Jump to content
Dogomania

Potter

Members
  • Posts

    2476
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Potter

  1. No to chyba można znowelizować tytuł...?
  2. [quote name='Dinka'][COLOR=DarkOrchid]Czyli mozna juz Fafelka usunac z podpisu? ;);) [/COLOR][/quote] Fąfel jeszcze w azylu, a do udanej adopcji jeszcze długa droga (dosłownie i w przenośni).
  3. W niedzielę [B]Franek[/B] jedzie do nowego domu :lol:.
  4. [quote name='rufusowa']ale widziałam już jak bardzo zmieniały sie psy po wyjściu ze schronu/ azylu, tylko dlatego ze poswiecono im troche uwagi i miłości [/quote] Hmm......:icon_roc:
  5. Jestem po rozmowie tel. z osobą chętną na adopcję. Po przeanalizowaniu sytuacji wdłuż i wszerz i upewnieniu się co do 1000 szczegółów, podjęłam decyzję o adopcji. Za jakieś 2-3 tyg. zawiozę Fąfla w świat, do nowego domu.
  6. Nowa porcja wiadomości: Wczoraj Baron pomaszerował do weta. Ten przeraził się stanem jego uszu, zostały wyczyszczone i przez kilka następnych dni Baron ma się pojawiać na czyszczeniu. Poza tym dostał skierowanie na RTG, ale w innej dzielnicy (Ursynów), a że Pani nie jest zmotoryzowana, to trochę się martwi, jak Baron zniesie podróż tramwajem (nadal bardzo się boi obcych i przejeżdżających samochodów). Pani by z chęcią wysłała zdjęcia, ale nie ma aparatu cyfrowego. [COLOR=green][B]Może znajdzie sie ktoś chętny z Warszawy do odwiedzenia Barona w jego nowym domu?[/B][/COLOR]
  7. [CENTER]Odezwała się w miarę konkretna osoba, chętna na adopcję Fąfla. Niestety aż z [B]woj. zachodniopomorskiego[/B]. [B][SIZE=3][COLOR=green]Szukamy kogoś do zrobienia przedadopcyjnej.[/COLOR][/SIZE][/B][/CENTER]
  8. Wczoraj zadzwoniła właścicielka Barona. Chciała podziękować za Barona, który jest podobno wspaniały, mądry i cudowny, już podchodzi i daje się pogłaskać. Wczoraj został wykąpany, stał grzecznie i nic nie mówił, a potem w nagrodę dostał wielką kość. Obcych się boi i schodzi im z drogi. Dzisiaj ma być zaprowadzony do weta. To wygięcie kręgosłupa w pałąk mu podobno nieznacznie zmalało. Erka - tabletki od Ciebie dotarły, Pani dziękuje. Wkrótce mają być zdjęcia.
  9. Ja nie dzwoniłam, ale Pan był uświadomiony, że mogą mieć miejsce niezapowiedziane kontrole poadopcyjne. Na które zresztą zapraszał. Sam miał dzwonić, jeśliby coś się działo.
  10. Tytuł to już Fiona... ale widzę, że zmieniony.
  11. Wiem, że Baron dostał wczoraj budę (właściciele chcieli, żeby mieszkał z nimi w domu, ale niestety Baron stanowczo wybrał ogród, wobec tego musieli mu postawić budę). Przez kilka nocy wył (u mnie też wył), ale teraz już podobno przestał. Na posesji obok są psy i trochę się już z nimi zaprzyjaźnił. Kiedy tylko Baron da się trochę obłaskawić, to ma być zaprowadzony do weta. We wtorek wysłałam do Warszawy wyniki badań jego krwi. Z tego co wiem, to upadek bez konsekwencji. Pani mówiła, że Baron bardzo żwawy.
