-
Posts
208 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by ladyiga
-
Mały, niewidomy staruszek odzyskuje radość życia w DT. MA DOM!!! :)
ladyiga replied to siekowa's topic in Już w nowym domu
tzn. ze piesek jedzie do hoteliku i ma juz sponsora? a jezeli np. ktos zdecydowalby sie dac mu tymczas, to czy np. ten sponsor zaplacilby za hotelik dla innego psiaka? bo jezeli nie to chyba lepiej zeby ewentualny zainteresowany pomyslal jednak o innym biedaku? oczywiscie pytam czysto hipotetycznie :) -
11 letni Puszek oddany po śmierci właścicielki. MA DOM! :)
ladyiga replied to siekowa's topic in Już w nowym domu
Asia: myśleliście o dotarciu do starszych ludzi przez uniwersytety trzeciego wieku? Tam są starsi ludzie, ale jeszcze pełni energii. Oni pewnie by docenili opiekę nad starym psem. -
11 letni Puszek oddany po śmierci właścicielki. MA DOM! :)
ladyiga replied to siekowa's topic in Już w nowym domu
Na pewno znowu wezmiemy staruszka. Trzeba tylko troche sie pozbierac Mocarcie. -
11 letni Puszek oddany po śmierci właścicielki. MA DOM! :)
ladyiga replied to siekowa's topic in Już w nowym domu
A jak Pusiosław żyje z innymi psami? -
Adopcje starszych psów jest jedną z najpiękniejszych akcji, jakie można sobie wyobrazić. Od niedawna mamy do tego bardzo osobisty stosunek, bo adoptowaliśmy jako domek tymczasowy, a okazało się w końcu, że także ostatni... starego, ślepego schorowanego wilczura Mozarta. Możecie sobie przeczytać jego historię tutaj: http://www.dogomania.pl/threads/30362-Mozarcik-odszedA-za-TAE-czowy-Most-w-kochajAE-cym-DT. Gdyby nie ofiarność i morze dobrych uczuć ludzi, którzy szukali dla Mozarta domu na jego ostatnie dni, być może odchodziłby w bólu i samotności, do końca nie rozumiejąc, co się z nim dzieje. Na pewno przygarniemy za jakiś czas kolejnego psiego staruszka. Chętnie też włączymy się w Waszą akcję na inne sposoby. To, czego na pewno tu potrzeba, to podejście konkretne, nastawione na konkretne cele. Wtedy możemy tymi samymi środkami pomóc większej liczbie psich nieszczęść i odwrócić ich los na ten ostatni ich czas. Ja już umieściłem banerki Adopcji i Psiego Anioła na stronie mojej firmy. W przyszlym tygodniu stworzymy na tej stronie osobny dział "Wspieramy", gdzie będziemy chcieli pomóc w zbieraniu środków czy innego wsparcia. Założyłem też grupę wsparcia adopcji starszych psów na goldenline. Zobaczymy, jaki bedzie efekt.
