BeataU
Members-
Posts
241 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by BeataU
-
Czytam wątek już od jakiegoś czasu i jestem pod wrażeniem. Widzę, że potraficie poruszyć niebo i ziemię, żeby zwierzakom działo się lepiej. Ja sama nigdy nie byłam w Dyminach, ale trochę słyszałam, szczególnie ostatnio. Jestem przerażona, że można tak traktować żywe stworzenia. Winni powinni za to odpowiedzieć.
-
Sunia nie może zostać u mnie, ale w tak paskudne warunki jej nie zawiozę. Szkoda suni, żeby się tam zmarnowała. Trafi z pewnością w lepsze miejsce.
-
Sunia z pewnością nie trafi do schroniska w Kielcach. To jest już pewne.
-
Jestem po wizycie wetki. Dała zaświadczenie dla brata, że sunia nie ma wścieklizny i zaszczepiła moje psy. Rozmawiałam z kobietą o suni i powiedziała, że można ją spokojnie najpierw zaszczepić, a odrobaczyć w drugiej kolejności. Ufam jej, bo uratowała już życie mojemu psu i ma spore doświadczenie w swoim zawodzie. Nie jestem wetem i nie znam się na tych rzeczach, więc zawierzyłam jej wiedzy i doświadczeniu. Po konsultacji zdecydowalyśmy, że sunię też najlepiej od razu zaszczepić. Rozmawiałam też z rodzicami i doszliśmy razem do wniosku, że na czas kwarantanny sunia może jeszcze u nas zostać (wetka powiedziała, że wystarczą 2 tygodnie). Więc spokojnie, nie trafi z obniżoną odpornością w kłębowisko chorób. To tyle faktów. A teraz trochę odnośnie zachowania suni. Ja to nie do końca widzę tak, jak opisała to Kociabanda2. Z pierwszą częścią się zgodzę, że sunia mnie i tatę polubiła, bo tylko my się nią przez cały czas zajmujemy. Wydaje mi się, że żaden pies nie gryzie ręki, która go karmi i pieści. Nie wydaje mi się jednak, żeby świetnie zaaklimatyzowała się na ogrodzie, bo większość czasu spędza teraz niestety w kojcu. Wydaje mi się, że ona po prostu wyczuwa zdenerwowanie i pewną niechęć reszty domowników. Moja mama boi się obcych psów niezależnie od ich wielkości, a brat zachowuje się nerwowo, a nawet lekko agresywnie w obecności zwierząt. O CS-ach oboje nie mają pojęcia, a przy psie lękliwym to przecież podstawa, żeby umieć się zachować spokojnie. Bardzo denerwowałam się dzisiejszą wizytą wetki, bo nie wiedziałam, czy sunia nie będzie się na nią rzucała z paszczą, ale okazało się, że w ogóle nie zachowywała się wobec niej agresywnie. Nie było ani jednego warknięcia, szczeknięcia czy jakiegokolwiek agresywnego gestu ze strony małej. Nawet kiedy wetka była w kojcu suczki i pochylała się nad nią ze strzykawką. Tylko trochę uciekała, ale nic dziwnego, bo przecież miała prawo się bać w takiej sytuacji. Na szczęście wetka zachowywała się normalnie, więc nie stresowała dodatkowo suni. Mój chłopak zachowywał się zawsze podobnie i też nie było w jego kierunku agresji. No nie wiem, też nie jestem behawiorystą, ale tak to widzę, że jej zachowanie zależy głównie od zachowania człowieka. Jeśli ktoś podchodzi do niej spokojnie, ona tez jest spokojna. Jeśli ktoś zachowuje się nerwowo, mała przejmuje jego nerwy.
-
Erka, może niesłusznie, ale odebrałam Twój post jako pretensje. Przykro mi, że twierdzisz, ze chcę wrzucić sunię do najgorszego syfu, żeby zdechła. Gdybym chciała, już by tam była od dawna. Niestety wcześniej nie mogłam jej zaszczepić. To nie zależało tylko ode mnie, nie mam ochoty już się z tego tłumaczyć. Staram się, jak umiem (może nie wystarczająco?) i chcę dla niej jak najlepiej, ale mam ograniczone możliwości. Lepiej będzie jeśli odwiozę ją gdzieś zupełnie bez szczepień? Wtedy na nic nie zachoruje i nie zdechnie? Myślałam, że w schroniskach są jakieś miejsca dla nowych psów, żeby przeszły kwarantannę. Skąd miałam wiedzieć, że ich nie ma, skoro nie miałam nigdy styczności z takimi miejscami? Wydawało mi się to oczywiste, ale widocznie byłam w błędzie. Domownicy z niechęcią dali mi ten kolejny tydzień, żeby małą zaszczepić (moim zamiarem nie było uśmiercenie małej w męczarniach, a wręcz odwrotnie, uchronienie jej przed takim losem). Nie ma raczej opcji, żebym dostała od nich więcej czasu. Suńka jest już u mnie tak długo, że coraz mocniej działa innym domownikom na nerwy. Poza mną i tatą nikt w domu nie przepada za psami, a zajmuję się nią tylko ja. Jeśli mnie nie ma (co się dość często zdarza), tata mnie zastępuje w karmieniu. W stosunku do nas obojga oraz