Karen116
Members-
Posts
379 -
Joined
-
Last visited
-
Days Won
1
Everything posted by Karen116
-
Iza, Ty czynisz cuda:) Ja tylko podsumowałam sytuację. mam nadzieję, ze pomożemy i sprawa sie wyjaśni i ze Kori będzie szczęśliwy ze swoimi ludźmi i oni będą szczęśliwi z nim:) O to przecież chodzi! Teraz wszystko w rękach Pani Oli. Najlepiej by było, gdyby dała znać, co ustaliła. Ja jestem umówiona z Panią z Projektu Futro, ze przed wizytą prześle mi dane do przelewu i od razu zrobię przelew. Dlatego muszę wiedziec wcześnej, kiedy mam zapłacić. W piątek będę prawdopodobnie poza domem, a w niedzielę mamy uroczystość rodzinną, tez na wyjeździe, więc jakbyś miała jakieś wiadomości od Pani Oli, to poproszę:)
-
Słuchajcie, zeby nie rzucać słów na wiatr i zeby były konkrety: rozmawiałam z Panią ze szkoły Projekt Futro, którą polecaliście. Odniosłam bardzo dobre wrażenie. Pani przesympatyczna i bardzo konkretna. Widać, ze ma świetne podejście i umie słuchać. Opowiedziałam całą historię Koriego i zgodziłyśmy się, ze najlepiej będzie, jesli Pani sama porozmawia z właścicielami Korcia i pójdzie z nimi na spacer. Będzie w Kłodzku w najbliższą niedzielę. Koszt konsultacji z dojazdem - 220 PLN, ja to zapłacę. Podobno czasami wystarczy jedno spotkanie, zeby pomóc. Z tym masłem to moze byc jakiś niedobór w diecie - tak powiedziała Pani:) Co do zachowania, to jeżeli problem pojawił się jakiś czas temu, to prawdopodobnie jakiś błąd ze strony właścicieli - nieumyślny, oczywiście, ale jednak. Pani mówi, zę mozna takie rzeczy korygowac, wymaga to codziennej pracy - nie jakiegoś karorżniczego treningu, tylko mniej wiecej pół godziny dziennie powinno wystarczyć. Iza, czy ja mogę Ciebie poprosić o przekazanie Pani Oli tej wiadomości? Pani prosiła, zeby Pani Ola sama się z nią skontaktowała, numer telefonu 695-447-547. Jeżeli się umówią, to ja ureguluję płatność.
-
Rzeczywiście, ciężki orzech do zgryzienia, ale ja jestem dobrej myśli. Kiedy Kori był u Dexterki, kilka razy rozmawiałam z Magdą na jego temat, bo chciałam się o nim jak najwięcej dowiedzieć. I wiecie, co powiedziała Magda? Że Kori nie ma charakteru husky. Owszem, jest w typie rasy, ale to nie znaczy, ze jest husky. A to różnica. Magda opowiadała o nim bardzo ciekawe rzeczy, np. że pierwszego dnia pobytu "wymontował" furtkę i zwial, ale nie dlatego, ze chciał uciec i ciągnęło go w drogę. Po trzech latach w schronisku, spędził przyjemny dzień z człowiekiem, został wygłaskany i potem na noc zamknięty w kojcu. Magda zinterpretowała to tak, ze chciał się dostać do ludzi - tym bardziej, ze był na posesji i przywołany, przybiegł z wielką radością. Cały czas mówiła o Korim jako o psie bardzo proludzkim. Wspominała też, ze zamknięty na wybiegu w ciągu pierwszych dni pobytu piszczał do niej, ale kiedy się zorientował, ze ona jest w pobliżu i nie odejdzie daleko, uspokoił się. Na temat jego aktywności też mówiła ciekawe rzeczy. Oczywiście, Kori chodził u Magdy po lesie, po łąkach pamiętam o tym. Ale Magda okresliła go jako psa, który nie potrzebuje jakiejś szalonej aktywności. Że - kiedy został wypuszczony na wybieg - to z 10 minut wąchał, cieszył się itp, a po tym czasie wolał się położyć i obserwować. Więc uważam, ze ten ogród u babci - pod nadzorem - to bardzo dobry pomysł. Konsekwentnie podkreślała tez, że to nie jest husky. Mówiła, ze miała husky w hotelu i te psy zachowywały się zupełnie inaczej. Kori nie ma - według Magdy - tego instynktu, który go wola w drogę. Ucieczka, jaka mu się przydarzyła, była do człowieka.A weźmy pod uwagę, ze tak naprawdę Magda zna tego psa najlepiej, bo - powiedzmy to sobie szczerze - nikt z nas go nie widział w realu (czego bardzo żałuję). Dlatego ja bym sobie dała na razie spokój z akcjami typu szkolenia psich zaprzęgów i utożsamianiem go z rasą, chyba trochę na wyrost. Poza tym, skoro Państwo z przyczyn finansowych (prawdpodobnie) nie zapisali go na szkolenia podstawowe, to raczej w