-
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Kochani może ktoś wie, jak umieścić zdjęcia na tym forum. Mamy trochę ostatnich zdjęc Mocusia, ale nijak nie idzie ich załadować tutaj do forum, nawet bardzo zmniejszonych. -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Pomału wraca nam oddech po odejściu Mocusia... ciągle o nim myślimy, chociaż teraz coraz bardziej pogodnie, bo nawet kiedy czytamy jego historię na tym forum, widać, że już bardzo potrzebował odpocząć. Napisałem tu wcześniej, że Mocuś był niezwykłym psem, skoro tylu ludzi dzięki niemu znalazło w sobie wszystko, co w nich jest najlepszego... Nie myśleliśmy nawet, że życie samo tak szybko dopisze dalszy ciąg tej historii, a Mocuś stanie się nieśmiertelny :) Odezwała się do nas jedna z forumowiczek, która wydaje w grudniu książkę o psich losach. Poprosiła o zgodę na zamieszczenie w tej książce naszego pożegnania z Mocusiem, które tu zamieściliśmy w piątek. Oczywiście zgodziliśmy się bez wahania. W ten sposób, historia Mocusia pozostanie w ludzkiej pamięci i może jeszcze nie raz komuś na chwilę zadrży serce, kiedy będzie o nim czytał, a może i pomyśli o tym, żeby samemu - w możliwy dla siebie sposób - dać coś z siebie jakiemuś psu. No i jak tu nie uznać Mocusia za Psiego Anioła? -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
“Don’t die with your music still inside you” - “nie umieraj, kiedy jeszcze w Tobie gra muzyka”... powiedział ktoś. W życiu Mozarta, chociaż miał takie piękne, muzyczne imię, tę muzykę chyba już całkiem zagłuszył ból powykręcanego krzyża i wysiłek, jaki musiał wkładać w każdy ruch swojego ogromnego ciała i w każdy świszczący oddech... Mimo moich zachęt postanowił nie chodzić dzisiaj po ogródku, chociaż była ładna pogoda. Rano z trawniczka od razu skierował się do domu. Jak zawsze wiedział dokładnie, czego chce. No to poszliśmy sobie razem do jego ganku, jak zawsze zaczekał aż go dźwignę na jego posłanko i tam sobie obaj siedliśmy na resztę poranka. Myślałem, że będę mu coś opowiadał, ale się nie dało... Po prostu się nie dało... Nagłaskałem za to jego wielkie łbisko pewnie za całe jego życie... aż mrużył oczy i prawie zasypiał ze szczęścia...Co jakiś czas podnosił głowę i wpatrywał się we mnie swoimi niedowidzącymi oczami bardzo intensywnie, chuchając na mnie potężnie tym swoim potwornym oddechem. Mówiłem do niego, że jego oddech zabija, ale miał to gdzieś, stary łobuz... W pewnej chwili spojrzał mi prosto w oczy i na długą chwilę nasz wzrok się spotkał... on przecież niby nie widział, ale w tej jednej chwili zdałem sobie sprawę, że on mnie widzi, do samego środka, i ja go widziałem - spotkaliśmy się na moment tam gdzieś w samym środku - nie człowiek i pies, tylko dwa życia... nie zapomnę tego spojrzenia. I bardzo mu za nie jestem wdzięczny... to musiał być Mozart prawdziwy, jakim się czuł naprawdę. Nie ta umęczona istota, którą się stał z czasem, ale dumny, piękny, prawdziwy, królewski wilczur... To spojrzenie było bardzo ciepłe i pogodne, i mówiło “ja wszystko wiem... wszystko jest dobrze”... Zaraz potem znowu patrzył na mnie niewidzącymi oczami starca i tak sobie czekaliśmy obok siebie... Niedługo później przyjechał lekarz a zaraz potem pani Agnieszka. I Mocuś zasnął sobie wreszcie spokojnie, z głową w moich rękach, głaskany przez nas oboje, w swoim własnym posłanku, w swoim własnym domu, w spokoju i czułości obok ludzi, którzy go kochali. Kiedy pomału zamykały mu się oczy, myślałem tylko o tym, że już nie będzie musiał więcej walczyć ze swoim bólem, zmagać się z każdym kolejnym krokiem, skarżyć się w