katakka
Members-
Posts
922 -
Joined
-
Last visited
-
Days Won
9
Everything posted by katakka
-
Dziękuję Wam za zainteresowanie Bezsilność, kompletna, absolutna bezsilność...biedne te psy, bez nadziei, znikają powoli, pies za psem, jeszcze troche i poumierają wszystkie bo to staruszki są, ale pisać trzeba, pytać, pisać że zdjęcia na stronie schroniska są nieaktualne , więc niech nie odsyłają do tej zakładki schroniskowej, tylko przyślą te na których pies ma lat 15 a nie 5 Tak czy inaczej, jedyne co można, mimo że się pisze do betonu, to pisać do betonu. Może po setkach pism, w kółko tych samych tłumaczeniach i naciskach, kiedyś i beton skruszeje , choćby jeden pies miał doczekać lepszych czasów..... Wysłałam Iwonce odpowiedź na mój ostatni wniosek z prosbą o wklejenie tutaj. Z tych psów które tam będą wymienione, tylko 4 były kiedykolwiek ogłoszone, a było to 10 lat temu, w 2016 roku....miały wtedy 3-4 lata, a w ogłoszeniach nie było nic o tym że są lękowe , wycofane itp, no ale 10 lat gnicia za kratami i urząd może teraz pisać, że żaden nie ufa ludziom Ze wszystkich wymienionych staruszków, które będą w tej odpwiedzi którą dostałam od urzędu, tylko Podstolina i Donek mają aktualne zdjęcia - Donek dostał ostatnio zdjęcie na którym widać mu oczy - smutny to jest widok .... Iwonka, wklej Donka jak możesz, bo piszę, a nikt nie wie o czym
-
wolontariat niby jest, ale tylko taki w tygodniu, od poniedziałku do piatku, czyli taki, zeby nikt nie przychodził, bo w tygodniu wszyscy są w pracy i szkole. Żeby sie na niego zapisać, jesli juz ktos ma czas, trzeba sie zgłosić do Ośrodka Pomocy Społecznej w Radomsku - co ma pomoc społeczna do wolontariatu w schronisku i czemu nie ma normalnego w wekendy, czemu psy nie maja zdjęć, ogłoszeń - o cokolwiek nie zapytacie, nikt nie odpowie. Takie pytanie pojawiały się wielokrotnie i czasem tylko w komentarzach na fb uruchamiają sie obrońcy schroniska, twierdząc, ze schronisko jest cudowne, zdjecia są na stronie i żeby sie odczepić.... I nieważne że psy są nie ogłaszane przez 10 - 12 lat, a Biszkopt przez 14 lat , do tych ludzi NIC nie dociera !!!!!!!!! No i ten niby wolontariat w tygodniu, to taki dziwny wolontariat, ze psom nie wolno robić zdjęć, zabierać na spacery i w ogóle nic nie wolno..... Mają tam podobno teraz tylko 75 psów, trafiają tam tylko psy z terenu miasta, mogliby teoretycznie stworzyc przy takiej ilosci psów dobre warunki, ale po co.... Oni jedyne co potrafią to wstawiac zdjęcia darów podziękowaniami - psom w Radomsku karmy pufi i innej paszy nigdy nie zabraknie. Nawet ostatnio super policja , a wcześniej na kontroli schroniska, super urzędnicy, pozowali do zdjęć z workami Pufi - to jest maksimum możliwości i tego "dobra" na które instytucje tego miasta stać
-
Do urzędu miasta Radomska piszę wnioski od ponad roku.... To nic nie daje, czasem odpowiadają, czasem nie, a jak odpowiadają to tak, że tylko złapać i walić w te puste łby... Wy mówicie, ze jest białe, przedstawiacie dziesiątki argumentów dotyczących wolontariatu, konieczności normalnych aktualnych zdjęć, których psy nie mają, a oni Wam odpisują że białe jest czarne Kontrole oczywiscie mają, nawet niedawno mieli kontrole- chwalili się zdjęciami z wizyty w schronisku- wszystko cudownie, bez zastrzeżeń....... Tu nie ma z kim rozmawiać, ja kilka dni temu dostałam odpowiedź na kolejny wniosek, z urzędu właśnie i wiecie co? wiedziałam że jest źle, a i tak bezsilność sie przeze mnie przelała, kiedy zobaczyłam że prawie wszystkie psy siedzą po 10-12 lat i prawie wszystkie są lękliwe, nieufne do ludzi...... Ostatnio było głosno na FB, bo po ogłoszeniu jednego ze staruszków(ogłaszała Janette Burda jak ktoś kojarzy), ktoś go pojechał adoptować dosłownie na drugi dzień (schronisko by go nigdy nie ogłosiło i gniłby do śmierci), no i okazało sie że piesek był chory, bardzo zaniedbany, więc żeby uniknąć kolejnych podobnych opinii po adopcjach, zaczęli komplikować i jesli ktoś chce adoptowac psa, to tenże pies zabierany jest do weterynarza i dopiero po oględzinach wydawany bądź nie, do adopcji - ale dopiero jak ktos go chce adoptować, wczesniej to niech sobie siedzi w budzie i zakaszle się na śmierć....
