-
Posts
59 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by beta73
-
Bardzo mi przykro bo tak jak wszyscy tutaj straciłam bliskiego przyjaciela. To ogromny ból, który już wiem, nie minie szybko. Współczuję Ci
-
Bonuch lubił śnieg ale tylko w małych ilościach. Dłuższy spacer powodował marznięcie łapek, które były podnoszone w górę z wymownym spojrzeniem "no chyba koniec spaceru". zawsze po takim zimowym spacerze wpadał do domu, brał ostry zakręt do kuchni(zazwyczaj sie rozjeżdżał w przedpokoju) i dopadał miski, pozerał co w niej było, dostojnie wędrował ku szybie balkonowej, czujne spojrzenie na osiedle a potem już zasłużony wypoczynek na kołderce(z poduszeczką ma sie rozumieć) pod kaloryferem. Teraz pewnie biega z tęczowymi dziewczynami i jest szczęśliwy jak kiedyś.
-
Mam świadomosć tego, iz to odliczanie poniedziałków, tygodni, miesiecy a potem lat będzie stałym juz elementem tylko trudno się jeszcze z tym pogodzic. Wczoraj sprawy zawodowe pchnęły mnie w okolice pierwszej z lecznic do których chodzilismy z Bonuchem. Akurat z tego miejsca pozostały mi wspomnienia najgorsze, niekompetencja i bezdusznosć pracujacych tam lekarzy do dzisiaj powodują, że cała w środku sie jeżę. Gdzieś w środku pozostanie juz pewnie pytanie czy gdyby oni wykazali sie wnikliwością, dokładnością w stawianiu diagnozy to może Bonuch pomimo choroby byłby ze mną. Nogdy im tego nie wybaczę i nigdy więcej do nich nie pójdę i nigdy ich nikomu nie polece. Zadziwiające jak łatwo mi przyszło w tym kontekście zawrzeć słowo "nigdy".... Ale, stałam tak przed tym budynkiem cała spięta, sparaliżowana wręcz jakby coś sie miało wydarzyć....tylko co. Przyszłam do domu i poryczałam sie jak bóbr.Tak bardzo mi brakuje tego dużego pluszaka
-
Zurdo.........bardzo mi przykro życzę Ci aby te złe dni szybko minęły i nadszedł dobry czas. Mam nadzieję że z mamą wszystko w porządku. Trzymajcie sie ciepło i niech Tuska nad Wami czuwa.
-
juz siedem poniedziałków minęło od kiedy odszedł od nas Bonuch i nadal nie jest łatwo. Nadal przed oczami pojawiaja sie te ostatnie dni Bona i serce chce wtedy pęknąć z żalu. Wczoraj, gdy powoli za oknem robiło się biało i zapaliły sie latarnie to tak strasznie ścisneło mnie w gardle.... Co roku w pierwszy dzień zimy kiedy padał śnieg siedzielismy z bonuchem w oknie, dawał sie głaskać po uszkach i patrzył jak zmieniaja sie jego alejki. Siedział tak godzinami z przyklejonym do szyby noskiem aby potem radosnie poderwać sie gdy wkładałam kurtke i brałam jego smyczkę. Te nasze spacery zimowe, letnie, wiosenne i jesienne. Te wszystkie dłuzsze wyprawy. Jak to mozliwe ze to koniec, ze juz nie pojawi sie rano jego lapa na łóżku przypominajac że pora wstawać i isć na spacer. Dalej tak bardzo boli jego brak i ta pustka gdy otwieram drzwi
-
i dopadło mnie jakieś choróbsko wstrętne wiec siedzę w domu i sie kuruję. Teraz dopiero widzę jak wiele było Bonówki w naszym codziennym życiu, ile wspólnych rytuałów codziennych i jaka w zwiazku z tym pozostała pustka ktorej nijak zapełnic. Kiedyś na to nie zwracałam uwagi bo było to tak oczywiste, tak jak to że gdy zdarzało mi sie zachorować to Bonuch automatycznie utwierdzał nas w przekonaniu ze w te oto dni wolno mu leżeć ze mną na łóżku i działać jak termofor. Zawsze wtedy wskakiwał na łóżko, przytulał się do mnie i grzał jak mały piecyk. Jak bardzo mi tego brak..... Brak mi jego pomrukiwania, zimnego nosa, tego obłędu w oczach jak wchodziłam z zakupami a w nich było gdzieś ukryte ucho.....jak on to wywąchał..... Nie mogę sobie wybaczyć i to jest ta myśl natrętna, która mnie nie opuszcza nawet na chwilę, że tak późno się zorientowalismy że był chory, za późno na leczenie Dziejszy dzien gdy tak wieje przywiał wspomnienia, jak Bonuch zawsze chował sie w najciemniejszy kat gdy tak wiało, nawet potrafił wejsć do łazienki, którą normalnie omijał duzym łukiem a gdy przychodził czas kąpieli to w trójke go tam taszczyliśmy. Kocham Cie Kropku brykaj ze swoja siostrzyczka tak jak kiedyś brykaliscie w parku biegajac z jednym patyczkiem jak koniki :)