sferze marzeń pozostaje jakieś bardziej zaawansowane szkolenie, w dodatku poza ich miejscem zamieszkania. Popatrzmy realnie, co można zrobić i co jest w zasięgu możliwości. Kori jest niezależny i nie ma się czemu dziwić, bo nigdy nie musiał nikogo słuchać. Próbuję sobie wyobrazić, jak wyglądało jego życie i jestem zdania, ze pewnie trafił do Radys jako szczeniak albo młody pies. Kto miał go nauczyć, jak ma się zachowac? Poza tym, ludzkie zasady nie pomogłyby mu przetrwać tego dziadowskiego schroniska. Moje zdanie jest takie, ze - skoro jest polecona dobra i sprawdzona szkoła - to skorzystajmy z tego. Deklaruję wsparcie finansowe, powiedzcie tylko, jaki to koszt, to jakoś z tego wybrniemy. Dla Koriego dużo jestem w stanie zrobić:) Nie ma co gdybac na odległośc, jeżeli psa znamy tylko ze zdjęcia i opisu, bo to nie ma sensu. Sprawa się gmatwa, trudności wydają się olbrzymie i coraz większe, a tak naprawde stoimy w miejscu. Jestem za tym, co mówiła Iza: niech psa zobaczy ktoś kompetentny, dobry szkoleniowiec i wyda opinię, co trzeba zrobic. Deklaruję wsparcie finansowe i trzymam kciuki za sukces. I pamiętajmy, ze zainteresowanie pieskiem nie było jakieś szalone. W ciągu trzech miesięcy dosłownie kilka telefonów, w tym prawie żadnych konkretnych. Dlatego tym bardziej wsparłabym tych ludzi, bo oni go naprawde pokochali i chcą o niego zawalczyć. Ale postawiłabym na konkretne wsparcie, bez lawiny dobrych rad. No i jeszcze jedno - na miejsce u Dexterki czeka kolejny "Radysiak" z trzyletnią odsiadką na karku - Kapsel, więc im szybciej uporamy się z tą sytuacją, tym szybciej Kapsel zyska nowe życie.
-
To tylko takie moje propozycje. Sama kiedyś zasięgałam takiej porady i przy moim psie bardzo to pomogło, więc moje doświadczenie jest jak najbardziej pozytywne. Tyle że my poświęciliśmy na to dodatkowo sporo czasu. No ale bez poświęcenia czasu nic z tego nie będzie - na odległość czy w bezpośrednim kontakcie. Spróbować zawsze można, bo tam się najpierw wysyła formularz i do dwóch dni jest odpowiedź, czy problem w ogóle kwalifikuje się do takiej porady online. I ta kwalifikacja jest bezpłatna. Iza, jeżeli Kori rozrabia nawet kiedy właściciele są w domu, to chyba jednak znaczy to, co piszesz: że nie potrafią go zdyscyplinować. I dlatego on nie liczy się z ich zdaniem. Szkolenie podstawowe tez pewnie raczej nie pomoże? Sprawdziłam ; np. we Wrocławiu takie szkolenie kosztuje 400 pln za 12 spotkań.
-
To bardzo złe wiadomości, tym bardziej że do niedawna wszystko wyglądało super. Może rzeczywiście Kori wymaga szkolenia? Moim zdaniem, on jest dość specyficznym i niezależnym psem i wymaga specjalnego podejścia. To nie jest kanapowy piesek. Może dopiero teraz kiedy poczuł się pewniej, te wszystkie rzeczy pokazał. I chyba faktycznie ma w sobie dużo z husky'ego. Pomysł z behawiorystą jak najbardziej trafiony. On najlepiej rozpozna, o co chodzi. Oczywiście deklaruję pomoc, chętnie się dołożę, żeby tylko te kłopoty się skończyły . Mam nadzieję, ze okażą się przejściowe. Co do szkolenia, znalazłam coś w Kłodzku: Szkolenie i strzyżenie psów Hodowla, pielęgnacja i tresura zwierząt domowych Kłodzko Trochę groch z kapustą, nie mam zaufania do takich "miksów", co o tym sądzicie? Nie znalazłam żadnych opinii - chociaż na e-ogrodek (chyba coś w rodzaju Panoramy firm) mają 4 gwiazdki na 5, ale nie wiem, czego dotyczą te opinie, bo nie można nic przeczytać, są tylko gwiazdki. Jest też np. behawiorysta online: http://www.behawiorystaonline.pl Przyznam, ze to mnie bardziej przekonuje. Są opinie, załączone dyplomy i certyfikaty. Pierwsza konsultacja telefoniczna - 30 min do 1 godz. kosztuje 90 PLN i obejmuje diagnozę problemu i plan naprawczy. Kolejna konsultacja - sprawdzenie rezultatów - kosztuje 50 PLN. Mogę pokryć te koszty. Spotkanie, niestety, chyba nie wchodzi w grę, bo jest możliwe tylko w Trójmieście i okolicach. Ewentualnie można szukać we Wrocławiu. Jakie jest Wasze zdanie?