-
Gdyby ktoś z zaglądających tutaj, znalazł chwilę.... Ja tu nie raz pisałam o schronisku w Radomsku, że brak wolontariatu, że urząd Radomsko to beton, że psy staruszki bez zdjęć, bez ogłoszeń. Ze wszystkich psów z rocznika 2010-2014, udało mi się znaleźć tylko kilka psów, które zostały pokazane w 2016, miały wtedy po 3-4 lata, a potem przepadły i tak gniją od 10 lat, zestarzały się, nikt nie wie jak wyglądają, w jakim są stanie, wykruszają się zapomniane, nigdy nie ogłaszane – co jakiś czas brakuje na stronie kolejnych. Ja do Radomska napisałam wiele wniosków, ale to jakby pisać samemu do siebie. Potem przestali w ogóle odpowiadać, bo pisze jakaś „nawiedzona wariatka ciągle ta sama- uwzięła się „ więc jeśli ktoś znalazłby chwilę czasu i mógł napisać maila, zapytać o któregoś z psów zanim nie znikną na zawsze – aktualne zdjęcie, charakter, stan zdrowia, zapytać przede wszystkim, dlaczego psy z najstarszych roczników są nie ogłaszane. I nie dajcie się zbyć głupią odpowiedzią, że psy są przedstawiane osobom, które przychodzą do schroniska wybrać psa, bo żeby przypadkiem nie wybrali staruszka, którego jakoś nikt z miejscowych nie adoptował przez 10 lat... Może jeśli zaczną dostawać więcej wiadomości, przestaną mieć ludzi za debili Wklejam kilka psów Donek 16 lat numer ewidencyjny 27057 : http://www.schronisko.pgk-radomsko.pl/psy/27057-donek/ Stawa 14 lat numer ewidencyjny 04261 : http://www.schronisko.pgk-radomsko.pl/psy/04261-stawa/ Sonia 16 lat numer ewidencyjny 03494 : http://www.schronisko.pgk-radomsko.pl/psy/03494-sonia/ Podstolina 14 lat numer ewidencyjny 14448 http://www.schronisko.pgk-radomsko.pl/psy/14448-podstolina/ Ikar 14 lat numer ewidencyjny 97685 http://www.schronisko.pgk-radomsko.pl/psy/97685-ikar/ Flanka 14lat (ona na 100% od 10 lat w schronisku) numer ewidencyjny 51422 : http://www.schronisko.pgk-radomsko.pl/psy/51422-flanka/ Stewa 14 lat numer ewidencyjny 04270 http://www.schronisko.pgk-radomsko.pl/psy/04270-stewa/ Stawek 13 lat (ten na 100% od 10 lat w schronisku) numer ewidencyjny 04268 http://www.schronisko.pgk-radomsko.pl/psy/04268-stawek/
-
No właśnie nie działają, a przynajmniej nie w dawkach, które normalnie zwaliłyby psa z łap To jest trudna sytuacja, bo musiałabym mieć wywrotkę leków i faszerować ją na okrągło . Boje się wiosny, ludzie wytoczą się z domów, życie przeniesie się w dużym stopniu na zewnątrz... Ona nie może się tak drzeć A wiecie jak to działa ? - jedno zaczyna, reszta robi to samo....przynajmniej te u mnie tak mają. Wczoraj musiałam wyskoczyć o później porze do córki, stado było najedzone, wysikane, przyklejone do kołder - nic tylko spokojnie spać, ale nie nasze psy, to dla nich za skomplikowane spać sobie spokojnie we własnym domu... Jak szłam do samochodu, oczywiście dawały koncert, cofnęłam się "szczęśliwie" do domu bo czegoś zapomniałam i przy okazji posprzątałam kupę porozwalaną na podłodze - zdążyłam tylko dojść do auta i wrócić, a Rózia była już w akcji... Nie było mnie dwie godziny, wróciłam o 22ej - wtedy dopiero się działo... Jak tylko któreś usłyszy samochód, uruchamiają się wszyscy, tak wrzeszczą, że umarłego podniosłyby z grobu , a że nasikane gdzie popadnie - zdziwiłabym się gdyby nie było
-