-
Wiem co czujesz bo ja nadal chodzac po domu slysze mojego kropka i wygladam jego usmiechnietego pyszczka jak otwieram drzwi. Tylko ze juz mnie nie wita bonuch za drzwiami. Mnie tez bardzo pomaga rodzina dogomaniakow i bardzo jestem im wdzieczna bo dzieki mozliwosci podzielenia sie moim smutkiem z innymi i zrozumieniu tego co czuje bylo mi latwiej
-
Bonuchu, spotkałam wczoraj Pana Henryka Elza nie zyje, twoja siostra pewnie biega teraz z tobą po tęczowych łąkach. Nie ma też Sary na alejkach a pani Maria ją opłakuje w domu. Opiekuj sie nimi i brykajcie razem tak jak kiedyś po parku. Bardzo mi Ciebie brakuje Bonówko moja kochana.
-
Macie rację, przyjdzie na to czas. Dzisiaj z drżącym sercem i ściśnietym gardłem zamknełam się w pokoju z całym kompletem zdjęć upamiętniajacych nasze wspólne lata z Bonuchem. Od jego pierwszego zdjecia, kedy ważył 10 kg i był taką wiekszą pluszową przytulanką i siedział na moich kolanach (to przeświadczenie zostało mu jeszcze długo bo nawet ważąc niespełna 50 kg wdrapywał się na nas z tym zdziwieniem w oczach jak go delikatnie wypychaliśmy) i cudowne nasze zdjecie kiedy Bonuch po rowerowej wycieczce po Ojcowie stojac opiera sobie łapki na moich ramionach i jest taki szczęsliwy..... i wiele wiele innych. Uśmiechnęłam się do tych wspomnień. Do tych wszystkich dni, które sprawiały że Bono sie uśmiechał, kiedy był szcześliwy, zadowolony jak po oprożnieniu pełnej miski (bo o brzuszek dbał szczególnie). Zaczynam powoli dopuszczać do siebie mysl że jego juz nie ma, ze był chory a my mimo wszystkich wysiłków nie bylismy go w stanie zatrzymac tutaj. Ze to juz jest nieodwracalne. Tak sobie to tłumaczyłam jak dziecku i powoli ta swiadomosć we mnie osiadała i osiada cały czas. Teraz tylko pozostaje ten strach przed długimi ciepłymi dniami, kiedy pojawi sie pytanie"z kim ja pójdę teraz na spacer?". Moze z nowymi łapkami? Kochana Bonuchowo Mordeczko wybrykaj mi jakieś rozwiązanie :)
-
Dziekuję za te słowa. miałam na myśli tylko to, że gdyby teraz trafił do nas kropek mimowolnie byłby porównywany do bona a to nie byłoby dla niego dobre. Dlatego jeżeli sie pojawi nowy piesek w naszym domu to będzie to zupełnie nowy rozdział i raczej juz nie kropek. zdałam sobie tez sprawe z tego ze jeszcze nie jestem gotowa zamknąć tego rozdziału z Bonuchem. Jeszcze sie z tym wszystkim nie oswoiłam i ten mój zal jest nadal nieutulony. Jeszcze nie potrafię ogladać zdjeć Bona tak jak kiedyś z usmiechem bo wszystkie i te z nart, z wakacji w Bieszczadach, z wypadów do Ojcowa, znad morza i te różne domowe powodują ze ryczę jak bóbr. Jest jeszcze to ostatnie....zrobione przez Mateusza w samochodzie gdy czekalismy na lekarza przed lecznicą. Bono był tak słaby że spał całą drogę. Do głowy by mi nie przyszło że to jego ostatnie zdjecie i ze juz następnego dnia go nie będzie z nami. Był cudownym przyjacielem i ukochanym najmniejszym członkiem rodziny. W maju biorę ślub i Bono miał z nami zamieszkać a potem uczyc chodzic moje dzieci......kto to zrobi teraz Jeszcze nie jestem gotowa na nowy rozdział Kocham Cię moja Bonówko