  12. [quote name='GoskaGoska'] ps. czy kasa doszla na konto? mam nadzieję, ze tak[/quote] [B]Ostatnie wpłaty:[/B] 18.07 - Beka - 100 zł 18.07 - GoskaGoska - 46 zł [B]Razem: 146 zł - Baron rozliczony[/B]
  13. Niestety nie dysponowałam żadnym porządnym aparatem, tak że jedyne zdjęcia Barona zrobiłam telefonem - dlatego takie małe i niewyraźne. Fotki jeszcze sprzed ucieczki, a po wyciągnięciu ze studni. [URL="http://imageshack.us"][IMG]http://img246.imageshack.us/img246/9572/baronrn3.gif[/IMG][/URL] [URL="http://imageshack.us"][IMG]http://img241.imageshack.us/img241/3749/baronnh1.gif[/IMG][/URL] [URL="http://imageshack.us"][IMG]http://img246.imageshack.us/img246/2910/baronzu1.gif[/IMG][/URL]
  14. Suka już na stole, więc piszę dalej. Po wydostaniu psa i ochłonięciu ruszyliśmy w dalszą drogę. Już wydawało mi się, że po takich przejściach Baron może mieć tylko lepiej. W czwartek wieczorem, już z plaży, z czystego obowiązku zadzwoniłam do Pani, żeby dowiedzieć się, jak tam Baron zniósł upadek z wysokości. Wtedy okazało się, że o 14.45 pies dostał obiad, Pani poszła do domu zanieść miski i kiedy wyszła ponownie psa już nie było... [I]Deja vu[/I] jakieś... Znowu obszukali całe podwórko (studnia była już betonowo zabezpieczona), ale psa nie było. Jedyne rozwiązanie, to że Baronowi udało się jednak pokonać jakimś magicznym sposobem to ogrodzenie i że jest na zewnątrz. Chyba że go porwało ufo... Oczywiście zaczęli szukać na ulicy, potem w najbliższej okolicy. Nic. Zawiadomili sąsiadów, policję, straż miejską, miejscowe schroniska. Obiecałam, że zaraz po powrocie do domu, wyślę jej zdjęcia psa, żeby mogła je rozkleić gdzie się da (w końcu Baron z tymi uszami i kręgosłupem był bardzo charakterystyczny). Po prostu nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, ta cała historia już dawno przekroczyła granice absurdu :shake:. Najśmieszniejsze, że ci ludzie specjalnie wzięli sobie kilka dni urlopu, żeby dłużej pobyć z psem i żeby się szybciej przywiązał. Szkoda tylko, że Baron nie dał im na to szansy. Błąkał się tyle czasu w Borkowie, no to teraz błąka się w Warszawie :placz:. Nic tylko dać sobie spokój z tą robotą :angryy:... Koniec końców miałam zmarnowany cały 4-dniowy urlop. Cały czas siedziałam i gryzłam się tym głupim psem, który wiedział lepiej. Mam nauczkę, żeby nie łączyć urlopu z wożeniem psów po Polsce. A wczoraj w południe telefon - Baron wrócił sobie jakby nigdy nic :multi::multi::mad:, zgłodniał i wrócił cholernik jeden. Państwo zostawiali na noc furtkę otwartą i w sobotę rano przyszedł sobie na śniadanie... Jak on sobie dał radę w Warszawie, gdzie tyle samochodów, tramwaje, mnóstwo ludzi...? Nie było go półtora dnia. Ci ludzie od razu zaczęli podwyższać ogrodzenie, robić jakieś zasieki... Z tonu głosu tej Pani można poznać, że przez te historie Baron znaczy dla niej o wiele więcej niż inny, bezproblemowy pies i że stał się jej oczkiem w głowie. Pozostaje się tylko z tego cieszyć, bo to gwarantuje najlepszą opiekę, dla tego schorowanego przecież psa. Dzisiaj odebrałam wyniki krwi Barona - są zadowalające, nic się nie dzieje. Na koniec - nie było za wcześnie na adopcję Barona. Po pierwsze: trafił się naprawdę dobry dom. Po drugie: problemy behawioralne tego psa były nie do wyleczenia w warunkach azylowych, gdzie praktycznie sama zajmuję się 37 psami. Tylko ciągłe przebywanie z człowiekiem, który w delikatny, ale zdecydowany sposób będzie się nim zajmował dawało gwarancję, że pies kiedykolwiek wyjdzie ze swoich lęków i zahamowań. Na pewno by się to nie udało w boksie, za kratą, a tylko to tutaj byłam mu w stanie zaoferować (+ krótkie chwile na wybiegu). Miejmy nadzieję, że Baron się ustatkuje i zaprzestanie samodzielnego zwiedzania stolicy (chociaż z nim to nigdy nic nie wiadomo :nono:). Na pewno wiem tylko jedno: po tym wyczerpującym urlopie należy mi się urlop :razz:.