przestrzeń... bać się, kiedy czasem nagle zaczyna brakować mu oddechu... Wypogodził się, zasypiając, uspokoił i tak już pozostał. Pani Agnieszka powiedziała o nim, że przez większość życia nie miał szczęścia... to musiała być jednak niezwykła istota, bo potrafił w mnóstwie ludzi obudzić najlepsze uczucia... wystarczy poczytać posty na tym forum, ogłoszenie, które sprawiło, że zamiast małego, zdrowego staruszka, wzięliśmy do domu ciężko schorowanego olbrzyma... Mozart pokazał mi we mnie pokłady opiekuńczości, której nigdy bym w sobie nie podejrzewał... Teraz płynie sobie ku swojemu nowemu przeznaczeniu po drugiej stronie tęczy... a każda Wasza dobra myśl o nim, będzie dla niego promykiem słońca... Bywaj zdrów Mocusiu. -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Od wczoraj jest na silnym leku przeciwbólowym, więc ma się lepiej. Śpi dużo i nie skowycze. Widać, że go mniej boli, bo jest trochę żywszy. Mniej go też chyba boli chodzenie, więc jest troszkę odważniejszy. Ale chodzi naprawdę bardzo bardzo słabiutko, łapy ma bardzo słabe. Położyłem na schodkach od ganku, na tych 3 schodkach, płytę drewnianą, taką jakby pochylnię, żeby sam mógł zejść, ale zjechał po niej na buzi, więc dałem spokój. Wieczorem posłanialiśmy się trochę razem po podwórku... Jutro cały ranek spędzimy sobie razem w ogródku i będziemy sie rozglądać, i wszystko obwąchiwać. A o dwunastej odłóżcie na chwilę, to co robicie... i pomyślcie chwilę o Mocusiu. -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
o 12.00, na lekach ciagle spi, ale przynajmnej nic go nie boli -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
To ja: człowiek, którego Mozart uważa za swojego nowego pana. Mocuś ma się dziś gorzej - od wczoraj zawodzi godzinami jakimś takim łkającym szczekaniem, albo popiskuje. Właściwie prawie cały czas. Wyraźnie coś go boli. Trochę się tylko uspokaja, kiedy siedzę obok niego. Wygląda też na to, że jest mu trudniej chodzić. Dzisiaj nie próbował wybierać się na tył ogródka, tylko robił parę kroków na trawnik, jak najbliżej, żeby się wysiusiać. Kiedy wyniosłem go przed chwilą na rękach na “spacerek”, prawie nie mógł zrobić kroku. W końcu kiedy ruszył chwiejnie przed siebie, jakoś mu się troszkę jedno biodro jeszcze bardziej uginało niż drugie. Zaraz też wrócił pod schodki i czekał, aż wniosę go do środka. Pojechałem dzisiaj do p. Agnieszki do Azylu... porozmawialiśmy... trudno było nam znaleźć dla siebie samych argumenty, żeby nie zrobić tego, co teraz zrobić trzeba... Widziałem jak desperacko szukała w myślach jakichś sposobów, żeby to się jeszcze nie stało... może coś na pęcherz, może na poprawienie kupek, których on już prawie nie jest w stanie zrobić... Powiedziała w końcu: “ten pies nie miał szczęścia w życiu i kiedy teraz na sam koniec jest szczęśliwy, chciałabym po prostu, żeby mógł być szczęśliwy trochę dłużej”... Umówiliśmy się, że lekarz przyjedzie do niego pewnie w piątek... nie będziemy już staruszka ciągać po klinikach, samochodach i obcych miejscach. Zaśnie sobie spokojnie w swoim nowym domu, otoczony ciepłem i czułością... Siedzę teraz z laptopem obok niego w jego śmierdzącym ganku, a on wreszcie trochę się uspokoił i chyba po tych wielu godzinach zawodzenia może zaśnie. Dostał teraz bardzo silny środek przeciwbólowy, jutro dostanie drugi - chwilami zastanawiam się, czy w ogóle doczeka tego lekarza... pewnie lepiej, żeby doczekał, bo jeśli odejdzie sam, może mnie wtedy przy nim nie być. Więc póki się da, zostanę tu przy nim, żeby zostało w nim jak najwięcej spokoju, jaki daje obecność swojego człowieka. Usnął