naszych psów sunia zachowuje się super. Nie mogę jej też wypuszczać na ogród, bo inni się boją. W takich warunkach i takiej atmosferze nie mogę jej już zbyt długo trzymać u siebie, bo męczą się wszyscy, i ludzie, i psy. Nie skłócę się przecież przez suczkę z całą rodziną. Czy to, że chce żyć w zgodzie z rodziną, oznacza, że jestem zła dla zwierząt? Już nie mam do tego siły, ciągle jestem w stresie o małą i nie mogę spać. Aniu, myślałam o jakimś hotelu i rozmawiałam o tym w domu, ale u mnie nikt nie chce płacić sporej kasy za nie swojego psa. Ja mam przed sobą ładnych parę miesięcy stażu, który na moim kierunku jest niestety bezpłatny, więc też nie opłacę sama hotelu. Na Dogo jestem od niedawna i nie bardzo się orientuję, na czym polegają te deklaracje. A co będzie z psem, jeśli za kilka miesięcy skończy się kasa na hotel a domu stałego dalej nie będzie? Do mnie nie wróci na pewno, bo by mnie rodzina razem z nim chyba z domu wyrzuciła. Szczerze mówiąc to zawsze miałam wyobrażenie, że DT z definicji jest bezpłatny. Dopiero kiedy weszłam na Dogo i zobaczyłam, jak kwitnie biznes hotelikowy (sorki, że tak to nazwałam, ale skoro ktoś na tym zarabia, to jest to dla mnie taki sam biznes jak sklep czy salon fryzjerski), dostałam kubeł zimnej wody na głowę. Chciałabym znależć dla suni jakieś lepsze miejsce, ale zdaję sobie też sprawę z tego, że nie może ona trafić do kogokolwiek, bo osoba, do której trafi, musi być spokojna i mieć pojęcie o psach. I oczywiście to samo dotyczy wszystkich domowników, żeby się nie skończyło jak u mnie. Szukam. Tak poza tym to potwornie żałuję, że pozwoliłam suczce zostać w ogronie i obiecałam sobie, że póki się nie przeprowadzę na swoje, nie wezmę już do domu obsolutnie żadnego bezdomnego psa (jedynie szczenięta, które bez pomocy człowieka nie mają na ulicy żadnych szans i którym zawsze znajdowałam domy w ciągu kilku dni). To nie na moje nerwy i obecne możliwości. Niestety rodzina mnie w tym temacie nie wspiera, a wręcz utrudnia mi oswajanie przestraszonego zwierzaka. Chciałam dobrze, a wyszło jak zawsze. Z każdej strony dostaję po uszach. Zaczynam mieć już somatyczne objawy stresu, bo wiem, że co bym nie zrobiła, to i tak będzie złe rozwiązanie, jeśli to nie będzie normalny dom.
-
Erka, może niesłusznie, ale odebrałam Twój post jako pretensje. Przykro mi, że twierdzisz, ze chcę wrzucić sunię do najgorszego syfu, żeby zdechła. Gdybym chciała, już by tam była od dawna. Niestety wcześniej nie mogłam jej zaszczepić. To nie zależało tylko ode mnie, nie mam ochoty już się z tego tłumaczyć. Staram się, jak umiem (może nie wystarczająco?) i chcę dla niej jak najlepiej, ale mam ograniczone możliwości. Lepiej będzie jeśli odwiozę ją gdzieś zupełnie bez szczepień? Wtedy na nic nie zachoruje i nie zdechnie? Myślałam, że w schroniskach są jakieś miejsca dla nowych psów, żeby przeszły kwarantannę. Skąd miałam wiedzieć, że ich nie ma, skoro nie miałam nigdy styczności z takimi miejscami? Wydawało mi się to oczywiste, ale widocznie byłam w błędzie. Domownicy z niechęcią dali mi ten kolejny tydzień, żeby małą zaszczepić (moim zamiarem nie było uśmiercenie małej w męczarniach, a wręcz odwrotnie, uchronienie jej przed takim losem). Nie ma raczej opcji, żebym dostała od nich więcej czasu. Suńka jest już u mnie tak długo, że coraz mocniej działa innym domownikom na nerwy. Poza mną i tatą nikt w domu nie przepada za psami, a zajmuję się nią tylko ja. Jeśli mnie nie ma (co się dość często zdarza), tata mnie zastępuje w karmieniu. W stosunku do nas obojga oraz naszych psów sunia zachowuje się super. Nie mogę jej też wypuszczać na ogród, bo inni się boją. W takich warunkach i takiej atmosferze nie mogę jej już zbyt długo trzymać u siebie, bo męczą się wszyscy, i ludzie, i psy. Nie skłócę się przecież przez suczkę z całą rodziną. Czy to, że chce żyć w zgodzie z rodziną, oznacza, że jestem zła dla zwierząt? Już nie mam do tego siły, ciągle jestem w stresie o małą i nie mogę spać. Aniu, myślałam o jakimś hotelu i rozmawiałam o tym w domu, ale u mnie nikt nie chce płacić sporej kasy za nie swojego psa. Ja mam przed sobą ładnych parę miesięcy stażu, który na moim kierunku jest niestety bezpłatny, więc też nie opłacę sama hotelu. Na Dogo jestem od niedawna i nie bardzo się orientuję, na