  15. Już jestem z powrotem. Adopcja Barona była najbardziej dramatycznym przedsięwzięciem w mojej karierze adopcyjnej :smhair2:. Słabo mi się robi, kiedy sobie to wszystko przypomnę. Po kastracji Baron aż do samego wyjazdu siedział grzecznie w klatce, gotowy do transportu. Z Jędrzejowa wyjechaliśmy ok. 18.30. Do Warszawy droga bez przeszkód - żadnego sikania, kupy, czy rzygania w samochodzie. Pod koniec tylko trochę skamlał i zaczynał wyć (zauważyłam już w azylu, że lubił sobie powyć), ale mu się nie dziwiłam. Znaleźć ten adres na Grochowie trochę nam zajęło, tak że w efekcie byliśmy tam równo o północy. Ale Państwo czekali na nas już przed domem na drodze. Domek bardzo czysty, piękny, zadbany ogród z mnóstwem drzew, wysokie na 2 metry, solidne ogrodzenie. W kuchni już było naszykowane legowisko dla Barona, góra piernatów, rząd misek z różnymi smakołykami, nawet nowe zabawki :lol:. Pani od razu chciała wyściskać Barona, ale oczywiście nie dał się dotknać. Od razu ruszył na obchód terenu, wszystko wąchał i znaczył teren. Do domu nie chciał wejść za żadne skarby. Chwilę przy nim postaliśmy (oczywiście mnóstwo pytań), a potem poszliśmy do kuchni podpisywać papiery. Drzwi były cały czas otwarte i co chwilę wychodziłam do psa. Za którymś tam wyjściem już nigdzie nie mogłam go znaleźć... Najpierw szukałam go sama, potem wylegli z domu wszyscy (moja siostra, mój mąż, mąż tej Pani i ich siostrzeniec) i zaczęliśmy szukać razem. Jak kamień w wodę... Fakt, że ogród był pełen zakamarków, krzaków, poza tym było ciemno i słabe światło, no ale przecież taki duży pies to nie igła i gdzieś musiał być, a tymczasem... jak kamień w wodę :???:... Zaczęliśmy już nawet sprawdzać oczko wodne, czy może się nie utopił, ale przecież psy umieją pływać, poza tym miało raptem metr długości... Po prostu czarna rozpacz i zdumienie niewyobrażalne, jak w ciągu 2 minut bez śladu i hałasu mógł wyparować pies. Zaczęłam podejrzewać, że może w jakiś sposób pokonał jednak to ogrodzenie, ale wydawało się to bardzo nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę jego wysokość i stan fizyczny Barona. ....... W końcu siostrzeniec tych Państwa wczołgał się pod olbrzymi świerk, którego gałęzie leżały na ziemi. Okazało się, że pod drzewem była ok. 4 metrowa studnia, na szczęście bez wody. Na dnie studni leżał Baron :smhair2: :cry::shocked!:... Nie ruszał się. Kiedy się tam podczołgałam i zajrzałam do środka, to z szoku prawie wpadłam tam za nim... Okazało się, że studnia nie należy do tych Państwa, więc nie mogą jej zasypać, leży na granicy działki i od góry była przedzielona płotem. Oni swoją część przykryli drewnianą pokrywą. Poza tym studnia była umiejscowiona w takim miejscu, że żaden człowiek, ani większy zwierz nie miał możliwości swobodnego do niej dostępu. Do tej pory jest dla mnie zagadką, w jaki sposób Baron się tam dostał i wpadł do