Jump to content
Dogomania

Małgorzatta

Members
  • Posts

    134
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Małgorzatta

  1. Tak, wet wiedział o kaszlnięciu i plastiku.
  2. Szczerze, to szczerze. Nie chciałam tego pisać. WŁAŚNIE DLATEGO, że liczyłam się z Waszym zdaniem Borka nie została zawieziona we wtorek ani później do żadnej kliniki. Apeluję jeszcze raz, poczytajcie wcześniejsze wątki!!!!!!! Wet był wezwany do domu, ŻEBY BORKI NIE STRESOWAĆ.
  3. Ja nie wiem o co Ci chodzi. Nie będę kolejny raz udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Zamiast atakować, poczytaj dyskusje o wiezieniu psa do kliniki...Z Romą w końcu rozmawiałam. Przyjedziesz po Borkę?
  4. Poczytaj wcześniejsze posty. Były dyskusje na ten temat. Wieźć, nie wieźć, czekać, nie czekać. Nie wypowiadałaś się. Ja nie uchylam się od odpowiedzialności, ale nie ja tu miałam podejmować decyzje. Przypominam, że w srodę był wet i pytałam co robić dalej. Wszyscy radzili obserwować.
  5. Ale sekcję jeszcze przecież można zrobić. I chyba w bardziej profesjonalnych warunkach niż u mnie w garażu, bo ja tylko takie mam tu możliwości. Z Pszczyny tu nie jest daleko. Tylko godzina drogi...
  6. Krwotok był z pyska. Mega krwotok.
  7. Klaudus, O wecie napisałaś raz, odpowiadając na moje sugestie. Opiekunem Borki była chyba Roma. I z nią rozmawiałam. Chyba to nie jest dziwne, że nie pomyślałam o rozsyłaniu SMS-ów w tej sytuacji... Co do dyskusji odnośnie konsultacji poczytaj sobie post 185 i 186. I tak z własnej inicjatywy zaczęłam szukać weta wcześniej, bo mnie jej stan jednak niepokoił. Nikt z Forum nie sugerował mi wiezienia jej do kliniki, bo wszyscy uważali, że jest zdrowa. Ja podniosłam ten temat już we wtorek. Wet w środę też mnie uspokajał... Polegałam na zdaniu fachowców, to miałam na myśli pisząc o własnej intuicji.
  8. Zadzwoniłam do Romy 15 min. po fakcie, ale włączyła się sekretarka... Można sprawdzić... Wet był wczoraj i miał być dzisiaj. Borka nie została nigdzie oddana. Zrezygnowałam z sekcji u weta, który był u mnie. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ją zabrać i zrobić sekcję poza moim garażem... Jeśli przyjedziesz dzisiaj, daj znać, mąż będzie czekał na Ciebie.