-
Dzisiaj mija miesiac od kiedy nie ma Bonówki. Nie ma go ale nadal z nami jest. Wszystko jest jeszcze świeże i boli równie mocno jak zaraz po jego śmierci. Wiem ze drugiego takiego przyjaciela nie znajdę. Może kiedyś się pojawia cztery łapki ale juz wiem ze nie będą to łapki kropiate bo zdałam sobie sprawę z tego ze juz bym ich tak mocno nie pokochała jak Bona i wiem też że nie wytrzymałyby konkurencji. Uświadomiłam sobie to własnie dzisiaj. Wczoraj gdy przegladałam forum trafiłam na ogłoszenie o kropkach w potrzebie w Mysłowicach i w głowie pojawiła sie myśl natrętna "a moze by...". Zrobilismy naradę wojenna w domu i cała rodzina zgodnie (jak rzadko) powiedziała...."jeszcze nie". Pewnie piesek sie jakis pojawi bo zawsze był ale duch naszej Bonóweczki kochanej jeszcze u nas gości i to jeszcze jest jego dom, jego kanapa, jego szyba balkonowa zawsze pomaziana mokrym nosem czym doprowadzał moja mamę do szału.
-
dziekuję, bo własnie zrozumienie jest mi potrzebne i mozliwość podzielenia sie tym co czuję z kimś kto rozumie ten ból po stracie czworonożnego przyjaciela. Nadal przecież "nie wypada" tyle rozpaczać po stracie "tylko" psa.ale ten kto nie rozumie to pewnie juz nigdy nie zrozumie i to tylko jego strata. Dobrze jest jednak mieć świadomosć że można się wypłakać ludziom którzy wiedzą co to jest za ból. Jak Bono zachorował i nie miał siły nawet na króciutkie spacery, wyjscia na sikanie to lekarz mówił, ze jeżeli nawet serducho sie uda ustawic (jeżeli opanujemy nerki oczywiscie) to musimy zapomnieć o dawnych przyzwyczajeniach spacerowych, ba, nie ma mowy o spacerku bez smyczy tylko na smyczce i dostojnie to wtedy nie miało to żadnego znaczenia....grunt żeby zaczął sie wkońcu do nas usmiechać, przecież komu tam potrzebne są spacery. Wtedy tych spacerów (nawet ich perspektywy) nie brakowało bo sama obecnosć Bonówki była wystarczająca a teraz miejsce gdzie leżała jego kołderka powoduje nadal ciarki na plecach. Nie mam pojęcia kiedy to wszystko w sobie poukładam
-
Rasta musiała być wspaniałym psem i to prawdziwa radość, że się spotkałyście. Zazdroszczę Ci Zurdo odwagi, która pozwoliła Ci podjąć decyzję o nowym ogonku w domu. U mnie w domu pomimo tego, iz zawsze były jakieś cztery łapki i każde kochałam to jednak po odejsciu Bonucha coś we mnie tam pękło i boję sie ponownie takiej miłości i nie wiem czy kiedykolwiek sie na nią zdecyduję. Poza tym Bonówka była zawsze strasznie zazdrosna i uzurpowała sobie do nas prawa na wyłączność takze nie wiem czy by zniosła nowełapki w naszym domu :)
-
Dzisiaj mija 4 tydzień bez Bonucha. Nadal brak kropka boli i nadal jest jakos nieswojo, dziwnie i niepełnie. Tak jak Bono był zaniepokojony gdy ktoś z rodziny oddalał się od reszty na wspolnym spacerze tak teraz my wszyscy czujemy się zagubieni bez naszej Bonówki i nadal mówimy o nim w czasie teraźniejszym. Ostatni weekend, deszczowy i wietrzny był jednym z takich, za jakimi Bonuch nie przepadał. Tylko taka pogoda nie powodowała w nim ożywienia na odgłosy dobiegajace od szafki z jego akcesoriami spacerowymi. Jasne, przychodził leniwie przeciagajac się ale bez tego entuzjazmu który zawsze towarzyszył przygotowaniom spacerowym. A jak już znalazł sie na polu to zaczynał sie prawdziwy slalom pomiędzy kałużami, zeby tylko nie zamoczyć łapek a najchętniej spacerowałby pod moim parasolem. ale tego też mi brakuje, wczoraj miotałam sie od okna do okna bo przecież czas spaceru jest tylo