środka (pokrywa leżała na dnie razem z nim):look3:??? Ta Pani od razu zaczęła płakać, jej mąż histeryzować, że już po psie, że trzeba kopać dół. Kiedy sobie pomyślałam, że całe to ratowanie Barona, cyrki z jego oswajaniem, tyle osób w to zaangażowanych, kończy się po 5 min. w nowym domu ... skręceniem karku w jakiejś idiotycznej studni :angryy: :placz:. ....... Na tych ludzi nie było co liczyć, bo siedzieli i płakali, więc zaczęliśmy (ja, siostra i mąż) sami coś kombinować. Jeśli pies nie żyje, to przecież tak czy siak trzeba go stamtąd wyciągnąć, żeby mieć o tym stuprocentową pewność. Zaczęliśmy organizować jakiś sprzęt, bo jak po ciemku, w środku nocy, na obcej działce wyciagnąć z 4 metrów wielkiego psa ??? Na dodatek ta studnia była przedzielona od góry w połowie, co dodatkowo utrudniało dostęp do środka. W samochodzie mieliśmy latarkę, w końcu ten Pan się ocknął z szoku i przytargał drabinę, którą z wielkim trudem udało nam się wpuścić do środka. Była okropnie ciężka i ogóle nie było pola manewru przez tego świerka, więc cały czas się obawiałam, że runie na dół i jeszcze dodatkowo zmiażdży Barona. Potem mój nieoceniony mąż zaofiarował sie zejść na dół po psa. Na dnie okazało się, że Baron ma otwarte oczy i rusza głową :mdleje: . Ulżyło mi, że jednak żyje, ale nadal nie było pewnosci, czy nie ma uszkodzonego kręgosłupa, albo jakiś obrażeń wewnętrznych. Potem pojawił się następny problem - jak wyciągnąć psa??? Ponieważ nie dysponowaliśmy żadną liną (pierwsza zasada wyjazdu samochodem nad morze: zawsze zabieraj ze sobą linę wspinaczkową:razz:), postanowiliśmy użyć do tego prześcieradeł, koca i węża ogrodowego. Było z tym trochę kombinacji, bo po zawiązaniu psa w cukierek, mój mąż podnosił go od dołu, a my w trójkę (ja, siostra i siostrzniec) ciągnęliśmy od góry, prawie wpadając do środka. Dobrze, że Baron nie utrudniał w trakcie. Po wyciągnięciu Baron po prostu wstał i zaczął sobie spacerować :mad:, my natomiast pilnie potrzebowaliśmy szybkiej reanimacji i leków na uspokojenie. Po chwili zbadałam psa: nie miał żadnych złamań, nie wyglądalo też, że ma jakiś krwotok wewnętrzny, bo miał wilgotny nos, przytomne spojrzenie i z żadnej dziury nic mu nie kapało. Ale chyba był w lekkim szoku, bo dał się zaciągnąć do kuchni i nawet napił się wody. Pani jeszcze nie wyszła z przerażenia, ale zapowiedziała, że na noc już go nie wypuści na zewnątrz. Kiedy ochłonęłam, to nawrzeszczałam na nich za tę studnię, ale potem tego żałowalam, bo ciężko było znaleźć tutaj jakąś ich winę - po prostu idiotyczny wypadek. Nikt nie mógł przypuszczać, że ktoś może jednak wpaść do tej cholernej studni. Wiem, że następnego dnia, na swoją połówkę nałożyli betonową pokrywę. Ale to nie mialo już znaczenia, bo następnego dnia Baron zwiał. Jednak pokonał to ogrodzenie i poszedł w siną dal :mad:. Teraz jadę na sterylkę, więcej napiszę potem.