w końcu. Co jakiś czas podnosi głowę w moją stronę, sprawdzając, czy jestem i zasypia z powrotem. Jest z nami tylko półtora tygodnia. Ale jakoś wcale nie jest przez to łatwiej. -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Dzwonilismy do lekarki, zgadza sie, ze jezeli chodzi o stan zdrowia Mozarta, to nic sie nie da zrobic, takiego stanu sie nie leczy. Kiedy potwierdzila, co tak naprawde bedzie najlepszym wyjsciem dla psa, zrobilo sie jeszcze ciezej... Moglibysmy oczywiscie podtrzymywac jego wegetacje, powoli zamieniajac jego i swoje zycie w fizyczne i emocjonalne pieklo... Moglibysmy wykorzystac talent goni do gromadzenia funduszy i umiescic Mozarta w jakims hoteliku... Ale ja nie wyobrazam sobie dalszej tulaczki tego umeczonego zwierzaka a tym bardziej jego dogorywania w schronisku. Jutro maz spotka sie z p.Agnieszka, zeby dowiedziec co dalej, uslyszec decyzje. Co do burzliwych dyskusji, to chyba wszyscy nawzajem powinnismy sie zrozumiec. Ta sytuacja jest bardzo ciezka, dotyczy waznych decyzji, budzi bardzo skrajne emocje. A Mozart ma to gdzies jak sie tu wszyscy klocimy :) Spi juz od paru godzin i moze za jakis czas "wyjdzie na spacerek" na rekach swojego pana. -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Kochani: tu znowu pan Ladyiga... tak sobie śledzę tę dyskusję i jestem pod wrażeniem tego, jak wielu ludzi naprawdę przejmuje się losem Mozarta i chce mu pomóc. Decyzja o przygarnięciu starego psa była dla nas odruchem serca, ale nie nagłym impulsem. Nie czuję zniecierpliwienia, kiedy staruszek szczeka po mnie, żebym wyniósł go na trawnik na siusiu, dał jeść, albo po prostu chwilę przy nim posiedział i podrapał go po uchu. Gdzieś w środku coś mi zatrzepocze, kiedy pochylam się nad nim z ręcznikiem, żeby pomóc mu dźwignąć bezwładne biodra, a on unosi się lekko na przednich łapach, żeby mi było łatwiej przeciągnąć ten ręcznik pod nim. Po tych kilku dniach on już wie, że ma swojego człowieka. I wie że może na mnie liczyć. I dlatego muszę się tu odezwać. Biorąc Mozarta pod swój dach nie mieliśmy pojęcia, w jakim jest stanie, a raczej otrzymaliśmy mocno niedokładną informację, że tylko jest stary, ma kłopoty z chodzeniem, jest ślepy i ma chore serce. Poza tym, że w zasadzie wychodzi sam na dwór i w ogóle w miarę OK. Byliśmy przygotowani na to, że może przyjść dla niego bardzo trudny czas. Ale nikt nam nie powiedział, że ten czas już nadszedł. Dopiero potem inną drogą dowiedzieliśmy się, dlaczego jego poprzedni opiekunowie nie byli w stanie dłużej zapewnić mu opieki i jakie faktycznie ma problemy zdrowotne. Mozart najczęściej nie jest w stanie sam wstać. Biodra ma praktycznie bezwładne, przednie łapy słabną mu coraz bardziej, więc chwilowy pomysł na psi wózek inwalidzki upadł - do tego pies musi mieć silny przód. Nie kontroluje moczu. Z tego powodu musieliśmy umieścić go w ganku, na posłaniu stale wymieniamy mu podkłady higieniczne jak w szpitalu, inaczej siedziałby we wlasnych sikach... zapach, jaki roznosi się na dom, zwala z nóg... praktycznie nie jest w stanie o własnych siłach zejść ani wejść na 3 schodki na ganek. Kiedy jestem w domu, biorę go na ręce i przenoszę. Kiedy mnie nie ma, jest zdany na siebie, bo waży prawie tyle, co moja żona i ona nie da rady go przenieść. Cały dom żyje w rytmie życia Mozarta. Wszędzie pampersy, podkłady, w jadalni na stole góra płaszczy, bo w cuchnącym ganku na razie nie mogą wisieć. Nasze własne dwa psy taktownie usunęły się na drugi plan, jakby rozumiejąc, że coś jest teraz inaczej. Kochani: Mocuś NIE JEST CHORY, a raczej przede wszystkim nie jest chory