Odbierałam dwa porody. Właściwie to nic nie robiłam tylko przy tym byłam.
Pierwszy był oczywiście wiekszym przezyciem. Nie spodziewałam się duzego miotu a było 9. :o Suce zrobilismy kojec ale nie chciała do niego wchodzić przed porodem. Pierwszej fazy nie zauwazyłam, zachowywała sie normalnie chociaz wiedziałam, ze to powinno być tuż, tuż. Poszłam do kiosku - tylko chwila. Wracam a dziecię mówi, ze jedno juz jest. :) Suka lezała w kojcu, do którego wczesniej nie chciała i już rodziła drugie. :D Zadwoniłam do weta. Przyjechał - były już cztery. :D Powiedział, że to jeszcze nie koniec i jeszcze przyjedzie. Potem pojechał z inną suką do krycia 100 km. :fadein: Potem rozpętała się burza. Światło zgasło, hydrofor przestał działać, woda przestała lecieć. Suka rodziła przy świecach. :P Wet nie mógł szybko przyjechać, bo na drodze lezały połamane drzewa. Jak przyjechał były już wszystkie. :lol: Acha, wczesniej kazał mi odbierać suce łozyska zeby wszystkich nie zeżarła, bo ją przeczyści. Nie udało mi się - zezarła wszystkie. :o Nic jej nie było. Wet ją obmacał, powiedział, ze to juz koniec. Dał zastrzyk wapnia bo taki duzy miot. Byłam podekscytowana ale ręce mi sie nie trzęsły, bo nic nie musiałam robic. Suka była w dobrej kondycji i nie myslałam o zadnych komplikacjach chociaz o nich wiedziałam. To było fascynujace przezycie. A odchowanie szczeniat to dopiero jest frajda, chociaz duzo roboty. Teraz nie mam psa ale znów będe miał i to suke. Okropne było tylko jak ciął ogony. Teraz juz się tego nie robi i więc oszczędzi się stresu.
Pozdrawiam, zyczę powodzenia tobie i suce. :D :D :D