  9. Ponieważ nie wiem jak to napisać, napiszę po prostu... Borka nie żyje... Wydawało się, że wszystko idzie ku dobremu... Rano wydawała się bardziej kontaktowa. Podnosiła głowę, tak jakby prosiła o głaski... Oddychała równomiernie, nie dyszała... Nawet wstała i zmieniła miejsce, przeszła przez cały garaż... Popiła trochę wody, bo było mokro obok miski... Po południu trochę więcej dyszała, ale czekałam na weta. Leżała znowu w drugim końcu garażu... Poszłam tylko wypić kawę... 15 minut. Szok... Zastałam ją w tym samym miejscu w kałuży krwi, która popłynęła przez całe pomieszczenie... Nie wierzyłam własnym oczom... Nie zdecydowałam się na sekcję. To nie zwróci jej życia... Wet podejrzewa, że może jednak miała coś więcej w żołądku niż ten plastik... Ale to tylko gdybanie.... Jedna z możliwości... Tak do końca też nie wiadomo, czy ten kawałek plastiku pochodził z jej żołądka. Może po prostu leżał na podłodze od jakiegoś czasu... Cały czas gdzieś mi kołatało, że może ta apatia, to nie tylko stres... Gdzieś na samym dnie serca, nie byłam optymistką. Żaluję, że wczoraj nie zawiozłam jej do jakiejś kliniki... Żałuję, że nie posłuchałam intuicji... Konsultowałam to tutaj, ale przecież mogłam to zrobić... Nie zrobiłam, bo nie chciałam działać na siłę, pogłębiać jej stresu... Nie zrobiłam, bo pomyślałam, że może nie mam racji i panikuję? Ale może by żyła? Ale przecież jeszcze wczoraj pytałam weta, co mam robić... Uspokajał mnie... Jeszcze dziś rano do niego dzwoniłam... Wet nie był do końca przekonany, czy dałoby się ją uratować, ale może chciał mnie pocieszyć? Czy przetrzymałaby operację, czy np. szkody nie były już za duże? Ale zawsze była jakaś szansa... A tak...? Najpierw Barry umarł w schronisku zanim przyszedł do mnie, teraz Borka... Mam widocznie złą aurę... Przepraszam Was wszystkie, że mój dt się nie sprawdził... Opiekowaliśmy się nią wszyscy, moja mama i mój mąż też. Całym sercem, ale to okazało się za mało... Nie pojechałam wczoraj na wiercenie, ryzykując kłopoty, żeby ją na bieżąco obserwować... Wszystko na nic... Moje psy nie podchodziły do niej. Może one wiedziały? Nie wiem, czy napisałam dość składnie... ale źle się czuję...
  10. Dziś Borka nieco więcej się interesowała, gdy po niej sprzątałam. Patrzyła rozumnie co robię. Potem położyła głowę i wszystko wróciło do normy. Chociaż wydawało mi się, że trochę jednak patrzyła... I na pewno miała bardziej przytomne spojrzenie... Makroskopowo robali nie było. Kałuży też nie było, ale może dlatego, że piła tylko wieczorem? Wet się ze mnie śmieje, że przesadzam i że ona pewnie wychodzi... Ale ja nie sądzę, aby opuściła garaż... W nocy zwiedzała garaż, bo były ślady po niej, zostawiła to i owo... Borka się trochę krztusi, tak jakby chciała wymiotować... Ale nie wymiotuje. Pewnie też nie ma czym... Mam tylko nadzieję, że nic nie zalega jej w żołądku...? Rosołu więcej nie jadła. Dzisiaj dostała mniej esencjonalny, ale też nie. Wet przyjedzie wieczorem. Te koszty biorę na siebie.
  11. Ostrożność. Stres osłabia organizm. Więc na wszelki wypadek, lepiej poczekać ze szczepieniem, zwłaszcza, że na zamkniętym terenie nie ma zagrożenia wścieklizną. Fotki tak, ale jutro muszę na wiercenie, bo dzisiaj się urwałam... Mam nadzieję, że te wymioty już się nie powtórzą... Jednak poczekajmy z hurra optymizmem jeszcze kilka dni...