tylko STARY... Starość nie jest chorobą. I nie ma na nią lekarstwa. Rozumiem Wasze szlachetne odruchy serca i czułości dla tego zwierzaka. Takie same uczucia sprawiły, że go przygarnęliśmy i pielęgnujemy. Ale niech każdy zada sobie pytanie: czy z miłości ludzi do zwierząt Mozart ma w końcu umierać całkiem sparaliżowany, trawiony zakażeniami, jakie z czasem wywoła leżenie we własnym moczu, niezdolny, aby się podnieść o własnych siłach? Czy jak przyjdzie zima i -20C, ma przymarzać tym zasiusianym brzuchem do śniegu, bo nie umie już utrzymać się na nogach? - właśnie wtedy, kiedy pod koniec życia zaznał ciepła i życzliwości człowieka i poczuł jak to jest mieć własny kąt w ludzkim domu? Czy może lepiej by było, gdyby właśnie w takich warunkach, jakie ma teraz, otoczony ciepłem, najedzony, spokojny i przytulony do swojego człowieka, mógł wreszcie zasnąć i uwolnić się z tego znękanego ciała? Jakiego końca wolelibyście dla swojego własnego psa? A dla siebie? Bo Mozart nie nadaje sie już do domu, ani tymczasowego, ani żadnego. Najwyżej do szpitala, jeśli takie szpitale dla psów by istniały. Mozart należy do Fundacji i to ona będzie musiała zdecydować, które z tych dwóch zakończeń dla niego wybierze. -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Rozumiem rozgoryczenie kali z tej calej sytuacji, ktora za swoje serce i pomoc nie uslyszala w schronisku dobrego slowa, wrecz potraktowano jej rodzine jako ludzi, ktorzy dla wygody pozbywaja sie psa. Nawet nam probowano sugerowac, ze powody dla ktorych Mozart stracil dom to czyste fanaberie. Swoja droga dopiero od rodziny kali dostalam pelne informacje o stanie zdrowia psiaka. Tylko pobieznie czytalam cala goraca dyskusje, nie staje po zadnej stronie, ale do mnie trafiaja slowa kali, ktora na wlasnej skorze odczula opieke nad coraz bardziej chorym staruszkiem, no i kostek, ktora do wszystkiego podchodzi bardzo madrze i zdroworozsadkowo bez zbednej egzaltacji i oceniania. Wszyscy na pewno bardzo kochamy zwierzeta, tylko jak widze kazdy te milosc pojmuje inaczej i kazdy inaczej probuje realizowac sie w jej wyrazaniu. Jeden zbiera pieniadze, inny faktycznie daje czas i opieke... -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
wiem, wiem, teraz pewnie posypia sie na mnie gromy na tym forum, ale mam nadzieje, ze wasze opinie, czysto emocjonalne i nie oparte na doswiadczeniach w calodobowej opiece nad tym biednym staruszkiem, nie zniecheca mnie do nastepnych porywow serca a teraz biegne bo pies placze i musze mu jakos pomoc (o moich wlasnych psach juz nawet nie wspominam bo musialy zejsc calkiem na ostatni plan, na szczescie sa zdrowe, tylko teraz na maksa zdeozrientowane) -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
gonia66 wiesz twoje slowa sa bardzo piekne, ale jakos wydaje mi sie, ze w calej tej sytuacji srednio prawdziwe. Bardzo chcialabym dac Mozartowi cieplo, spokoj i milosc. Ale na to nie mam teraz czasu, sily i mozliwosci. Caly czas pochlaniaja zabiegi pielegnacyjne, utrzymywanie czystosci, ciagle pranie i wymienianie kocykow... I teraz szczerze, jezeli obecny stan psinki sie nie poprawi to ja nie dam rady. Jest mi cholernie przykro, bo sie do niego przywiazalam, nawet teraz ciekna mi lzy gdy to pisze. Pewnie "porwalam sie z motyka na slonce" ale nie zdawalam sobie sprawy, ze Mozarta juz trzeba wlasciwie nosic, ze jest taki duzy (nie widzialam go wczesniej), ze zupelnie nie konroluje siusiania. Zabranie Mozarta bylo czystym porywem serca i pewnie okaze sie moja najwieksza porazka. Jezeli chcecie dalej szukajcie mu domu, tylko mysle ze ewentualny