  16. Dzisiaj rano udało nam się przeprowadzić operację wyciagnięcia Barona z kojca i przewiezienia do weterynarza :multi:. Nie chciałam nic na siłę, tak że zajęło to dużo czasu, łącznie z zabarykadowaniem wejścia do budy. Na koniec musiałam nawet przytargać mu do kojca Donkę, która jest bardzo wesołą sunią i udało jej się ostatecznie nawet Barona wywabić z kojca. W efekcie obyło się bez znieczulania w azylu i nawet bez kagańca. Grzecznie wjechał w klatce na sam stół operacyjny. Kastracja: dobrze że ją zrobiliśmy, bo okazało się że na lewym jądrze miał już jakieś zmiany guzowate, które mogły w przyszłości zezłośliwieć. Uszy: w prawym syf, ale lewe to już makabra - po pierwsze kiedyś musiało być dotkliwie pogryzione (zresztą to drugie też, bo mu kawałka brakuje) i jeszcze w środku miał wielkie strupy i zrosty. Po drugie świerzb. Po trzecie zadawnione zapalenie, ze zwężeniem kanału usznego. Uszy wyczyszczone, dostał na nie antybiotyk i oridermyl do smarowania. Dalsze leczenie do kontynuacji u nowych właścicieli. Wet obmacał mu też kręgosłup i tylne łapy - nie stwierdził żadnych patologii, ale żeby powiedzieć coś wiążącego trzeba zrobić zdjęcie RTG, a to już w Warszawie. Weterynarz podejrzewa, że to wygięcie kręgosłupa w pałąk może mieć też przyczynę inną niż układ kostny - np. choroba nerek. Dlatego na wszelki wypadek pobraliśmy mu krew do badania na pełny skan. Trzeba było wykorzystać uśpienie, bo obawiam sie, że dużo wody w Wiśle upłynie, zanim Baron da się dotknąć właścicielom po dobroci. Wyniki wyślę im pocztą. Poza tym wyciągnęliśmy z Barona niezliczoną ilość kleszczy. Jeśli dzisiaj zdążę to zamieszczę jakieś zdjęcia. Teraz tylko podróż do Warszawy i Baron może zaczynać nowe życie :lol:. Wyjazd o 18-tej. Pies jest teraz na wybudzeniu w klatce, a więc gotowy do podróży. Rozmawiałam przed chwilą z nową właścicielką, kupione już smycze i miski, a pan wziął 2 dni urlopu, żeby jak najdlużej pobyć na początku z psem. [B][U]Rozliczenie kosztów Barona:[/U][/B] [B]hotel[/B] 05.07 - 16.07 11 dni x 5 zł/doba = 55 zł [B]obsługa wet.[/B] 217 zł (według faktury) razem: [B]272 zł[/B] [URL="http://imageshack.us"][IMG]http://img257.imageshack.us/img257/4313/68675471rm2.jpg[/IMG][/URL] Dotychczas na poczet ratowania Barona wpłynęło: 14.07 [B]56 zł[/B] - wpłata z Kmiennej Góry 11.07 [B]20 zł[/B] - Ania i Kajber 08.07 [B]50 zł[/B] - Gajowa razem: [B]126 zł[/B] [B][COLOR=blue]dług: 146 zł[/COLOR][/B]
  17. [CENTER][B][SIZE=3][COLOR=green]W środę w nocy odwożę Barona do nowego domu :lol:[/COLOR][/SIZE][/B][/CENTER] Warszawa-Grochów, dom z ogrodem, państwo bez dzieci, pies będzie spał na dworze albo w domu (będzie mógł sobie wybierać), weterynarz jest 20 metrów obok, tak że stała opieka weterynaryjna zapewniona. Wczoraj pani dzwoniła kilka razy i bardzo długo rozmawiałyśmy o psie. Pani jest uprzedzona o wszystkich doliegliwościach Barona i jego bojaźliwości. Uczuliłam ją, że pies będzie wymagał ogromnie dużo czasu, pracy i cierpliwości. Cieszę się, ale na razie umiarkowanie. Ucieszę się zupełnie, kiedy Baron szczęśliwie znajdzie się już na miejscu. Mówiąc szczerze, nie wyobrażam sobie podróży :roll:. [B]Proszę na razie o nie zdejmowanie Barona z ogłoszeń.[/B] Jeśli Baron nie będzie chciał po dobroci dać się zawieźć do weta, to weterynarz przyjedzie do azylu, tam go uśpimy, przewieziemy do lecznicy na czyszczenie uszu i kastrację. Wolę to zrobić tutaj, żeby pies nie jechał do nowego domu taki totalnie surowy.
