Witam wszystkich, a więc tak od Moniki otrzymałam takie instrukcje: jak będzie piszczał albo rozrabiał to dać mu jeść, lub pić, lub wyjąć z pudła i wziąć "naręcznie". Okazało się że wyciągnęłam go nie dlatego, żę rozrabiał, ale na prośbę miłej dziewczyny która podróżowała w tym samym przedziale, zresztą której siostra chce iść na weterynarię. Wchodząc standartowo spytała czy jest wolne miejsce, ja że tak ale tu jedzie pies. I w tym momencie nie wiedziała czy usiąść czy nie, zaczęla się rozglądać i mówi że boi się psów. Na to ja pokazuje maleństwo, a ona że myślała że tu jedzie duży pies. Chłopak, który ją odprowadzał, na to do niej: że może polubi, czy przyzwyczai się, więc usiadła. I po jakichś paru czy parunastu minutach, chciała bym go wyjęła z "budy". Gdy opisywałam Monice smsami sytuację spytała czy, to "forma terapii" i jak wypadło. Odpisałam, że Gluś baraszkował trochę na siedzeniu a ona go głaskała, tak że "terapia" wypadła pozytywnie. Napił sie potem, troszkę pochrupał suchego i przed Wrocławiem zasnął. Póżniej też wsiadła bardzo miła kobieta, która w trosce o niego doradziła bym wysiadając okryła go polarem, co też zrobiłam. Anecioreczek z ferajną czekali na dworcu w Sosnowcu, podziękowania dla niej i jej mamy, ponieważ oczywiście coś tam z pociągami było nie tak (być może ja się nie doinformowałam) i wracałam dopiero po 23.00. Jedno mogę stwiedzić, choć nie miałam jamnika, że Gluś jest cwaną "bestią", był grzeczny i wiedział w czasie podróży że w "budzie" będzie mu najbezpieczniej.
Pozdrawiam