Doszły , serdecznie dziękuję , bardzo się przydadzą. Nie nadążam prać, a zwłaszcza suszyć, takie cienkie kołdry/śpiwory, są idealne, więcej wchodzi do pralki i szybciej schnie. Za koce też bardzo dziękuję, przy częstotliwości z jaką musze wszystko wymieniać na suche, nie ma takiego pojęcia, że czegoś jest za dużo. Jesteśmy, pewnie jak wszyscy, umęczeni bardzo tą zimą, dawno nie było takich temperatur, ogrzewanie domku psom, zabiło mnie finansowo, piecyk 24/24 chodzi na maksa i co podłączę nową butle z gazem, to zaraz jest pusta. Jak na zbawienie czekam na koniec tego wykańczającego sezonu . O Rózi nic nie napiszę, bo Rózia wykańcza mnie tak samo jak zima. Jak jestem w domu, to leży/śpi grzecznie, jakby tak ktoś nie wiedział co z niej za artystka, to mógłby pomyśleć, że pies anioł - sama jak patrzę na ta grzeczna wersję, to nie mogę odżałować, że to tylko połowa Rózi, bo cyrki jakie odstawia, jak widzi że sie ubieram i wychodzę z domu i to co tu się dzieje w mieszkaniu jak już zamknę za sobą drzwi.... - to jest jeden wielki dramat. Nie jeden pies jest tu głośny, ujadają z rozpaczy, wyją w niebogłosy - koncerty odchodzą że hej, ale tak jak rozdarta jest Rózia, to jeszcze tu takiego nie było nigdy. Wydziera się na pół wsi, lata jak poparzona, robi na podłogi, a najgorsze że się reszcie udziela, także jest wesoło
-
Dodaję wiadomość do zdjęć - Udało się w końcu kliknąć cokolwiek , uznaje to za cud, że w ogóle udało się zobaczyć Nerkę w okolicznościach topniejącego brudnego śniegu. Na różnorodność zdjęć w przypadku Neri szanse są praktycznie żadne, bo jej się koniem nie wyciągnie z pokoju Odkąd Nas zasypało, Neri spowolniła funkcje życiowe i weszła w tryb przetrwania leży/śpi przyklejona do legowisk, załatwić się wychodzi raz na dobę i to w środku nocy, więc zobaczyć ją aktywną w ciągu dnia – to było bardzo nieoczywiste i do niej nie podobne Poza tym, wszystko jest po staremu – uszy pod kontrolą, nic złego się nie dzieje, ogólna forma w porządku, charakterek bez zmian. No i cóż….czekamy na wiosnę, bo ta zima strasznie nas wszystkich męczy...
-
Od tygodnia Maurycy w drzwiach pokoiku ma zamontowane psie drzwiczki. Liczyłam że złapie temat i będzie z nich korzystał, no ale jakoś mój plan nie działa. Do czasu kiedy drzwi były otwarte normalnie, załatwiał się mały na zewnątrz. Wychodził kiedy nikogo nie było i robił co trzeba, jak zrobiło się zimno i drzwi zostawiałam uchylane z czasowym ograniczeniem, to czasami wychodził a czasem nie, zależało czy potrzebował – czy załatwił się już wcześniej w środku czy nie – najpierw było w kratkę, potem coraz rzadziej pojawiała się kałuża na dworzu, aż uwstecznił się Mauryś zupełnie i załatwia się wyłącznie w pokoju. Z psich drzwiczek nie chce korzystać, nie umie, boi się (?), zostawiam czasem całkiem podniesioną klapkę, żeby miał przed sobą samą dziurę, ale to nie działa, więc jednym słowem załatwia się na podłogę i dywaniki/rozłożone poszewki w pokoju. Maurycy ma teraz czas gubienia podszerstka, a że futro ma gęste i grube, to wychodzą z niego niekończące się ilości puchu, więc co dzień kucam koło niego i wyczesuje delikatnie ten boczek, którym akurat nie przytula się do kanapy. Był taki pomysł, żeby sprawić mu towarzystwo, psa który mieszkałby z nim w pokoiku – wśród psów które są u mnie, żaden się nie kwalifikuje, ale była szansa, że akurat przyjedzie do nas piesek, który byłby odpowiedni (zakładam, że byłoby im razem dobrze), ale plany się póki co rozmyły i kandydata na współlokatora jak na razie brak). Maurycy ma w ciągu dnia otwarte drzwi, często zostaje sam z niewidomym spokojnym Benkiem, duże psy spędzają czas na zewnątrz, a oni są sami, mają spokój – liczę na to, że Maurycy w tym czasie nabierze odwagi i ciekawości, która go wywabi z pokoju… Do świąt powinnam mieć z powrotem uruchomione kamery, wtedy dopiero będę wiedziała co panowie robią i jak rzeczywiście spędza czas Maurycy - będzie można oglądać zdjęcia z podglądania Na pewno Maurycy nie lubi zdjęć, jak robię zdjęcia, to automatycznie zaczyna patrzeć wystraszonymi oczami i potem na każdym zdjęciu widać tylko wielki strach. Dziś dwa poleciały do Alfy plus trzecie na którym widać to o czym wyżej pisałam.