  18. Nic nie napiszę teraz bliżej nt kosztów wet. Może być zdjęcie rtg, czyszczenie uszu i jakieś antybiotyki to na pewno, może sterydy na stawy... Później się okaże.
  19. Zobaczymy - jeśli nic się nie zmieni, to w przyszłym tygodniu będę musiała zamówić weta do azylu. [IMG]http://img61.imageshack.us/img61/4193/n021zq2.jpg[/IMG] [URL="http://imageshack.us"][IMG]http://img61.imageshack.us/img61/1576/n025uj2.jpg[/IMG][/URL]
  20. Baron robi małe postępy. 2 dni temu w ogóle nie chciał wyjść z boksu, wczoraj się czaił z pół godziny, ale w końcu wyszedł, wysikał się i od razu wrócił. Dzisiaj wyszedł już chętnie i pobiegał dłużej. Nadal jednak jest niezmiernie bojaźliwy, daje do siebie podejść najwyżej na 1 metr, a potem rozpłaszcza się na ścianie i łypie tak, że nie wiadomo, co dalej zrobi... Ładnie je, szczeka na inne psy. Dzisiejsze zdjęcia Barona: [URL="http://imageshack.us"][IMG]http://img411.imageshack.us/img411/4461/n015ok8.jpg[/IMG][/URL] [URL="http://imageshack.us"][IMG]http://img61.imageshack.us/img61/9695/n016yg7.jpg[/IMG][/URL] [URL="http://imageshack.us"][IMG]http://img183.imageshack.us/img183/1893/n018nk0.jpg[/IMG][/URL] [URL="http://imageshack.us"][IMG]http://img183.imageshack.us/img183/3459/n019kh7.jpg[/IMG][/URL] [URL="http://imageshack.us"][IMG]http://img411.imageshack.us/img411/5570/n020qp2.jpg[/IMG][/URL]
  21. Pewnie, że pamiętam o uszach, ale na siłę mu nic nie zrobię - musi chcieć w ogóle wyjść z kojca i dać się dotknąć. A zaglądanie do uszu i manipulowanie przy nich, to już coś o wiele więcej niż głaskanie po głowie, a na razie nawet na to nie pozwala.
  22. Hmm... z adopcjami to nigdy nie można być do końca pewnym... ale chyba można zaryzykować zmianę tytułu. Gdybym nie była pewna, że to dobre miejsce, to bym jej tam nie zostawiła. Aha, Lotosia będzie prowadzana do weterynarza o czarnej skórze, chyba z Nigerii :lol:. [B]Alaa[/B], dajmy sobie spokój z tymi 6 dniami lipca :lol:. Dzięki za sponsorowanie pobytu Lotosi przez tak długi okres:Rose:. Gdybyś pomimo wszystko cierpiała na jakieś nadwyżki finansowe i kompletnie nie miała co zrobić ze 150 zł miesięcznie :p, to trafił do mnie ostatnio zabiedzony onek Baron - teraz zbieramy na niego: [URL="http://www.dogomania.pl/forum/showthread.php?t=114461"][COLOR=blue]http://www.dogomania.pl/forum/showthread.php?t=114461[/COLOR][/URL]
  23. Wczoraj Baron, oględnie mówiąc, nie chciał współpracować - bał się wyjść z kojca (w efekcie w ogóle nie wyszedł), cofał się na każdy mój ruch :shake:, tak że dałam mu spokój. Nie wyobrażam sobie szamotaniny z takim dużym, obcym psem. Zresztą nie dzieje się z nim nic pilnego, nie potrzebuje natychmiastowej pomocy weterynaryjnej. Będziemy próbować codziennie i zobaczymy. W końcu się otworzy. Jeszcze tu takiego nie było, co by się nie zsocjalizował. Aha, może warto zmienić tytuł?
×
×
  • Create New...