  12. Obmacał, obsłuchał... Niby wszystko w porządku. Temperatura 38.8, ciut za wysoka, ale może stres? Tu nie ma benków w okolicy, więc pewnie dlatego pytał o to dyszenie... Rzeczywiście dyszała przy nim więcej i tak bardziej chrapliwie przez nos. Wiek 4/5, tak jak mówiłyście. Ciąży nie wymacał, ale to kwestia zaawansowania. Innych oznak - brak. Wścieklizna - należy się wstrzymać. Brzuch nie bolesny, nie powiększony itd., nie reagowała na obmacywanie. Oczy bez stanu zapalnego, uszy brudne, ale też bez zapalenia, bez zaczerwienienia. Tabletek na odrobaczenie nie dało się wcisnąć. Zaciskała zęby. Na siłę nie chcieliśmy. No cóż, poza tym trochę się baliśmy... Ale będę próbować... Oglądnął ten kawałek plastiku. Po wyschnięciu widać było na nim ślady żółci, więc chyba go jednak zwymiotowała. Nadzieja w tym, że więcej takich części nie ma w żołądku... Krew odradził dzisiaj, ze względu na silny stres i możliwe zafałszowanie wyników itd. Zaproponował poniedziałek, zgodziłam się. Przyjedzie pobrać. Tak jakby kaszlnęła, ale to może wynik podrażnienia, nie infekcji. Dostała zastrzyk antybiotyku o szerokim spektrum. Zgodziłam się, bo pewnie i tak nigdy nie brała antybiotyków..., więc jej chyba nie zaszkodzi... Chyba (?) wszystko. Zachowywała się ok. Patrzyła na niego przytomnie. Zaniosłam jej rosół z makaronem. Takie mam wrażenie, że trochę go ubyło. I ślina była na krawędzi. A przedtem przecież myłam miskę... Dalej leży, ale trochę się interesuje. Patrzy... Bo rano tylko leżała i spała.
  13. Jeden wet mi wczoraj odmówił, ale dzisiaj udało mi się "złowić" innego. Przyjeżdżał już kiedyś do mojej Agi. Będzie dzisiaj po południu. Prosiłam też o pobranie krwi, ale być może dopiero jutro rano. Krew na szczęście nie powtórzyła się. Na podłodze były inne kolorowe płynne różności, opis sobie daruję... Znalazłam też kawałek twardego plastiku z ostrymi brzegami (razem z żółcią). Chyba go zwymiotowała (?), bo wczoraj na podłodze niczego takiego nie było, a wygrzebać u mnie nie miała skąd. Pije, ale dalej nie je. Gotuję dziś rosół, więc podzielimy się z nią... Pasztet muszę dopiero kupić. Na razie nie zanosi się, aby za kilka dni przeobraziła się w przylepę. Sukcesem będzie jak chociaż na chwilę opuści garaż. Tam nie ma schodów, wyjście od razu do ogrodu, trawa. I spokój... Już nie wiem, czy pisałam, że ją wczoraj wyczesałam. Bez problemu, nawet tak jakoś w połowie sama dała drugi bok. Raz zaprotestowała, widocznie za mocno ją pociągnęłam...
  14. Można do niej podchodzić bez problemu. Głaski przyjmuje dobrze, chyba z lekkim (?) zadowoleniem. Z ręki nie je, odwraca głowę. Wyczesałam ją, zniosła to dobrze. Teraz śpi raczej mocno.
  15. Pech chciał, że akurat wyszliśmy z domu... Bora stała w drzwiach garażu i wyglądała na zewnątrz... Na nasz widok jednak się cofnęła, popiła wody i ułożyła z powrotem...
  16. Dzwoniłam do domu, nic się na razie nie dzieje. Ale dalej leży, raz zmieniła miejsce. Pije (jedna kałuża). Dość często mąż i mama zaglądają do niej. Chyba (?) wtedy jest zadowolona, bo macha ogonkiem. NIE JE. Może rzeczywiście zawieźć ją do Dąbrowy. Anetta mówiła kiedyś, że tam były leczone psy z Emira? Tylko jak tam z diagnostyką? Jakiś sprzęt? Jeśli byś mogła jutro, to chętnie. Byłoby mi raźniej. Roma, czekać do jutra?