-
U nas jest jak było, pchamy ten wózek pod górę. Wypracowałam z Rózią całe dwa razy wyrzucania jej z domu na zewnątrz, z nadzieją że to tam się załatwi i będzie czasem mniej nafajdane na podłogach i legowiskach. Wygląda to mniej więcej tak, że otwieram szeroko drzwi wyjściowe, po czym staje przy stole (ona leży pod) i mówię głośno - „Rózia na dwór „ , no i wtedy zawsze pierwszy podnosił się Burton , gdziekolwiek leżał to wstawał i wychodził, a wtedy ona wyskakiwała spod stołu i leciała za nim. Dobry pies z Burtona , pomagał mi jak potrafił. Z czasem utrwaliło się Rózi na tyle „wychodzenie”, że pędzi i łapy łamie, nawet bez wspomagania ze strony Burtona. Trochę gorzej jest w drugą stronę, bo jej trzeba otworzyć drzwi i się schować, żeby wpadła do środka z powrotem. Czasem nie może zebrać odwagi, więc podbiega do drzwi i ucieka przez 10 minut, czasem wyczuje że stoję za drzwiami schowana (czekam aż wbiegnie, żeby drzwi zamknąć, bo się mieszkanie wietrzy ) - często mnie psy zdradzają, bo przyjdzie któraś sierota i się patrzy na mnie i jeszcze ogonem macha , a Rózia swój rozum ma i wtedy załapuje, że wróg za drzwiami czyha ukryty . No i taka to zabawa…. Moje obecne stado jest wyjątkowe, absolutnie niepowtarzalne. Jakie one wszystkie są uzdolnione... takiego chóru przez kilkanaście lat nie miałam . Wszystkie, co do jednego. Rózia tak się drze, że mogłaby być jednoosobową orkiestrą , jak jestem w domu to jest cicho, jak tylko drzwi się za mną zamkną, to lata po mieszkaniu i szczeka wniebogłosy, a cała reszta się dołącza i koncerty dają nie do opisania. A kończą sikaniem, albo nie tylko sikaniem. Jakaś zbiorowa histeria, hurtowy lęk separacyjny, czy coś….. Psy chore, z demencją, niesprawne – no sikają …., ale reszta .Wystarczy że czasem wyjdę tylko na 10 minut, pójdę miski pozbierać w psim domku, kupy zgrabić na dworzu, wracam a tu wszędzie nasikane i zastanawiam się kto pobiegł ze mną, a kto został i tym samym czyja to sprężyna- te kałuże na podłodze (bo kto śpiewa, to słychać wyraźnie), mokro wszędzie – i jakbym nie analizowała, wychodzi na to, że sikają wszyscy jak leci, albo Rózia ma takie moce przerobowe…. Druga podejrzana najbardziej byłaby Mania, ale Mania już praktycznie nie wychodzi z budki samodzielnie, głównie w budce pod siebie załatwia wszystkie potrzeby, więc Mania „się nie liczy” Ale żeby nie było, że tylko narzekam, to pochwalić też trzeba – czasem potrafią mnie zaskoczyć – bywa że nie ma mnie w domu dłuższy czas, wracam, a tam jedna kałuża, albo tylko jeden koc mokry, albo sucho – CUD . Wszyscy wiedzą, że cuda rzadko się zdarzają, więc trzeba doceniać psie starania o mój stan psychiczny , bo kto będzie jeździł po zakupy, przywoził mięso, gotował, rozdawał smaczki, parówki, kabanosy - kto wie lepiej, co sprawia robaczkom największe przyjemności .... A wracając w kilku słowach do Mani - Mania podupadła mocno na zdrowiu, na zewnątrz wynoszę ją na rękach – rzadko ją „męczę” bo ona strasznie nie lubi być brana na ręce, rzuca się jak ryba bez wody, kiedy się przy niej za mocno majstruje. Bardzo pogorszył się też stan płuc Matyldy. W ogóle ostatnie tygodnie to takie duże tąpnięcie u Matyldy, Matysia zapadła się kondycyjnie kilka pięter w dół, a Ja bardzo, bardzo się boję…
-
Przepraszam, że dopiero teraz odpowiadam i że tu nie potwierdziłam. Gdzieś na wątku Maurycego odpowiadałam na Twoją wiadomość dotyczącą paczki - oczywiście dotarła i bardzo nam pomogła w życiu - Dziękuję Dziękuję Iwonka za wyręczenie, bo Ja z dojściem tutaj mam duże kłopoty Nawet nie wiecie, ile ulgi przynoszą człowiekowi, niepotrzebne innym poszwy, ręczniki, kołdry czy zużyte podkoszulki i każda rzecz, którą można zbierać niespodzianki, których w tym domu nikt mi nie szczędzi...
