Jump to content
Dogomania

agatha

Members
  • Posts

    129
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by agatha

  1. Hey Czy nikt nie miałby nic przeciwko temu, żeby pod TESCO przybłąkała się jeszcze jedna osóbka zainteresowana pomysłem? :) Mój Wilson spróbował minimalnie agility w Gostarze jak był w przedszkolu i strasznie mu się to spodobało. Teraz ma 6 miesięcy i na pewno chętnie wyskoczy czasem poza Mysłowice troszke pośmigać po przeszkodach. Pozdrawiam i mam nadzieję, że nas przygarniecie ;)
  2. Choć moja psina została skremowana i nie dostałam jej prochów, ja również na działce posadziłam pięknego świerka w miejscu, w którym najczęściej leżał i pod nim położyłam kamień z napisem "na pamiątkę Czarusiowi". Zresztą działka została kupiona z myślą o nim, żeby przynajmniej latem i w week-endy mógł całe dnie spędzać na dworze, kąpać się w rzece, chodzić po górach. I choć zdążył z niej skorzystać tylko przez jeden rok, wiemy, że było warto, zawsze jak tam jesteśmy zdaje nam się, że zaraz wybiegnie zza drzewa, przybiegnie po herbatnika, żeby go potem zakopać w ziemi i czekać aż wyrośnie herbatnikowe drzewko ;) . Na zawsze pozostanie to "działka Czarusia".
  3. agatha

    Kleszcz!!!!!!!!

    Wczoraj akurat wyciągnęłam mojemu psu kleszcza, którego odwłok był długi na ok 0,5 cm. Tyle, że był dosyć płaski. Najprawdopodobniej przyniósł go ze spaceru po lesie, na którym bylismy jakieś 42 godz wcześniej.
  4. Leonberger to moje marzenie, mam nadzieję, że kiedyś do spełnienia. Ale najpierw muszę wyprowadzić się z moich 46 m2...
  5. Flare, spotkałam się kilka razy z taką sytuacją, że pies który miał taką mozliwość odchodził by umrzeć samotnie. Nie mam pojęcia dlaczego. Wydawało mi się, ze mój pies też chciał właśnie zrobić to samo, tyle że nie chodził sobie samopas, nie miał jak po prostu wyjść z domu. Poza tym jak przez pół roku cierpliwie znosił wszelkie zabiegi na nim, brał wszystkie tabletki bez sprzeciwu, tak w pewnym momencie zaczął odmawiać przyjmowania ich, żadne podstepy nie działały, jedynie "na siłe" wlewałam mu je do gardła. Nie chciał wychodzić na spacer, wszystko przestało go interesować. Miał chore serce, jak powiedział wet nic go nie bolało (dlatego tak długo nie dawałam za wygraną) ale zwyczajnie nie miał już siły żeby życ, żeby walczyć. W związku z tym zdecydowaliśmy się na ten ostateczny krok.
  6. INA: jasne, że jak pies ma chęć i siłę walczyć to nie można mu tego odbierać i mimo wszystko tracić nadziei. To zdecydowanie widać, kiedy chce nam powiedzieć: "mam już dość, już nie mam siły, pozwólcie mi odejść". Pamiętam ten wyraz oczu, praktycznie już obojętność na codzienne życie, tylko wielka chęć spokojnego zaśnięcia. A jednocześnie te wcześniejsze oczka, które jakby chciały powiedzieć: "no co wy, przecież ja jeszcze chcę żyć, chcę być z wami, chociaż czasem wydaje się, że już jest bardzo źle, o czym wy w ogóle myślicie???? co wam w ogóle za pomysły go głowy przychodzą??" i jakoś nie wiadomo skąd zbierał wszystkie swoje siły żeby pokazać, że wcale aż tak źle się nie czuje. Póki więc Misiu sam chce żyć, nie poddawaj się!
  7. Czytam historię Misia i mam przed oczami mojego Czarusia. Tyle, że on miał silną niewydolność lewej komory serca, którą niestety wykryto bardzo późno, wcześniej ciągle podejrzewano u niego to zapalenie krtani, to jakąś inna infekcję dróg oddechowych, bo kaszlał, a jakoś nie było słychać szmerów w sercu. W pewnym momencie wet zdecydował się zrobić prześwietlenie płuc i jak zobaczyłam to zdjęcie rentgenowskie to mało mi serce nie stanęło. Lewa komora wielka jak balon. EKG i USG serca potwierdziły diagnozę. Wet nie dawał nam żadnych nadziei. Mimo to stwierdzilismy, że nie poddamy sie bez walki. Co drugi dzień zastrzyki, tony furosemidu, bo zbierała się woda w płucach i innych sprowadzanych z zagranicy leków. Po tych zastrzykach odzyskiwał siły, zachowywał się jak młody pies mimo swoich 12 lat i cieszyliśmy się z każdego dnia, myślelismy, ze może jednak zdarzy się cud. Dokładnie rok temu, w Święta Wielkanocne nastąpiło znaczne pogorszenie. Tak samo, jak Ciebie nie cieszyły nas ciepłe dni, to, że wszystko się zieleni, wszystko jakos traciło sens. Mimo wszystko jeszcze jakoś próbowalismy. Chcieliśmy wiedzieć, że zrobiliśmy wszystko, co było możliwe, tym bardziej, że wet zapewniał nas, że nic go nie boli, tylko szybko się męczy. W końcu pod koniec maja zauważyłam, jakby Czarek prosił nas, żeby już mu odpuścic, że on już nie ma siły walczyć, jakby mówił "dajcie mi już spokój". Na spacerach kładł się co jakiś czas i zasypiał na trawie. Zdecydowałam się więc na ten najtrudniejszy dla każdego własciciela krok. I choć myślałam, że nie będę w stanie być przy tym, teraz jestem szczęśliwa, że byłam przy nim do końca, że zobaczyłam w jego oczach: "dziękuję za wszystko, za to, że daliście mi nowe życie, za te 7 lat, odkąd wzięliście mnie ze schroniska. Kiedyś jeszcze się spotkamy" I tak spokojnie zasnął, nic sie nie sprzeciwiał, jak lekarz wstrzykiwał mu srodek usypiający w żyłę, po prostu położył sie i zamkął oczy. Teraz mamy od 4 miesięcy małego rozbujnika, ale czasem wydaje mi się, ze to jest kolejne wcielenie Czarusia, że patzry na nas tak samo, wybiera te same miejsca w domu do spania, w ogóle jakos tak podobnie się zachowuje. Trzymajcię sie więc w tych trudnych chwilach, które będziesz na pewno wspominać do końca swoich dni...
×
×
  • Create New...