  17. Pomysł z garażem (w domu) był bardzo dobry. Całe pomieszczenie tylko dla niej... Odwiedzaliśmy ją kilka razy - za każdym razem była w innym kącie... Dziś od rana garaż otwarty i mamy nadzieję, że może wyjdzie do ogrodu... Psy puściliśmy, ale obwąchują ją z daleka, czują, że coś jest nie w porządku. Leży na posłaniu, dziś cały czas w jednym miejscu... Trochę macha ogonem na nasz widok i patrzy... patrzy... Nie je, pije wodę. Nerki ma najwyraźniej zdrowe, bo były dwie wielkie kałuże... Spróbujemy ją dziś trochę wykąpać i odpchlić. Dom stoi dla niej otworem, ale drzwi i schody to na razie przeszkoda nie do pokonania. Martwi mnie jednak bardziej coś innego. To nie były raczej takie typowe wymiociny. Plama, może z 5-6 cm chyba śliny (nie wyglądało na śluz) i w tym takie jakby duże skrzepy krwi, 1-1,5 cm. Wyglądało to tak, sorry, jakby odkaszlnięte, tylko skrzep. Tak czy tak, przy takim apatycznym zachowaniu, ona potrzebuje przynajmniej podstawowych badań. Wg mnie przynajmniej krew, bo moczu nie uda się na razie złapać. Obserwować, czy ta krew się powtórzy? Czy od razu do weta? Ostatecznie jakoś urwę się z tych wierceń... Tylko to będzie dodatkowy stres. Ona nie pójdzie sama, trzeba ją będzie zanieść. Więc może bez paniki...? Czekam na Wasze propozycje oraz propozycje koleżanek z okolic Katowic odnośnie weta.
  18. Zula nie powinna sprawiać problemu. "Gościła" już psy na swoim terenie. Niewiadomą jest tu Bartek. Choć nie jest agresywny i zapewniano mnie, że bez problemu toleruje inne psy, teraz może wczuć się za bardzo w rolę gospodarza...
  19. Już wysyłam. Bardzo dobry pomysł.
  20. Nie miałam nic na myśli ponad to co napisałam. Rozumiem, że jesteś w rozterce i tyle. To są trudne decyzje i chciałam Ci je ułatwić, pisząc np. że może hotel, a więc być może także np. pomoc behawiorysty, byłaby bardziej skuteczna w wyciąganiu jej z depresji... Zwłaszcza, że o Borze też nic nie wiadomo. Jest strachliwa? Ale czy to nie przerodzi się w agresję? Tego nie wiemy. Zawsze jest ryzyko, choć pewnie u benków dużo mniejsze niż u wilczurów. Oczywiście, że sama jeździłabym do weta. Konsultacje miałyby dotyczyć wyboru np. miejsca sterylki, czy podejmowania jakiś tam kroków, jeśli chodzi np. o badania itd.
  21. Roma, jeśli masz wątpliwości, realizuj swój pierwotny plan, według swojego wyczucia... Prędzej czy później jakiś inny benek trafi pewnie jeszcze do mnie na przechowanie...
  22. Zdawało mi się, że tak gdzieś pisało. Ale Dziewczyny, litości... To chodzi o tego benka, który jeszcze się plącze gdzieś pod lasem? O nim nic nie wiadomo... Zupełnie nic... Jak go mam wpuścić do sypialni?
  23. Mam - w ostateczności, ale to nie byłoby dobre wyjście dla jej psychiki. Aga (na emigracji wewnętrznej) śpi w pokoju mamy. Tam "potwory" prawie nie wchodzą... Roma, ja się przecież nie upieram, żeby Bora koniecznie przyjechała do mnie. Zaproponowałam to jako alternatywę w sytuacji braku pieniędzy na hotel i dużej liczby potrzebujących psów. Jeśli uważasz, że to ryzykowne, ze względu na psychikę tej suni, czy też ze względu na obecność moich "potworów" to OK. Dobry hotel pewnie może jej zapewnić bardziej profesjonalną opiekę od mojej, jeśli jest tak bardzo wycofana. Więc ok. Benka z Katowic nie mogę przygarnąć, bo to samiec. Bartek może z nim rywalizować.
  24. Czyli - o której mam przyjechać i gdzie?
  25. Dostosuję się. Zaproponuj godzinę.
×
×
  • Create New...