-
Witajcie Pewnie jesteście ciekawi jak tam u Maurycego i czy te nowe próbne leki zrobiły jakąś robotę… Chciałabym jeszcze dać im trochę czasu, bo nie napiszę Wam, że nadeszły wyraźne zmiany i jeśli zrobię w tym momencie świeże zdjęcia, to zobaczycie to co zawsze – Rysia przyklejonego do kanapy (sam fakt, że nachodzę go z telefonem powoduje, że on się wycofuje), natomiast zauważam subtelne niuanse, w spojrzeniu, w reakcjach na wyciąganą rękę, ale to tylko Ja jestem w stanie wychwycić, a czy leki mają tu coś do rzeczy, czy to przypadek ?– tego nie wiem, natomiast jest coś, co jak dla mnie jest krokiem siedmiomilowym – jak przynoszę kolację, to Maurycy schodzi z kanapy i idzie do miski jeść – niby zwykła rzecz, ale jakże niezwykła, bo robi to w mojej obecności. Co prawda nie ma mnie obok, w pokoju jest sam, ale ciągle jestem w domku, coś robię w pobliżu – takie rzeczy nie wydarzyłyby się jakiś czas temu, teraz się dzieją co wieczór i aż boję się pisać, żeby raptem nie zniknęły- żeby się Maurycy nie cofnął w czasie, bo często mam takie szczęście, że coś zachwalę, to znika. Także cieszymy się powściągliwie i czekamy aż się zakorzeni w codzienności. W tym momencie nieco skomplikowaną sytuację mamy z wychodzeniem na siku. Jak było ciepło i drzwi na zewnątrz mogły być przez większość dnia uchylone, to Maurycy wychodził załatwić się kiedy nikt nie patrzył i kiedy bardzo potrzebował. Wszystkie drzwi, to znaczy główne wyjściowe i jego własne wyjściowe, zamykane były dopiero na noc. Nie zawsze Maurycy wytrzymywał do rana i pod drzwiami nierzadko było nasikane, ale to szczegół (w tym miejscu po raz kolejny ogromne dzięki za pomoc w postaci paczek z poszewkami, ręcznikami i wszystkim w co misie lubią sikać najbardziej i co bardzo, ale to bardzo ułatwia codzienność…). Odkąd ogrzewam domek całodobowo, otwieram psom drzwi tak samo, jak psom mieszkającym w domu – wychodzą, spędzają jakiś czas na dworzu, idą na spacer, wracają i są zamykane. Wraz z ciepłem i przyzwoitymi temperaturami, kończy się niestety pełna swoboda. Maurycemu nie otworze drzwi żeby wyszedł ot tak, bo wiadomo że nie wyjdzie, dlatego jego drzwi zostawiam uchylone i znikam, żeby mógł wyjść zrobić co powinien, ale to średnio działa, bo rzadko kiedy Maurycy akurat wtedy kiedy drzwi są otwarte, ma ochotę z tego skorzystać. Czasem wychodzi zrobić siku, bo po mokrych plamach widać że był na zewnątrz, a jak nie był, to tyle że ciepło uciekało i się domek wyziębiał bez potrzeby. Czekam bardzo na drzwiczki , które mam nadzieję będą jakimś rozwiązaniem, mam nadzieję że będzie chciał z nich korzystać, bo innego wyjścia na ta chwilę nie widzę. Niestety jak ze wszystkim, ktoś musi drzwiczki zrobić i zamontować, a że ktoś, rzadko bywa w domu, więc czekamy, ale powinniśmy się do końca m-ca doczekać. Póki co, Maurycy dokłada do robienia siku pod drzwiami, kupę w jakimś innym kącie i jakoś czas leci Spróbuję kliknąć zdjęcie Maurycego przy misce z kolacją, tylko muszę ostrożnie z tematem, żeby go nie wystraszyć i nie złapać u pana psa minusa
-
Przepraszam, ale nie rozumiem, co to znaczy że jest utrapieniem i że o tym wie? Dla kogo jest utrapieniem ? Jest skrzywdzonym psem, pełnym lęków, który miał straszne życie i dbam o niego jak najlepiej mogę, żeby poczuł się w końcu bezpiecznie. Wiecie jakie psy do mnie trafiały zawsze - psy z najróżniejszymi problemami - ani one, ani Maurycy, nigdy nie były w tym domu utrapieniem. Mówiłam, że śpiewa w nocy – to jest fakt, tak było, głównie na początku i nawet bym nie wiedziała , że jeszcze sobie w nocy podśpiewuje gdyby nie przypadek - dowiedziałam się bo ktoś spytał. Ja o takich godzinach śpię, więc nie słyszę ale którymś razem sąsiad mnie pytał , który pies u mnie tak wyje w nocy. Siedzi chłopak po nocach przy komputerze , więc słyszy więcej . Czy Maurycy wyje jeszcze ? Czy co noc ?, czy raz na tydzień - ? - nie wiem, możliwe że przestał zupełnie i milczy jak grób. Ja go nie słyszę, więc może jednak robi większe postępy niż mi samej się wydaje ? Nie zawsze się udaje odczarować rzeczywistość w miesiąc, trzy czy pięć, sama już zapomniałam jaką długa drogę przeszły inne moje strachulce, zanim zaszły w nich zmiany...