wlasciciel musi znac wszystkie aspekty opieki nad Mozartem, to musi byc opieka 1/1, w miare silnej osoby (ja waze tylko 44 kg i jak meza nie ma w domu nie mam sily nosic Mozarta) i kogos kto nie pozwoli psince gdzies tam gnic we wlasnym moczu. To musi byc dom albo przynajmniej jakies ogrzewane pomieszczenie. Kostek jeszcze mam cicha nadzieje, ze ta doskonala pani doktor u ktorej ostatnio byl Mozart zaproponuje jakies leczenie. -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Kostek, nie bylismy w azylu, dowieziono nam karme, dostalismy tez wypiski, ale niestety jakies marcowe, czyli na pewno juz prawie nieaktualne. Zadnych informacji z ostatniej wizyty nie mamy. Pytalismy p.Agnieszke o to, ale stwierdzila tylko, ze lekarka ocenila stan psa jako dobry tylko skrytykowala stan jamy ustnej. Nie znam zadnych zalecen lekarskich, czy wynikow badan. A Mozart prawie caly czas popiskuje i "zawodzi" (cos go boli, ale co?), prawie nic nie pijac sika co kilka minut i to pod siebie, sam nie wstaje, przednie lapki coraz slabsze... Mysle, ze lekarka, ktora taki stan ocenia pozytywnie, albo nie wie co mowi, albo moze ma jakis pomysl jak ulzyc psiakowi tylko jeszcze nie zdazyla sie tym pomyslem podzielic. -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
ja sie zupelnie nie znam co powinnismy otrzymac razem z Mozartem, rzeczywiscie p.Agnieszka wspominala cos o jakiejs wypisce ale nie wiedzialam o co chodzi. Przyjmowalismy psine prawie o polnocy, wszyscy byli zmeczeni. Mamy dostac te wypiske, ale nie wiem kiedy, chyba sami sie po nia w koncu wybierzemy, dzisiaj nie dalismy rady, ale jutro musimy podjechac do azylu bo i karma sie konczy... -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Kala_ wiekie dzieki i ogromny szacunek za to co ty i twoi rodzice zrobiliscie dla Mozarta. W waszej sytuacji dalsza opieka nad nim moim zdaniem bylaby absolutnie niemozliwa. Mysle, ze dalej zagladasz na ten watek, bo z cala pewnoscia nie jest ci obojetny los psiaka. Bardzo cie prosze zebys jakos zrelacjonowala mi swoja ostatnia wizyte z Mozartem u weterynarza i u kogo i gdzie byl, jezeli nie tu na watku to mailem ladyiga@op.pl Bardzo cie prosze tez o informacje jaki byl "rozklad dnia" Mozarta, tzn. godziny i ilosci karmienia, czy czesto piszczal i czy np. budzil was w nocy domagajac sie czegokolwiek. Jestem troszke zdezorientowana w calej sytuacji bo nie wiem, czy obecne zachowania psa sa normalne, czy mu sie pogarsza. PROSZE, PROSZE o informacje. A i jeszcze kostek wypowiadala sie na temat stanu zdrowia Mozarta, wiec pewnie wie cos wiecej. PROSZE, PROSZE o informacje. Ja mam wrazenie, ze Mocusia cos boli jak piszczy (czesto), moze mozna mu jakos pomoc, ale ja nie wiem jak. -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Witajcie. Tu pan ladyiga. To ja głównie dźwigam Mocusia, kiedy nie daje rady podnieść swojego ciężkiego siedzenia i szczeka po mnie. Mocuś jest u nas już prawie tydzień. Po pierwszym dniu, kiedy był zszokowany i otępiały chyba po wszystkich zmianach I przenosinach, już następnego dnia wieczorem był ożywiony, wodził za nami swoimi niewidzącymi oczami i wyciągał w naszą stronę nochal, żeby lepiej nas „obejrzeć“. Rano jest zawsze w lepszej formie, dzisiaj zaimponował nam spacerem, na jaki się zdobył wokół całego domu – niesamowite, biorąc pod uwagę, że z trudem robi zwykle 2-3 kroki. Niestety Mozart ciało ma już bardzo znękane. Większość dnia nie jest w stanie sam dźwignąć się z ziemi, wczoraj i dzisiaj (oprócz porannego niespodziewanego wyczynu [FONT=Wingdings]J[/FONT]) praktycznie wynosiłem go na rękach