że........nie miałam jakoś odwagi iść sama. Boję sie natomiast tych wiosennych, słonecznych dni, kiedy spacery nasze to były małe wyprawy z prowiantem, książką , kocykiem......... Kiedy wracajac z pracy wypatrywałam kropka czekajacego juz na mnie na balkonie a gdy otwierałam drzwi, to dostawałam od niego 5 minut na przebranie sie i zaczynał się taniec szczęśliwosci przy drzwiach i ......miauczenie ze szczęścia.tak, bo Bonówka nie dosć że robiła "koci grzbiet" to jeszcze miauczała :) Bardzo mi go brakuje a każde spojrzenie na jego zdjęcie powoduje że oczy staja sie mokre, w gardle coś ściska i po raz kolejny dociera że jego juz nie ma. Juz nie przybiegnie
-
Wczoraj był kolejny zły dzień, wszystkie wspomnienia złe nagle uderzyły wczoraj, wszystkie gorsze dni Bonucha, jego nagłe zasłabniecia, nerwowe poszukiwania nitrogliceryny i znowu wokół mnie pojawiła sie ta ogromna pustka, ta cisza która była obecna zaraz po śmierci Bona. Tak jakby wszystko wokół zamarło, niby było ale jakies takie zamazane. Tak jak mówicie, gdy kropek był chory i nie biegał po domu to jednak najważniejsze wtedy było ze nadal był. Te małe wygrane bitwy te nasze małe wygrane z choroba cieszyły najbardziej, bo nadal zył, walczył i nadal była nadzieja pomimo tego ze lekarz mówił iz w tym wypadku nie mozna mówić o żadnych rokowaniach bo tu sukcesem jest kazdy dzień ale.....badania wracały do normy, Bonówka chodził o własnych siłach, merdał ogonkiem i ....po staremu sie uśmiechał do nas. Wiec jak to jest mozliwe że nagle wszystko sie załamało i to życie ktore sie w nim tliło a czasem nawet paliło jaśniejszym płomykiem tak znienacka zgasło. Teraz przechodze koło jego obróżki , biorę ja z haczyka i zakładam spinajac powietrze. Nie chcę chodzić bez ciebie Głuptaku Kropiaty na spacery. Przecież umówiliście sie z Mateuszem że bedziesz z nami mieszkał od maja.....
-
Ernusia za TM... Zabrala ze soba moje serce(*)(*)(*)
beta73 replied to Iri's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
I ja myślę podobnie jak Zurdo a przynajmniej sie staram tak myśleć bo tez jeszcze sie nie pogodziłam z tym ze bono odszedł. Cały czas sobie zadaję pytanie czy mogłam zrobić coś wiecej, czy nie byłam zbyt mało dociekliwa wzgledem lekarzy, czy nie zbagatelizowałam czegos tak jak oni czy nie zaniedbalam czegos w zachowaniu Bona czy moze w końcu nie słuchałam go zbyt uważnie....... jasne, że pierwsza fala złosci wylała sie na lekarzy którzy na samym początku leczyli Bonucha i ten żal do nich pozostanie na zawsze i do ich lecznicy już wiecej nie wejde ale też i w uszach pozostaja słowa kolejnych" ze to jest natura, która broni sie sama tak długo jak moze a gdy juz nie może to daje znac o kłopotach ale wtedy jest juz najcześciej za póxno" Jestem pewna, ze każdy z nas, kto stracił swojego psiego przyjaciela po walce z choroba robił wszystko aby aby go z tej choroby wyciagnać. Trzymaj sie cieplutko Iri i wspominaj swojego psiaka -
to jest właśnie Bonówka z lutego 2006r. pełna życia, energii i zlewajaca sie z tłem zimowym Wiem Zurdo że potrzeba czasu aby to wszystko w sobie oswoić i z pewnoscią te trzy tygodnie to stanowczo za mało aby sie przyzwyczaić do tego że Bonówki juz nie ma i nie bedzie ale właśnie teraz jest tak cieżko bo oprócz tego ze muszę sie odzwyczaić od tego do czego sie przyzwyczaiłam przez prawie 11 lat to musze jeszcze oswoić ta pustkę która powstała po stracie Bona, ktora moga tylko zrozumieć Ci którzy mieli lub mają pieski bo przecież te nasze czworonogi to takie wiecznie małe dzieci, o ktore trzeba dbać, troszczyc sie, poswiecać im czas i uwage i wiecznie sprawdzać czy wszystko w porzadku a w tym przypadku nie zawsze ich oczka są w stanie powiedzieć nam wszystko