czym polegają te deklaracje. A co będzie z psem, jeśli za kilka miesięcy skończy się kasa na hotel a domu stałego dalej nie będzie? Do mnie nie wróci na pewno, bo by mnie rodzina razem z nim chyba z domu wyrzuciła. Szczerze mówiąc to zawsze miałam wyobrażenie, że DT z definicji jest bezpłatny. Dopiero kiedy weszłam na Dogo i zobaczyłam, jak kwitnie biznes hotelikowy (sorki, że tak to nazwałam, ale skoro ktoś na tym zarabia, to jest to dla mnie taki sam biznes jak sklep czy salon fryzjerski), dostałam kubeł zimnej wody na głowę. Chciałabym znależć dla suni jakieś lepsze miejsce, ale zdaję sobie też sprawę z tego, że nie może ona trafić do kogokolwiek, bo osoba, do której trafi, musi być spokojna i mieć pojęcie o psach. I oczywiście to samo dotyczy wszystkich domowników, żeby się nie skończyło jak u mnie. Szukam. Tak poza tym to potwornie żałuję, że pozwoliłam suczce zostać w ogronie i obiecałam sobie, że póki się nie przeprowadzę na swoje, nie wezmę już do domu obsolutnie żadnego bezdomnego psa (jedynie szczenięta, które bez pomocy człowieka nie mają na ulicy żadnych szans i którym zawsze znajdowałam domy w ciągu kilku dni). To nie na moje nerwy i obecne możliwości. Niestety rodzina mnie w tym temacie nie wspiera, a wręcz utrudnia mi oswajanie przestraszonego zwierzaka. Chciałam dobrze, a wyszło jak zawsze. Z każdej strony dostaję po uszach. Zaczynam mieć już somatyczne objawy stresu, bo wiem, że co bym nie zrobiła, to i tak będzie złe rozwiązanie, jeśli to nie będzie normalny dom.
-
[SIZE=2]Wynegocjowałam dla suni jeszcze tydzień, bo zanim ją gdziekolwiek wydam (czy do nowy dom, czy schronisko), musi zostać w końcu odrobaczona i zaszczepiona. Wcześniej nie bardzo można było ją złapać i przytrzymać, bo strasznie się bała i uciekała. Teraz podczas obserwacji mama nie pozwoliła nic jej podawać, żeby jej nie zaszkodziło i żeby od tego nie umarła, bo wtedy brat by miał problem. Jutro jest ostatni dzień obserwacji i odwiedzi nas weterynarz, żeby zobaczyć psiaka. Przy tej okazji zaszczepimy małą i całe moje stadko. Za tydzień ją odrobaczymy. Wiem, że kolejność trochę odwrócona, ale przez tą obserwację nie mogłam jej dać nawet głupiej tabletki na robaki. Czas trochę goni, bo rodzina się niecierpliwi, ile jeszcze suka ma u nas zostać, a ja chcę wykorzystać obecność weta, żeby suni nie stresować dodatkowo jazdą i lecznicą. Postanowiłam, że małej nie uśpię. To całkowicie niezgodne z moim sumieniem. Uważam, że do tego kwalifikują się psy bardzo stare i cierpiące lub stwarzające realne zagrożenie ze względu na ich agresję. Sama byłam w przeszłości zmuszona podjąć taką decyzję i uśpić swoją sunię ON, ale ona cierpiała. Ta jest pełna życia. Nie mogę odebrać jej szansy w taki sposób. Wiem, że schronisko to niezbyt fajna perspektywa, ale być może ktoś ją wypatrzy i jej życie jeszcze się odmieni. Sama bym ją zostawiła u siebie, gdyby nie rodzina, bo bardzo się do niej przywiązałąm (myślę, że z wzajemnością). Mała jest po prostu niesamowita. Strasznie mi jej szkoda. Jedyne, co mnie w tej chwili pociesza, to że w naszym schronisku od paru dni są kontrole, po których coś się powinno poprawić (dopiero z godzinkę temu mi o tym tata powiedział, bo ja ostatnio mam trochę inne sprawy na głowie, więc dopiero muszę przepatrzeć gazety z poprzednich dni i Internet, żeby się coś więcej na ten temat dowiedzieć). Wiem, że to zła decyzja i proszę, nie krytykujcie jej, bo w tym wypadku żadna nie byłaby dobra. Jutro będę miała w końcu chwilkę, to porobię jeszcze ogłoszenia. Mam nadzieję, że jeszcze ten dodatkowy tydzień pomoże i ktoś się dla niej znajdzie, żeby nie trafiła do schronu.[/SIZE]
-
Ostatnio w ogóle nie miałam czasu na wejście do netu, więc się nie odzywałam. Przypominam o suni. Czasu już jest niewiele, a mała nadal nie ma się gdzie podziać i szuka domku. Zostanie wydana odrobaczona i zaszczepiona, dowiozę ją we własnym zakresie. Serce mi pęknie, jeśli będę musiała ją odwieźć do schroniska ;(
-
Nie jestem w stanie powiedzieć dokładnie, do ilu km będę w stanie dowieźć psa, ale myślę, że tak do 150 powinno dać radę. Zależy, jak daleko mój tata zgodzi się jechać. Gdyby psiak miał trafić do dobrego DT lub DS, to myślę, że wchodziłaby w grę większa odległość, bo wszyscy chcemy dla suni jak najlepiej.