na trawnik, kiedy chciał się załatwić. Od dwóch dni stale popuszcza mocz, musieliśmy go zapakować na większość dnia i na noc w kubraczek, zrobiony z podkładu opatrunkowego, bo pampers się nie sprawdził (spadł od razu), a dzieki temu podkładowi ma w miarę sucho i nie siedzi w tym, co sie z niego leje. Gdyby nie to, chybaby utonął… Nie wiemy, co będzie dalej, bo wyraźnie ma też problem z kupką. Dzisiaj pojedziemy do Azylu, może coś nam poradzą. Chyba powinien go obejrzeć wet, ale raczej tu na miejscu – nie mielibyśmy serca ciągnąć staruszka gdzieś na koniec świata. Na trawniku łatwiej mu się poruszać niż po betonie albo podłodze. Mocuś ma prawie bezwładne tylne nogi, często kiedy próbuje zrobić krok do przodu podwija mu się tylna stopa i nie potrafi jej unieść. Żal patrzeć… Tym bardziej, że duszę ma chyba ten staruszek zdrową. Bardzo lubi, kiedy się go głaszcze po głowie no i chyba w ogóle lubi, że ktoś nim się zajmuje. Zamieszkał ostatecznie w ganku – stamtąd ma najbliżej do wyjścia, a my już zaczynamy się orientować, czego chce, kiedy piszczy albo szczeka. Dziś obudził nas o 4 rano – chyba potrzebował żeby go obrócić na drugi bok, bo mu się nogi rozjechały i pewnie ścierpł. Niełatwe jest życie staruszka… -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
gonia66 nie wiem z jakiego etapu choroby pamietasz Mozarta, ale on juz praktycznie prawie nie chodzi, 2,3 metry to dla niego ogromny wyczyn i to tylko rano jak jest jeszcze w "dobrej" formie musze wam powiedziec, ze te dni z Mozartem sa dla mnie bardzo trudne emocjonalnie, tak strasznie mi go szkoda, podejrzewam, ze jego jakiekolwiek przemieszczanie sie z miejsca na miejsce to kwestia dni, gora tygodni... ale oprocz tego to chyba czuje sie calkiem niezle, ma ogrooomny apetyt, domaga sie ciagle jedzenia, przechyla glowke jak sie do niego mowi, jakby chcial zrozumiec slowa, od pierwszego dnia doskonale wyczuwa gdzie jest kuchnia, ganek, wyjscie, najblizszy trawniczek ktos gdzies wyzej wypowiadal sie na temat ostatniej wizyty Mocusia u weterynarza, mozna cos wiecej na ten temat? najbardziej interesuje mnie to co zrobic jak psina juz calkiem przestanie chodzic, co wtedy sie robi? jakies pampersy? a co z kupka, juz teraz wyglada na to, ze to dla niego ogromny wysilek? na odwiedziny u Mozarta mozemy umowic sie jakos na przyszly tydzien, jak juz sie psinka calkowicie zaaklimatyzuje w naszym domu, tak naprawde jedyny problem z odwiedzinami to moj kundelek Pikus, ktory calkowicie nie toleruje gosci (na szczescie Mozarta omija z daleka i daje mu zyc) -
Mozarcik odszedł za Tęczowy Most w kochającym DT. :(((
ladyiga replied to siekowa's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
kurcze, kurcze juz wczoraj probowalam napisac cos o Mocusiu, ale to forum nie dziala najlepiej trafilam tu calkowicie przypadkiem, szukajac w necie informacji na temat lekow, ktore podaje pieskowi tak, ja i moj maz jestesmy nowymi opiekunami Mozarta mamy juz dwa psiaki i jakis czas temu postanowilismy sie zaopiekowac jeszcze jakims staruszkiem szczerze to nie myslalismy wcale o chorym psie, nasze kryteria wyboru byly calkowicie odmienne: mial byc staruszek, ale maly, raczej zdrowy (w tej chwili nie bardzo stac nas na drogie leki i karme, czy specjalistyczne leczenie) niestety przynajmniej na razie w kwestii leczenia i karmienia musimy liczyc na fundacje, wiec pewnie kazda zlotowka wplacona do fundacji na Mozarta bedzie mile widziana :) my ze swojej strony obiecujemy dac mu najlepsza mozliwa opieke, duzo domowego ciepla jeszcze dzis zamieszcze zdjecia i napisze jak sie miewa Mozart