-
Też myślałam że szybciej się skusi..., a z drugiej strony na taki stan psychiczny w jakim żył tyle lat w schronisku i przyjechał do Nas, to jest ciągle bardzo krótko w nowym miejscu. Na trawę może wychodzić jeśli tylko zechce, ten Róziowy zagrodzony psi taras( "kojec"), ma otwarty w ciągu dnia , dalej jest już tylko wspólna otwarta przestrzeń W planie , w najbliższym czasie, jest zrobieniu Maurycemu psich drzwiczek w drzwiach wyjściowych , żeby mógł wychodzić na zewnątrz nie tylko wtedy jak Ja otwieram mu pokój, ale zawsze kiedy będzie chciał - może wtedy nabierze więcej odwagi i skusi się na jakieś zwiedzanie. Drzwiczki są konieczne żeby przy obecnej pogodzie( kiedy zrobiło się zimno i już nie można zostawiać im uchylonych drzwi na długie godziny) dać mu maksymalnie dużo swobody, może w swoim tempie zacznie z niej korzystać
-
Może to jeszcze dla niego za szybko, ale jak uważacie Widzę, że myślicie o innym hoteliku, może w innym miejscu będzie mu lepiej To dla mnie tez jest bardzo trudna i przykra sytuacja. Mam jeszcze nadzieję, że po zmianie leków coś ruszy Tamte i te, nie maja działać na uspokojenie w rozumieniu uspokojenia, tylko na zmniejszenie lęków Tak jak pisałam - zadziałało u suni, która przyjechała z Krzeczkowa ogromnie zalękniona, czy tu zadziała, to zobaczymy Ktos pisał o olejku CBD - to dobry pomysł
-
Witajcie Byłam wczoraj na wizycie u weterynarza, sama konsultacja, bez psa. Omówiłam sytuację Maurycego, bo te leki które dostał, niestety nic nie zmieniły, zupełnie, zero reakcji. Jedyne co Maurycy robił na samym początku, a czego nie robi, to tyle, że nie ucieka i nie chowa się pod półki – na tym koniec, ale to było dawno i to tyle co nic patrząc na ciąg dalszy . Myślałam na początku, że będzie lepiej, że cokolwiek będzie szło do przodu, ale nie idzie. Maurycy życie swoim systemem – do miski z jedzeniem idzie jak znika człowiek, na zewnątrz wychodzi jak nie ma nigdzie człowieka, poza swój malutki świat w postaci pokoju, kanapy i kojca, nie wychodzi w ogóle – nie przejawia zainteresowania. Może wychodziłby w nocy, jak byłoby pusto zupełnie, ale na noc domek jest zamknięty i tego nie sprawdzę. Wracając do weterynarza – zmieniliśmy leki, dostał gababentynę z tramazolem – to samo brała u mnie bardzo lękowa sunia, brała dosyć długo, więc prócz leków do poprawy jej stanu dołożył się po prostu czas, ale wszystko razem działało. W tej chwili po tamtej lękowej suni nie ma najmniejszego śladu, tyle że to trwało - pierwszy rok był bardzo trudny… Nie wiem czy to zadziała u Maurycego, nie mamy tego dużo, na tydzień – na próbę. Podobnie lękowa jak Maurycy była moja Mania, po roku dobrnęliśmy do etapu, kiedy Mania daje się pogłaskać po głowie i nie cofa się w głąb budki, kiedy wyciąga się do niej rękę – ale to trwało, no i Mania od początku mieszkała w domu i chciał nie chciał, była skazana na obecność człowieka 24/24 , a to tez jest mimo wszystko inny kontakt, kiedy pies jest nieustannie w centrum domowego codziennego życia. Co mogę powiedzieć …. bardzo mi żal Maurycego, przykro się patrzy na to jak mu jest źle w życiu. On często patrzy na mnie z takim wyrzutem , a ja nie wiem co chce mi powiedzieć Jeśli nic nie drgnie, a jego życie będzie się sprowadzać do kąta na kanapie, może trzeba by rozważyć lepsze miejsce niż u mnie, gdzieś gdzie mógłby mieszkać dosłownie w domu ludzkim, idealnie gdyby był sam – żeby całe człowiecze moce były skierowane na niego, ewentualnie ze spokojnym zrównoważonym psem Szczerze mówiąc na tym etapie jego pobytu u mnie, nie wiem czy dla niego psy mają znaczenie, którykolwiek ze mną wchodzi do niego, czy młodszy, czy ledwo chodzący, czy zwraca nie niego uwagę czy żadnej, to dla Maurycego bez różnicy. Ja czasem obserwuje , jak idzie do