kupiony na targu za butelkę wódki, bo taki śliczny, bo takie ładne ma białe skarpetki, po jakimś czasie po prostu się znudził. I teraz błąka się po całej wsi (a nawet po okolicznych wsiach, w tym po całkiem ruchliwych ulicach), bez budy, bez miski, bez swojego człowieka, do którego lgnie całym psim sercem. Nie wiem też jak z właścicielem, bowiem jeszcze z nim nie rozmawiałam. Jest zima, śnieg, mróz, wiatr... A on nie ma się gdzie podziać. Wiem, że liczę na zbyt wiele, ale jednego psa wydałam już kilka lat temu do schroniska w Nowym Targu i nie zamierzam tego powtarzać. Gdyby znalazła się jakaś zwykła buda, choć buda i pełna miska... Piesek obecnie przebywa w okolicach Suchej Beskidzkiej. I zdjęcia Tego Psa: [IMG]http://i52.tinypic.com/256rzbq.jpg[/IMG] Tak prosił o jedzenie. [IMG]http://i54.tinypic.com/c2ueb.jpg[/IMG] A tak uciekał, gdy szybko wyciągałam telefon z torebki. [IMG]http://i55.tinypic.com/xfagro.jpg[/IMG] Potem jednak stwierdził, że fajnie się do ludzia przytulić.
  6. Mojego malucha tak chwalisz, a sama takiego cudnego niedźwiadka posiadasz :) Na zdjęciach wydaje się naprawdę ogromny! Pozdrawiam serdecznie.
  7. Dziękuję za powitanie :) Piękny to on jest, faktycznie. I charakterek swój ma, a jak! Prawdziwy Włoch z niego, głośny i rozśpiewany. Ostatnio się uczyliśmy, że telewizor może być fajny i że wcale nie trzeba szczekać na ludzi w tym czarnym pudełku ;)
  8. Stwierdziłam, że słowem wstępu i moim pierwszym postem powinna być historia, dzięki której znalazłam się na tym forum. A raczej futrzasta, kochana przylepa, która to spowodowała. Odnośnie swojego pierwszego psa miałam wielkie plany - miała być to suczka wyżła węgierskiego, ukochana i wyczekana, taka idealnie dla mnie, z którą mogłabym przemierzać kilometry pól i lasów, szukając tego jednego bażanta, który gdzieś znów umknął. Podobno życie zawsze weryfikuje nasze plany i tak było też i w tym przypadku. Podczas wakacyjnego wyjazdu na wieś codziennie chodziłam do pewnego starszego małżeństwa po mleko od krówki, jajka i wszelakie inne ekologiczne i zdrowe wytwory. Mieli oni psa, starszego, zamkniętego w kojcu, z którego nie wychodził od sześciu lat, czyli od kiedy wyprowadził się ich syn. Jak to bywa, zakochałam się, chociaż na początku wyglądał tak: I żył tak: Zawsze byłam wrażliwa na takie rzeczy, więc odbyłam krótką pogawędkę z kobietą. Pies podobno miał kiedyś gdzieś rodowód i tak dalej, urodzony około 1999-2002 roku, do weterynarza zaglądał tylko i wyłącznie podczas szczepienia na wściekliznę. W kojcu spędził całe swoje życie, jednak przez pierwsze kilka lat był regularnie wyprowadzany na spacery przez ich syna, który sześć lat temu opuścił rodzinny dom. Dwa dni później Norton, odziedziczając imię po ukochanym kocie, który odszedł kilka miesięcy temu, stał się moją własnością. Po wykąpaniu, wyczesaniu i wizycie u weterynarza wyglądał tak: I wtedy, 15 lipca 2010 roku, zaczęła się nasza wspólna historia.
×
×
  • Create New...