-
Bardzo mi się podobaja wasze zimowe zdjęcia ja odkopałam teraz przy okazji światecznych porządków pierwsze nasze zdjecia z nart. Kropek ze mna co roku jeździł na narty, zawsze był maskotką stoku, zjednywał sobie instruktorów z krórymi siedział potem w budce na posłaniu przy piecyku i zawsze sie jakis smakołyk dla niego znalazł. to był taki kropiaty cwaniaczek, który zawsze potrafił sie ustawic:) Nie potrafię sie pogodzić z tym ze go nie ma ale nie potrafie sobie też wyobrazić że jakieś inne łapki będa chodzic po domu. może kiedyś...ale pewnie nie szybko
-
Witajcie wszyscy w Nowym Roku ja postanowiłam wyjechać na te parę dni tym bardziej że juz "żadnych obowiązków" nie miałam. Było trudniej niz sobie wyobrażałam gdyż przypomniał i sie pierwszy wyjazd w góry z Bonówką. Niecałe dwa tygodnie po jego przybyciu do naszej rodziny pojechalismy w góry na narty a zima była wtedy ostra. Bono oszalał jak zobaczył śnieg, chciał się w nim zakopać, prychał, skakał, warczał na niego biegał za śniegowymi kulkami zjadajac je z zapamietaniem. tak juz było co roku, uwielbiał śnieg oczywiscie juz nie w takich ilosciach bo był przecież dostojmym kropkiem i ponad wszystko cenił sobie cieplo ale te pierwsze dni ze śniegiem budziły w nim diabliki. teraz, gdy ta zima jest taka mało zimowa a dni są słoneczne to przypominam sobie jak moja Bonówka uwielbiała wyciagać się w słoneczku przy drzwiach balkonowych i obserwować przymróżonymi oczkami osiedle....pierwszy obserwator, znał wszystkie ploteczki alejkowe :) teraz z okna patrzę na to życie alejkowe które toczy się swoim życiem tylko że mnie juz nie dotyczy. Zupełnie nie mogę sie pogodzić z tym, że nikt mnie juz nie wita gdy otwieram drzwi, nikt nie towarzyszy mi przy stole przypominając o swojej obecnosci nikt nie przychodzi wpychać wielkiej kropiatej głowy na kolana dopominając sie myziania Strasznie mi jest smutno Niestety jednak nadal częściej przed oczami staja obrazy tych ostatnich dni Bonucha, tej naszej walki o każdy jego dzień i tych jego ostatnich chwil to nie powinno tak być
-
Mam nadzieję Zurdo że Rasta przybyła do ciebie w tę noc świateczna wraz z dużym workiem pełnym wspomnień dni spedzonych razem. Jestem pewna, że jest ich tak dużo że wystarczy ich aż do dnia kiedy spotkamy wszyscy nasze tęczowe aniołki.
-
dziekuję Zurdo za te ciepłe słowa faktycznie był Bonuch ze mna właściwie przez cały wczorajszy dzień i miałam wrażenie ze siedział z nami koło stołu licząc każdy kęs i śledząc go wzrokiem. Wczoraj po raz pierwszy postanowiłam przejsć sama trasę naszych codziennych spacerów i nie było łatwo. że szklistymi oczami szłam dzielnie niestety juz bez Bonówki ale nadal rozglądajac sie za nim na wszystkie strony czy gdzieś czasem nie pojawi sie jakis potencjalny wróg mojego kropka którego trzeba bedzie pogonić. Smutny to był spacer ale musiałam to zrobić. Nadal moje dni są jakieś takie niepełne ale bez Bonówki takie juz będą. Tak jak 6 stycznia 1996r. nasze życie zostało przemeblowane z powodu przybycia nowego członka rodziny tak teraz z jego odejsciem musimy na nowo je sobie poukładać. Jeszcze nie potrafimy rozmawiać o Bonówce ale z czasem mam nadzieje że bedziemy go wspominać tak jak Karata, Bazyla, Rasty ktorzy byli z nami. Biegaj Bonowko z tęczowymi przyjaciółmi i brykaj wśród wysokich traw jak tygrysek co tak bardzo kochałes.