-
Erica, przepraszam jeśli słowo "kundel" Cie uraziło. Ja osobiście nie uważam, żeby było ono nacechowane pejoratywnie. Na moje własne nierasowe psiaki tak mówię, bo dla mnie kundel to po prostu pies bez rodowodu. Ale faktycznie innym może się to nie podobać. No nie, nie powiem przecież, że to mój pies, bo w końcu nie jest. Jeśli już to powiem, że znalazłam go po trasie czy w danym mieście, do którego go zawiozę. Jeśli bym powiedziała, że przywiozłam go z Kielc, to chyba nie wyszłoby to zbyt dobrze. Pogadam z rodzicami i postaram się załatwić jej to odrobaczenie i szczepienia wcześniej. PS: Przed chwilką udało mi się założyć suczce obróżkę. W końcu jej łakomstwo ja "zgubiło". Co prawda zajęło to kilka prób i nieco zestresowało małą, ale potem dostała porcję pieszczot i garść smaczków, więc dalej jesteśmy kumpelkami (no... może to za duże slowo, ale mała mnie lubi najbardziej ze wszystich :)
-
Kurczę, nie sądziłam nawet, że będzie aż takie zainteresowanie małą. Ogromne dzięki! Ja jestem w tej chwili niestety całkowicie uzależniona od rodziców. Oni chcą, żeby pies po prostu u nas zniknął. Nie chcą dla niego źle, bo to dobrzy ludzie i zwierzęcia by nie skrzywdzili. Co do brata to już czasem nie wiem, co mówi serio a co nie i wręcz boję się o małą z jego powodu. Jeśli tata mi pomoże, to powinniśmy razem dać radę z zapięciem jej na obrożę i przewiezieniem nawet do innego miasta (byle w jakiejś rozsądnej odległości, bo nie sądzę, żeby chciało mu się jechać z kundlem np. nad morze). Szczepienie wchodziłoby w grę raczej już po drodze. Mam nadzieję, że nam się uda. Czy ktoś z Kielc miałby ewentualnie jakąś transportówkę do pożyczenia, gdyby była taka konieczność? Ja nie posiadam, bo moje psy nie mają choroby lokomocyjnej i w czasie jazdy zachowują się spokojnie, ale nie wiem jak będzie z suczką i czy mi nie będzie skakała po całym samochodzie. Oczywiście marzy mi się bezpłatny DT lub nawet DS, bo póki nie skończę dopiero wiosną bezpłatnego stażu i nie znajdę już normalnie płatnej pracy, finansowo jestem nadal uzależniona w 100% od rodziców i nie będę miała z czego opłacić hoteliku. Z góry wiem, że rodzice nie zgodzą się na płacenie po kilka stówek za obcego kundla przez być może wiele miesięcy. Z tego względu biorę pod uwagę schronisko, bo tam pies trafi bez takich opłat. Bardzo Was proszę, tak na wszelki wypadek, powiedzcie mi, jakie są jeszcze przyzwoite schroniska w rozsądnej odległości od Kielc. Czy jest możliwość, że zaszczepią psa na wirusy na miejscu (może być za moją opłatą) w lecznicy schroniskowej (jeśli takie istnieją)? Przepraszam za takie pytania, ale nigdy nie byłam w schronisku (ze strachu co tam zobaczę) i nie mam pojęcia, jak są one zorganizowane. Jeśli sunia miałaby trafić w takie miejsce, moim marzeniem byłoby, aby ktoś z miejscowych wolontariuszy czasem do niej zajrzał. No i jeszcze takie pytanie, czy w schronisku mają prawo odmówic przyjęcia psa, jeśli będą mieli wątpliwości, czy pochodzi on z ich terenu, bo np. zobaczą, że przyjechaliśmy samochodem z obcą rejestracją?
-
Słuchajcie, zaświtał mi pewien pomysł. Może głupi, może niewykonalny, może niezgodny z prawem. Nie wiem i dlatego chcę Was zapytać o opinię. Słyszałam, że kieleckie schronisko to tragedia i być może lepiej małą uśpić niż tam odwozić. Ponieważ czasu mam mało a mała nie podbiła niczyjego serca, to pomyślałam, że może lepiej sunię zawieźć do schroniska w innym mieście. Nie wiem, jak to wygląda, może da się jakoś coś takiego załatwić. Usypianie takiego psa jest całkowicie niezgodne z moim sumieniem i wolałabym jednak tego nie robić. Czy są w ogóle jakieś przyzwoite schroniska w Polsce, gdzie mała miałaby lepsze warunki i większe szanse? Tylko jeśli to jest idiotyczne, to nie objeżdzajcie mnie za taki pomysł. Tak tylko pytam, bo chcę dla małej jak najlepiej.
-
Elinka, dzięki za link. Dodałam sunię, ale boję się, że ta pani szuka trochę innego psiaka. Moja mała może się nie wpasować w podane kryteria. No ale kto wie.