-
Moim zdaniem, to rzeczywiście może być stres. Psy tez przeżywają swoje frustracje:) Może Trevor zestresował się goścmi albo poczuł się odsunięty na drugi plan? Psy różnie reagują na gości:) Dino, mój piesek, bardzo lubił siedzieć na dworze - pod warunkiem, ze nie było żadnych gości. Wtedy nie można go było namówić na wyjście, a jeśli już, to na chwilę i natychmiast wracał do domu, żeby go coś nie ominęło. A po wyjeździe gości dosłownie padał i spał, bo był wykończony tym pilnowaniem intruzów:) Może Trevot też ma taki instynkt. Jest chyba w ogóle "owczarkowaty" z charakteru, mimo ze łagodny, bo widzę, ze pilnuje swojego terenu i swojej rodziny.
-
Pewnie, serce się ściska jak się pomyśli, ze miał swoją rodzinę, którą kochał i której bronił, a która potem albo źle go potraktowała, albo nie szukała, tylko pozwoliła trafić do schroniska. A to taki cudowny pies! Moja Misia miała najpierw leczenie farmakologiczne + prześwietlenie. Brała m.in. lek Synoxivet - przeciwzapalny razem z lekiem na wątrobę, żeby nie zaszkodzić, bo przy tego typu lekach trzeba chronić wątrobę. Po półtora miesiąca takiego leczenia dostała specjalne tabletki - Trocoxil, są drogie i podaje sie je pod kontrolą lekarza, ale bierze się tylko jedną na miesiąc. Wzięła trzy takie tabletki i weterynarz podjął decyzje o dostawieniu tego leku, bo była duża poprawa. Przez jakiś czas dostawała jeszcze Synoxivet. potem przez 2,5 roku był spokój, aż pojawiły się ponownie problemy, a że Misia była bardzo żywym psem mimo wieku (12 lat), doszło do zerwania więzadła krzyżowego no i konieczna była operacja. Miała też zwyrodnienia. Ale po operacji było jak ręką odjął. Ten lekarz podszedł do tematu bardzo rozsądnie, bo są różne metody , np. TPLO polegająca na wstawieniu śrub i płytki. Misia miała operację inną metoda, bez ingerencji w staw. Lekarz nam wytłumaczył, że to w zupełności wystarczy, bo te metody ingerujące w staw zmieniają go nieodwracalnie i potem nie ma juz powrotu. A jeśli się robi operację taką najmniej inwazyjną metodą, to w razie gdyby coś poszło nie tak, można sięgnąć po metody bardziej inwazyjne. W drugą stronę za to sie nie da. Zaufaliśmy lekarzowi i miał rację, faktycznie tak było. Ta metoda była wystarczająca i - jak sam lekarz powiedział - nie naciągnął nas na niepotrzebne koszty. Tak to wyglądało w naszym przypadku. Rehabilitacja była trudna, bo pacjentka była bardzo żywą i niemałą istotką (wagowo podobnie jak Trevor), a musiała nosić gips przez trzy tygodnie, a potem oszczędzać łapę - zero schodów, śliskich powierzchni i szaleństw. Ale daliśmy radę:) Może Trevor ma coś innego, oby to był jakiś drobiazg. Czasami podobne objawy oznaczają co innego. Wiem, ze ortopedzi badają bardzo dokładnie różne odruchy, reakcje kończyny. Mają swoje sposoby, żeby ocenić. Ale się rozpisałam:)
-
Może to nic poważnego, ale tak mi to wygląda na jakis problem ortopedyczny. Przynajmniej objawy podobne jak u mojej Misi - ta "odjeżdżająca" łapa. Identycznie to wyglądało u nas i właśnie przy jedzeniu było najlepiej widoczne. Może się mylę i obym się myliła. Ale dobrze by było zdiagnozować. Tego lekarza polecam z czystym sumieniem. Nie doszukuje się niczego na siłę, jest naprawdę świetnym fachowcem. Przyjmuje tez w Ciechanowie, ale to daleko od Skierniewic. Jakby coś, mogę się z nim spróbować skontaktować.