-
świeta juz prawie na progu a ja jestem przerazona bo nie wiem jak je przetrwam. Ktoś pewnie pomysli"o co tyle rozpaczy, przecież to zwierzak tylko" ale własnie chodzi o to że to nie tylko zwierzak. To moja bratnia dusza i pewnie dlatego tak boli. Nie pomaga wtedy logiczne myślenie, że przecież pieski zyją krócej i tak by kiedyś odszedł ta logika bierze w łep. Chcę zrozumieć i nie mogę. Chcę sie pogodzić i nie potrafie. bo jak mam sie pogodzic z tym ze słyszę Bonucha jak idzie w strone posłania a jak sie odwrócę to go nie ma... Nasze zycie domowe też jakos przycichło i spochmurniało. Co Ty nam głuptaku zrobiłeś
-
Zurdo, ja dzisiaj mam taki dzień jak Ty chodze i płaczę, myślałam ze te przygotowania świateczne, te nagłe liczne obowiązki jakoś zepchna ten mój smutek i żal na drugi plan ale tak sie nie stało. Cały czas gnałam cały czas w pospiechu aż stanełam i zapytałam sie sama "gdzie sie śpieszysz?" i odpowiedź mnie rozbroiła..."przecież trzeba wyprowadzic na spacer Bonucha" tylko że jakby nie ma juz kogo wyprowadzać na spacer. Nikt sie nie kręci po domu, nikt się nie dopomina jeść, nikt sie nie drapie po uchu pomrukujac sobie i niby nikt nie chodzi po kuchni a jednak słychać te pazurki, tylko ze jak sie zatrzymam na dłużej to ta cisza mnie dobija i znowu płaczę, mogę to juz robić "na zawołanie".
-
Macie racje,Bono nauczył mnie kochać bezwarunkowo bo tylko tak mozna było kochac go za wiernosć, lojalnosć bezgraniczne zaufanie. Dlatego pewnie mi go tak teraz brak szczególnie w tym okresie przedswiatecznym, który jest czasem radosci i czasem rodzinnym. Bono uwielbiał to zamieszanie przedświateczne, przegladał wszystkie siatki, mozna nawet powiedzieć że najpierw witał siatki a potem nas, uparty jak osiołek zawsze sterczał w kuchni z ta sama determinacja i litosciwymi oczkami wpatrywał sie w ręce kucharza coby rzucił jakiś smakołyk. Wszystkie prezenty były jego...i jak w tą wigilie siedzieć bez niego, przecież nawet jego opłatek czeka. Boje sie tych świat i wiem że jeszcze nieraz zapłaczę na wspomnienie Bonówki mam jednak nadzieje że wiedział że go kochalismy jak tylko mozna najmocniej i z całą mozliwą determinacja walczyliśmy o to by żył. Mam również nadzieje ze nam wybaczy jeżeli cos przeoczylismy w jego zachowaniu, jakies symptomy choroby ale........drań to na prawdę ukrywał przed nami. Kocham cię moj Bonuchu
-
Bono nie był moim pierwszym psem, od kiedy pamietam to w domu z krótkimi przerwami były zawsze psy, jedne krócej drugoe dłużej ale każde niezapomniena. Ale Bonówka był wyjatkowy, to właściwie on nas wybrał, jako jeden z całego miotu podszedł do mnie i brata i tak juz został z nami na 11 lat. Jak patrzę na te wszystkie lata to widzę jak mysmy z Bonuchem do siebie dorastali i właściwie to mogę powiedziec że Bonówka był dla mnie "skrojony". To był mój kompan i przyjaciel, to był odgromnik rodziny i powiernik mój a takze doskonały terapeuta. I pewnie sami mozecie potwierdzić że do rozmowy nieraz nie trzeba słow ba, słuchać też trzeba umieć. Myślę że właśnie dlatego ze właśnie dlatego ze miał wszystko czego mogłabym od niego chciec to sprawiało że był taki wyjatkowy i zaskarbiał sobie sympatie innych a miłość najblizszych domowników. Bono z reszta nie cierpiał jak ktoreś z nas było niezadowolone, złe, smutne dlatego wiem, że o ile nie był pierwszym moim psiakiem to jestem skłonna przypuszczać ze chyba ostatnim. Nie chcę szukać w oczach innych psiaków Bonucha, nie chcę być rozczarowana ze żaden z nich nim nie jest bo to nie będzie sprawiedliwe Chcę tylko jak najdłużej pamietać dotyk jego sierści a boje sie że i to wspomnienie sie kiedyś zatrze