niego do pokoiku sam pies, beze mnie, nie podchodzi nawet do niego, nie zaczepia, a Maurycy? – Maurycy leży nieruchomo i wodzi za koleżanką/kolegą wzrokiem , takim samym wystraszonym jakim potrafi patrzeć na mnie – tak mi się przynajmniej wydaje. Może jemu potrzebny jest po prostu czas, duuuuuużo czasu. Tak jak pisałam wyżej – Mani zajęło prawie rok, żebyśmy mogli głaskać ją po główce i żeby się przy tym nie szarpała uciekając w głąb swojej niezastąpionej materiałowej budki. Ale były kiedyś psy, akurat to były sunie z Palucha, które nigdy się nie otworzyły i na widok ludzi uciekały w panice (one wychodziły na zewnątrz jak nie było nikogo, ale leciały na złamanie karku, jak się pojawiał ludź na horyzoncie) . Wiecie kiedy stawały się obsługiwalne? – jak złamały je zupełnie choroby i nie były w stanie uciekać. Florka , Szarunia – duże, czarne, koszmarnie skrzywdzone psy, przy czym Flore wolontariusze odkryli w ogóle przez przypadek, bo życie spędzała wprasowana w tylną ścianę budy i długo nikt nie wiedział, że tam w ogóle istnieje jakieś życie Więc...dajemy czas naszemu miśkowi, więcej czasu...I trzymajcie kciuki, żeby nowa próba- nowe pigułki wyciszyły trochę wielkie lęki i miały na Maurysia moc sprawczą. Zalecenia z wczorajszej konsultacji w klinice i leki – zdjęcie wysyłam do Alfy
-
Elu, ręczniki papierowe zakupione, od razu jak tylko przybyły pieniądze na ten cel - 15 rolek - jest czym ścierać Nie wiem gdzie posiałam paragon, przeszukałam cały bałagan torebkowo kieszeniowo samochodowy i nie znalazłam , ale posyłam na whatsapp zdjęcia zakupu i cenę klikniętą w sklepie Bardzo dziękujemy za przesyłkę - odebrana z paczkomatu, zawartość w użytkowaniu
-
Rozmawiałam wczoraj z weterynarz o Maurycym i dostaliśmy receptę do wykupienia. Będziemy zaczynać od małych dawek, zwiększając stopniowo i za dwa - trzy tygodnie mamy zobaczyć efekty, więc życzymy sobie od losu, suchego, ciepłego, pięknego listopada, żeby sobie Mauryś mógł spacerować po trawie i wylegiwać w słońcu Zdjęcie recepty wysyłam do Alfy, postaram się ją dziś wykupić
-
Jestem, jestem Widzę pytania o twarzyczkę Maurysia . Ja myślałam że wszyscy wiedzą/widzieli , że jemu jedna strona opada . Przepraszam że nie mówiłam, jeśli to nie było jednak jasne . Mauryś oczywiście taki do mnie przyjechał - powieka i fafel lekko opuszczone w dół po lewej stronie - czasem to widać bardziej, czasem mniej. Ja sama chyba nawet nie zauważyłam tego w pierwszej chwili (z kolei dzieciaki widziały od razu), a jak już widziałam to wyraźnie, to uznałam za stary uraz, jakieś porażenie nerwów. Wetka powiedziała, że to zespół Hornera. Nie wiadomo od kiedy on tak ma, co było/jest przyczyną. Maurycy widzi normalnie, nie ma żadnych problemów z tego tytułu i nie wygląda żeby mu to w życiu przeszkadzało , więc na ta chwilę żyje sobie tak jak wygląda i dajemy mu spokój Miałam dziś porozmawiać z weterynarką na temat leków przeciwlękowych, bo bez konkretniejszego wsparcia, daleko nie zajedziemy... Nic a nic nie idzie ku lepszemu jeśli chodzi o jego strach przed ....przed wszystkim. Widzę go jak spaceruje na zewnątrz, po kojcu, wygląda na zrelaksowanego, obwąchuje sobie spokojnie kąty, ale wystarczy że usłyszy/zobaczy mnie z daaaleka i już go nie ma - hop i siedzi wklejony w swoją kanapę . Ma otwarte drzwi od pokoju, może wychodzić na korytarz, a stamtąd na dwór jeśli tylko nabrałby tyle odwagi, ale nie wygląda na to, żeby chodziło mu po głowie opuszczanie swojego bezpiecznego miejsca - dlatego dopasujemy jakieś magiczne pigułki, żeby nam pomogły odkleić Maurycego od kołderki - miałam to zrobić dziś, będąc na wizycie z dziadkiem Kazimierzem i przez natłok Kazikowych problemów, zapomniałam o Maurycym - wybaczcie, naprawie się jutro, na pewno !