-
Andzia69, wiem, że taka izolacja źle na nią podziałała, ale nie mogłam dopuścić do pojawienia się na świecie kilku-kilkunastu kolejnych kundelków. Nie miałam innych warunków, a cieczka przyszła nagle. Starałam się, żeby ze mną suczka miała jak najwięcej kontaktu i powolutku się przyzwyczajała. Nie mogłam zmusić innych domowników do kontaktów z nią, bo jak już pisałam, mama i brat boją się obcych psów niezależnie od ich gabarytów, a tata zastępował mnie w opice nad małą, tylko kiedy wyjeżdżałam na weekend z domu. Jak już ktoś napisał to pies wielkości wyrośniętego kota. Poza tym ma spory tyłozgryz, więc nawet gdyby chciała, nie może zbyt dotkliwie ugryźć. Mojego brata ledwo drasnęła zębem. Ja nawet nie widziałam krwi, ale skórę lekko mu uszkodziła. "Rana" jest taka, że właściwie jej nie ma, ale u mnie w domu liczy się fakt, że mała ma "napady agresji". Niestety ile razy próbuję tłumaczyć, że to przez jej lęk i że pies nigdy nie gryzie bez powodu a wina jest zawsze po stronie człowieka, tyle razy mam zaraz kłótnię, że absolutnie nie mam racji i bronię agresywnego, rzucającego się na rodzinę zwierzęcia. Nie mam już sił na kolejne próby tłumaczenia, bo to bezcelowe. I tak rodziny nie przekonam do swoich racji, bo oni wiedzą lepiej, mimo że ich wiedza o psach jest zerowa. Niestety u mnie nie ma już szans na wypuszczenie małej z kojca przez te 2 tygodnie a potem jest postanowione, że ten kojec i cały nasz ogród opuści bezpowrotnie. Najpewniej trafi do schroniska. Tam na pewno jej stan psychiczny się nie poprawi. Nie mogę jej też ogłosić i dać komukolwiek, bo jeśli ten ktoś miałby w domu osoby z takim podejściem do psów jak moja mama czy brat, to też byłąby tragedia dla suki, bo nie wiadomo, co by ten ktos z nią zrobił gdyby np. ugryzłą ze strachu jego małe dziecko. Ona potrzebuje kogoś, kto zna się choć trochę na psach, ma cierpliwość i jest opanowany. Nie mogę nikogo takiego znaleźć, ale szukam i wierzę jeszcze w cud. Sunia na prawdę potrafi się odwdzięczyć za okazane jej serce.
-
Ja właśnie widzę, że ona ma niesamowitą chęć do zaprzyjaźnienia się z jakimś człowiekiem. Przy dobrym podejściu i ręce pełnej psich ciasteczek sunia szybko zaufa. Kiedy ja zbliżam się do kojca, mała już skacze na ogrodzenie i piszczy, żeby do niej podejść, biegnie po piłeczkę. Gdyby inni domownicy potrafili ze mną współpracować, mała wyszłaby u mnie na prostą. Niestety nie mogę na to liczyć, szczególnie po wczorajszym wydarzeniu. Gdybym mieszkała sama i mogła się sama utrzymać, nie byłoby problemu, bo na mnie sunia się nie rzuca, reaguje wręcz przeciwnie. Dlatego właśnie tak mi szkoda oddać ją do schroniska, gdzie zmarnieje i pewnie prędzej czy później zdechnie. Uśpienie jej w celu uniknięcia losu psa schroniskowego też do mnie jakoś nie przemawia. Wiem, że jest to pies, który może być wspaniałym towarzyszem ludzko-psiej rodziny. Potrzebuje jedynie nieco cierpliwości i spokoju.
-
Jeśli znalazłby się dla małej dom, to myślę, że udałoby mi się zorganizować jakoś dowóz. Na razie nie myślałam o transporcie, bo domu ani widu, ani słychu.
-
Toyota, nawet nie wiesz, jak masz dobrze, że masz tak wyrozumiałą rodzinę. U mnie niestety nie ma takiej opcji. To pies przybłęda, więc też nie jest traktowany jak "swój", miał zostać na i tak znacznie krócej niż wyszło. U mnie w domu wygląda to tak, że pies ugryzł, czyli jest agresywny, czyli stanowi zagrożenie dla domowników, czyli należy się pozbyć przybłędy niewdzięcznej za okazane jej serce. Poza tym moja rodzina ma zerowe pojęcie o zachowaniu psów i dla nich pies lękliwy to taki, który ucieka, a jak szczeka i gryzie, to znaczy, że jest agresywny. Przy takim podejściu rodziny i lęku przed psem mamy i brata nie jestem w stanie mu sama pomóc i go wychować. Dla mnie sunia jest milutka i coraz bardziej kontaktowa. Szkoda byłoby zaprzepaścić tą poprawę i oddać ją do schroniska.
-
Erica, a jak zmienić tytuł wątku? Już próbowałam w dziale adopcji, ale nie bardzo się orientuję na dogo, bo jestem tu od niedawna. Skierowano mnie na to forum właśnie w sprawie tej suczki. Edit: Zdjęcia małej sprzed paru dni: [URL=http://img831.imageshack.us/i/p8173974copy.jpg/][IMG]http://a.imageshack.us/img831/2499/p8173974copy.jpg[/IMG][/URL] [URL=http://img828.imageshack.us/i/p8173971copy.jpg/][IMG]http://a.imageshack.us/img828/6471/p8173971copy.jpg[/IMG][/URL]
-
Erica, a jak zmienić tytuł wątku? Już próbowałam w dziale adopcji, ale nie bardzo się orientuję na dogo, bo jestem tu od niedawna. Skierowano mnie na to forum właśnie w sprawie tej suczki.
