Rulon nie szczeka i nie wyje ani kiedy wychodzimy ani kiedy wchodzimy do mieszkania. Kiedy wychodziłam, krótko popiskał pod drzwiami. Kiedy wróciłam, szczekał, gdy już weszłam do mieszkania i zadzwoniłam smyczą. Dziś, kiedy wróciliśmy, szczekał na lodówkę (w sensie daj! daj!) i na karetkę pogotowia, która przejechała na sygnale za oknem. Sąsiad indagowany, czy słyszał te odgłosy psa, zapytał, jakiego psa :) Sąsiadka, która monitorowała odgłosy Rulona podczas naszej nieobecności, jeszcze nie została odpytana, czy i co było słychać, gdy nas nie było :)
Niczego nie zniszczył, widać było, że leżał na łóżku pod naszą nieobecność, bo między poduszkami na narzucie był wyleżany podłużny dołek, którego rano nie było.
Łapa powoli lepiej, ale skubany rwie się do lizania i niestety nasza nieobecność = kołnierz. Notabene po pęknięciu ropnia między palcami najlepiej byłoby trzymać to odkryte i cały czas suszyć, więc niedzielne popołudnie spędziłam przy jego pontonie, trzymając mu rozchylone palce.
Teraz dostał gnata ze skóry wołowej i piłuje go z takim zapamiętaniem, że aż mi się jeżą włosy na głowie, bo każde chrupnięcie kojarzy mi się z pękającym zębem.
Jak wróciłam pierwsza i zabrałam go na spacer, to spacer był krótki, ale klocki dwa i to potężne, a sikanie też całkiem sprawiedliwe. Czy on w Katowicach też tyle lał? :) Gdzie mu się to mieści...
Aha, może u nas też, jak będziemy wychodzić, to zacznie się zwijać w kłębek i nas ignorować, ale jak zacznie chodzić na dłuższy spacer rano, bo teraz to robi tylko półkółko przy bloku i rwie z powrotem do domu. Jak będzie bardziej sfatygowany po spacerze, to zje i padnie, jak sądzę, a poza tym może dziś po prostu nie był jeszcze pewien, czy wrócimy. Mam nadzieję, że z każdym dniem będzie lepiej, choć dziś miałam straszne wizje, a to, że zaczepił o coś kołnierzem i nie może się wydostać, a to, że ześrutował książki z biblioteki, które sklerotycznie zostawiliśmy na podłodze przy łóżku.