-
Dziękuję Elu , ręczniki byłyby dużym wsparciem, jak od czasu do czasu uda mi się poszaleć i kupić w dobrej promocji, to jest ulga w sprzątaniu... A faktura....eh faktura.... - w zeszłym tygodniu przypominałam się z tematem , powiedziała wetka Anita, że musi wystawić, tylko czasu nie ma, że postara się w wekend (nie mam pojęcia który wekend miała na myśli ). Mówiła ,że mają bardzo dużo leczenia zwierząt na faktury, a tylko ona jest od ogarniania papierów i nie wyrabia, więc czekamy i czekamy, może się do końca roku doczekamy
-
Dzień dobry Wszystkim od Neri Sytuacja z uszami pod kontrolą, ewidentnie pogorszenie nastąpiło na tle alergicznym. Już po pierwszym "listku" sterydów było dużo lepiej, ale nie do końca tak jak byśmy chcieli, dlatego dobierałam u weterynarza jeszcze raz Hedylon i póki co problem mamy zażegnany, miejmy nadzieję że szybko nie wróci, najważniejsze że tym razem obyło się bez jeżdżenia do kliniki.... Poza tym wszystko jest jak było, Neri wiedzie leniwe łóżkowo kanapowe życie . Wspominałam ostatnio i dziś na wątku Rózi, że Nerka lubi sobie posikać w domu - w tym temacie Neri z Rózią i Manią , mają wspólny punkt widzenia Moje dwie dzikuski sikają na podłogi zwłaszcza w ciągu dnia i wieczorem, a Neri dopełnia dzieła najczęściej w środku nocy ( w dzień też się zdarza, oj zdarza, potrafi wyjść z pokoju, napić się wody, odejść kilka kroków i bez ostrzeżenia kucnąć i zsikać się jak smok na podłogę na moich oczach, albo czyichkolwiek oczach które są obok i patrzą z niedowierzaniem - tu nie ma czasu na reakcje, to są sekundy, żadnego sygnału że ma chęć wyjść, idzie sobie, kuca i sika - ot tak....Ale nie co dzień - to się chwali Elu, podeślę potem jakieś zdjęcia, bo mi przez ten program którego zawsze używałam już nic nie idzie, a brakuje mi siły, czasu i rozumu, żeby ogarniać coś nowego
-
Witamy wszystkich ciepło w ten ponury, bardzo deszczowy dzień Dawno nas nie było, ale ze zdrowiem było trochę problemów, a i pisać nie bardzo jest o czym…. Rózia to chyba pierwszy pies na naszym wątku o którym nie ma co pisać – jest jak było, są duże problemy, jest trudno i nie wróże nam lepszej przyszłości. Rózia dalej pilnuje Burtona, który ma jej chyba czasem dość, bo coraz częściej chowa się w pokoju okupowanym przez Neri. Zrobiło się zimno, drzwi na zewnątrz już nie mogą zostawać otwarte jak wcześniej ( to czego się bałam). Kiedy wychodzę z domu, niezależnie czy na 15 minut, godzinę czy kilka, to Burton który normalnie zostawałby często na dworzu, bo chce na nim zostać, ma więzienie – chce czy nie chce, siedzi zamknięty w domu, żeby jego stalkerka nie zdemolowała mieszkania jak zostanie sama Najgorsze przy stale zamkniętych drzwiach i problemach z wyrzuceniem Rózi z domu jest to, że za każdym razem jak wracam, to wszędzie jest narobione...W ogóle sobie nie żałują, zasikane legowiska, podłoga, a żeby było kompletne to i kupy dostatek, Rózia nie narobi w jednym miejscu jak już „musi” , ona idzie i robi… Eh...sił mi brakuje i słów właściwie też. Mania leje pod siebie w budce(ale to nic nowego), Neri uznała już jakiś czas temu, że jak one mogą to czemu ona by miała wychodzić – w ciągu dnia to kwestia przypilnowania, chociaż też nie zawsze się uda, ale Neri dla odmiany lubi się zesikać w środku nocy, kiedy zanim się przebudzę i usłyszę że wyszła z legowiska, to najczęściej jest za późno na reakcje. Chyba powinnam być jej wdzięczna, że przynajmniej nie robi tego co noc – to już zawsze coś. Aaa….jeszcze był dla Rózi kojec – no kojec jest, ciągle bez bramki, bo nie ma komu ogarnąć tematu, ale teoretycznie mogłabym ją tam na siłę zamknąć, tylko że pokój z kojcem zamieszkuje Maurycy, który swoje problemy też ma, chociaż kaliber inny niż Róziowy, ale biorąc pod uwagę całokształt, to póki co najwłaściwsza miejscówka dla niego. Ale jest jeszcze druga sprawa, bo nawet gdybym zwolniła to miejsce i ją tam zamknęła, to jak ją odetnę od Burtona i od mieszkania( do którego będzie się i tak ładowała jak będę ją wypuszczać z domku/kojca), to jestem bardziej niż pewna, że będzie i wrzeszczeć na całe gardło (bo szczekać lubi i bez tego) i niszczyć, bo będzie chciała się wydostać za wszelką cenę, więc sytuacja taka trochę nie fajna Za jakiś czas napiszę, że nic się nie zmieniło, chyba że cud się zdarzy i się zasikańce zlitują nade mną i zrujnowanymi podłogami. A między postami postaram się podrzucać Iwonce jakieś zdjęcia do wklejenia (takie same jak zwykle ), bo u mnie coś się zadziało na amen z tym wklejaniem, a ja jestem bardzo nie ogarnięta w internety, więc zostanę przy dostarczaniu treści pisanych