-
Martens, widzę że tylko Ty rozumiesz, że rodzina faktycznie może stanowić przeszkodę w oswajaniu takiego lękliwego psa. I to niestety taką, której nie da się obejść czy przeskoczyć. Dzięki za próbę zrozumienia mojej sytuacji i za to, że nie wyskakujesz od razu z krytyką, jaka to ja jestem zła i nieodpowiedzialna i jak przeze mnie biedny pies teraz cierpi. Erica, rozumiem, że popełniłam pewne błędy, ale nie mam takiego doświadczenia z lękowymi psami jak Ty. Sporo czytam, mam jakąś tam wiedzę o psach, ale nie na tyle szeroką, żeby poradzić sobie gładko z psem, który ma problemy z psychiką. Do tej pory przygarniałam tylko szczeniaki, które zachowywały się normalnie a także koty i kocięta, które żyły na ogrodzie tak, jak im się podobało. Poza tym od dawna już mam tylko psy-samce, a tu nagle trafiła mi się dzika suka, która parę dni później dostała cieczki. Niestety mam tylko jeden kojec, który w dodatku musieliśmy z tatą dodatkowo zabezpieczyć, bo pręty w nim były przystosowane na psa ok. 4 razy cięższego i mała przeciskała się między nimi i wychodziła. Mój pies wylądował na ogrodzie bez budy, która została w kojcu. Na szczęście i tak rzadko z niej korzystał a w czasie deszczu mógł wejść pod dach, więc raczej nie cierpiał z tego powodu. Nie mogłam zamykać psa i wypuszczać małej w tym czasie, bo nie było gdzie psa zamknąć. Wyjście z psem na spacer poza ogród też nie wchodziło w grę, bo nie potrafię się rozdwoić i być w dwóch miejscach z dwoma psami jednocześnie. W warunkach, jakie miałam, uważam, że nie mogłam wiele więcej zrobić. Chodziłam do suki, kiedy tylko miałam wolną chwilę. Kojec jest dość spory, więc mogła też pobiegać w nim trochę za piłeczką. Co do odłowienia suczki na śpiocha, to w jej wątku pisałam, że nie jestem w stanie jej złapać i zawieźć do weta, bo jest zbyt dzika. Pisałam to w nadziei, że może ktoś, kto miał już do czynienia z takim przypadkiem, da mi jakąś konkretną radę lub zaoferuje pomoc w schwytaniu małej. Nie przyszedł mi taki pomysł do głowy, nikt mi go też nie podsunął. Nie mam doświadczenia z takimi psami, nie znam się na sposobach ich łapania. Przez pewien czas myślałam nad takim chwytakiem na sztywnym drążku, ale nie miałam skad go wziąć. Wiesz, jeśli ktoś mi pisze, że to co dla malęj robię jest skrajną nieodpowiedzialnością, to mi po prostu przykro, bo zrobiłam to, co mogłam i potrafiłam. Suka ogólnie byłą w dobrym stanie, poza tymi oczkami oraz masą pcheł i kleszczy, których już sie pozbyliśmy wyglądała zdrowo, więc nie było paniki. Oczka zresztą też wyglądają już o wiele lepiej. Może potrzebowała po prostu odżywienia. Na prawdę możesz się cieszyć, że Twój tata chce uczestniczyć w Twoim programie oswajania lękliwego psa i że nie zrażają go takie psie zachowania. U mnie w domu sprawa jest jasna. Pies agresywny nie ma prawa tu przebywać. Nie będę walczyła z całą rodziną. Wybacz, ale nie poświęcę dobrych stosunków z jej członkami dla psa, który ich gryzie. A z tym jej przypadaniem do ziemii podczas ataku. Też mnie początkowo zastanawiało, czy nie jest to zaproszenie do zabawy. Ale mam psy i wiem, jak takie zaproszenie powinno wyglądać. Wystarczyła mi chwila i jej zaciekłe szczekanie, warczenie i dopadanie do człowieka przekonało mnie, że to nie są przyjazne zamiary. Może jej sygnaly są nieco sprzeczne, ale niestety zdecydowanie domiuje w nich agresja i chęć gryzienia. Jeśli zastanawiasz się nad tym, żeby wziąć małą do siebie, zastanów się nad tym dobrze. Jeśli masz doświadczenie z jeszcze trudniejszymi przypadkami, być może jesteś jej jedyną szansą. Jeśli nie znajdzie się dla niej żadne miejsce w ciągu tych 2 tygodni, najprawdopodobniej trafi do schronu. Choć niektórzy radzą mi ją uśpić. Dla mnie każda z tych decyzji byłaby potwornie trudna, ale jeśli mała nie znajdzie domu, którąś z nich będę zmuszona podjąć. To nie jest mój kaprys i jechanie po najmniejszej linii oporu. Gdyby tak było, nawet raz nie dałabym małej miski i od razu przegnalabym ją w diabły. Albo pozbyłabym się jej zaraz po rozpoczęciu cieczki. Nemi, suczce grozi raczej schronisko, ale o eutanazji też mi kilka osób wspominało, że może to lepsze niż schron. Jeszcze nie mogę powiedzieć na pewno, co się z nią stanie. Dla mnie to trudna decyzja, dlatego zależałoby mi, żeby ktoś się nad nią zlitował i dał jej jakieś miejsce. I dzięki za próbę zrozumienia. I z jednym muszę się zgodzić, lepiej byłoby dla wszystkich, gdybym od razu wygoniła psa i wyrzuciła go na ulicę. Może zabiłby ją samochód (mieszkam przy trasie wylotowej z miasta, gdzie jest bardzo duży ruch i ginie mnóstwo zwierząt i ludzi), może zagryzłyby ją inne psy (których też tu nie brakuje), może zastrzeliłby ją jakiś "myśliwy" (niedaleko mam las z dziką zwierzyną), może by się oszczeniła i powiększyła populację bezdomnych psiaków w okolicy. Mógł mnie nie obchodzić jej los. Nie miałabym kłopotów, żyłabym sobie spokojnie ze swoimi psami. Sytuacja w rodzinie byłaby super, nikt nie miałby do mnie pretensji, że przyprowadziłam do domu agresywnego psa. Przepraszam, ale nie miałam sumienia tego zrobić. Wiedziałam, że łatwo nie będzie, ale pierwsze dni były obiecujące. Jeśli chodzi o kontakty ze mną, mała robiła z dnia na dzień postępy. Powoli, ale je robiła, bo nie chciałam nic na siłę. Nie miałam warunków, ale robiłam, co mogłam. Chciałam dla niej lepszego losu. Teraz tylko za to obrywam ze wszystkich stron. To, że ją wzięłam, było błędem. Ale czasu nie cofnę.
-
To nie tak, że suka od początku siedziała tylko w kojcu, bo cieczki dostała, jak już była u mnie jakiś czas. Przed nią biegała swobodnie z moim psem po całym ogrodzie. Na początku mała po prostu uciekała od osób, których nie znała, na bezpieczną odległość. Ode mnie również. Nikt jej nie zmuszał do kontaktów, każdy żył własnym życiem, chodził po ogrodzie. Ona mogła podejść lub nie do poszczególnych osób. Jedyną osobą podrzucającą jej smaczki, ciumkającą itp. byłam ja, dzięki czemu mnie pierwszej zaczynała ufać. W kojcu została zamknięta na okres cieczki, bo była jeszcze na tyle dzika, że nie byłam w stanie sama jej złapać i zawieźć do weta na sterylizację czy zastrzyk. Uznałam, że lepsze takie wyjście niż namnażanie niechcianych kundelków (no ale mogę się mylić). Poza tym kojec nie stoi gdzieś w kącie ogrodu w odosobnieniu, tylko tuż przy domu, więc sunia mogła cały czas patrzeć, kto wchodzi i wychodzi. Obok kojca przechodzi też ścieżka, którą często ktoś przechodził. Ja spędzałam z nią codziennie dużo czasu. Niestety właściwie tylko ja. Tata zastępował mnie czasem, jak wyjeżdżałam na weekend. Brata i mamę sunia widziała z kojca wiele razy w ciągu dnia. Nie zwracali na nią uwagi, ale ona coraz bardziej szczekała na nich już z kojca, choć na pewno oni jej nie dokuczali ani nie przekraczali granic jej prywatności. Suka za to zawsze podbiegała do granicy kojca na ich widok (na mój i taty zresztą też tylko bez jazgotu). Wypuściłam sukę z kojca dopiero, gdy minęło niebezpieczeństwo ciąży. Do mnie i taty zachowywała się nadal przyjaźnie. Mama i brat z początku zupełnie ignorowali sukę, bo nie przepadają za kontaktem z psią sierścią, śliną, łapami, itp. Być może dawali małej jakieś nieświadome sygnały, ale tym razem suka zamiast oddalić się na komfortową dla niej odległość, jak to robiła wcześniej, zaczęła dobiegać do nich i wściekle szczekać. Co dla mnie jest dziwne, przybiegała nawet z drugiego końca ogrodu, żeby ich oszczekać. Wiem, że pies nie zachowuje się w taki sposób bez powodu, ale na początku oboje byli nastawieni obojętnie do suki i starali się nie wchodzić z nią w żadne interakcje. Niepokoi mnie to, że mała biegała po ogrodzie i gdy tylko zauważyła, że drzwi domowe się otwierają, przybiegała. Jeśli to ja lub tata, witała się wesoło. Jeśli mama lub brat - jazgot. Po takiej psiej reakcji na zwykłe wyjście z domu to w sumie każdy zacząłby się denerwować i czuć u siebie jak więzień, więc ja się nie dziwię, że każde następne wyjście z domu już nie było takie obojętne tylko o wiele ostrożniejsze. Podawanie smaczków przez mamę i brata zastosowaliśmy dopiero gdy ignorowanie nie przyniosło efektu. Nie było to nachalne, sunia sama podchodziła po jedzenie i wtedy zachowywała się raczej spokojnie. Nie rozumiem jeszcze jednej rzeczy. Dlaczego widziani codziennie domownicy wzbudzają w małej agresję a mój chłopak, którego widzi raz na kilka dni i jest dla niej zdecydowanie bardziej obcy, jest przez nią tolerowany i biega koło niego spokojnie? Zdaję sobie sprawę, że zamknięcie suki w kojcu nie polepszy sytuacji, ale nie mogę dopuścić do tego, żeby dalej stwarzała zagrożenie dla rodziny. Dziś lekko drasnęła zębami, a może jutro wbije kły i zacznie szarpać? Nie mogę tak ryzykować. Czy chcę z suką pracować? Robiłam to przez ostatni miesiąc czy nawet dłużej. Pewnych rzeczy nie można nauczyć psa samemu. Rodzinka podjęła ze mną jakąś tam współpracę, jednak po dzisiejszym wydarzeniu nie ma szans na ciąg dalszy. Teraz boją się jeszcze bardziej. Szczególnie brat, czemu nie ma się co dziwić. Jedyne, co mi teraz pozostało, to znaleźć dla suni dom, gdzie zajmie się nią ktoś doświadczony, kto będzie miał czas i ochotę podarować jej nowe życie. U mnie zostanie tylko do końca obserwacji i ani dnia dłużej. Nie będę spierać się z rodziną w tej kwestii, bo rozumiem, że boją się i nie chcą mieć agresywnego zwierzęcia na podwórku. Jesli nikt jej nie weźmie, to nie wiem, co z nią będzie, ale pewnie tak czy inaczej nic dobrego. Jest mi przykro, bo włożyłam w sunię wiele pracy i serca :(
-
Nemi, niektórzy tak już mają, że boją się obcych psów. Wielkość nie ma znaczenia, bo każdy pies ma zęby i może dziabnąć. Niektórzy boją się przecież myszy, pająków, nisko latających gołębi, ciemności, zamkniętych pomieszczeń, otwartych przestrzeni, lekarzy... możnaby tak wymieniać w nieskończoność. W mojej rodzinie padło na lęk przed obcymi psami. Swój pies 6-letni, ważący prawie 40 kg DON jest ok, bo jest swój i znane są jego reakcje, ale obcy pies, nawet 10 kg to już inna kategoria. To jest nieznane zwierzę. Ja to sobie tłumaczę tak, że strach człowieka powoduje, że zachowuje się on inaczej, dziwnie i pewnie niezrozumiale dla psa. Tworzy się napięcie. Taka osoba spodziewa się ataku ze strony psa, którego nie zna, więc odruchowo przyjmuje obronną pozycję. Moja mama np. dziwnie się skrada, a brat nerwowo porusza. Lękliwy pies wyczuwa ten stan i stresuje się, bo odbiera to jako agresję. Widzi zdenerwowanie i gotowość do (kontr)ataku takiego człowieka, więc boi się go jeszcze bardziej. Pies staje się nerwowy i zaczyna odpędzać takiego dziwnie zachowującego się według niego człowieka szczekaniem. Dla człowieka szczekanie oznacza, że pies jest agresywny i chce ugryźć. Zdenerwowanie rośnie jeszcze bardziej i człowiek robi się w oczach psa jeszcze bardziej nieprzewidywalny. Pies denerwuje się jeszcze bardziej i błędne koło się zamyka. Nie jestem żadnym psim psychologiem, ale dla mnie taki scenariusz trzyma się kupy. Czy to rzeczywiści ma według Was sens?
-
Suczka podczas obserwacji (15 dni) zostanie u mnie. Dostanie jak do tej pory regularnie jeść i pić, ale nie będzie już w ogóle wypuszczana z kojca. Wiem, że to dla jej psychiki i lęków niezbyt ciakawa opcja, ale nie mogę liczyć na współpracę rodziny, bo mama i brat boją się suczki i uważają, że mała jest złośliwa i niepoczytalna. Poza tym nie przyjmują do wiadomości, że powodem jej agresji może być lęk, bo mała mogłaby przecież uciec, a woli zaatakować. Bez ich pomocy przecież suce nie wytłumaczę, jak się ma w stosunku do nich zachowywać. To nie dziecko, z którym się usiądzie i pogada. Ja też nie chcę narażać nikogo na niebezpieczeństwo ani narażać ich na bycie więźniami we własnym domu. Zdrowie ludzi (również psychiczne), szczególnie jeśli chodzi o rodzinę, jest dla mnie ważniejsze od psa. O drugiej szansie nie ma mowy, straciła ją po tym zachowaniu bezpowrotnie. Rodzina od początku nie jest zadowolona z jej obecności, a po tym ataku wszyscy są do niej nastawieni wręcz wrogo. Mimo trudu, czasu i ogromu cierpliwości, jaki włożyłam w oswojenie jej, muszę się zgodzić z ich decyzją. W tej chwili mama nawet nie pozwala mi do niej chodzić, bo boi się, że coś jej odbije i mnie też zaatakuje, choć w stosunku do mnie zawsze była przyjazna. To tata teraz ma ją karmić, bo jego też akceptuje. Nie wiem jeszcze, co się stanie z suką. Pewne jest tylko to, że za 15 dni ma zniknąć z naszego podwórka.
-
Na razie suka musi przejść obserwację. Nie wiem, czy ma być w tym czasie u nas, czy u weterynarza. Tata dzwonił do lecznicy, ale jest cały czas poza domem i powiedział mi tylko tyle, że musimy sukę dowieźć na miejsce. Nie wiem, jak to zrobimy, bo mała nie jeździła jeszcze samochodem i nie wiem, jak zachowa się na miejscu, kiedy się zestresuje. Teraz to się boję że w końcu zacznie gryźć też mnie i tatę, bo to, co robi, jest nieprzewidiwalne. Wiem, że przebywanie w kojcu tylko pogarsza sytuację, ale nie miałam i teraz też nie mam innego wyjścia. Nie rozumiem tylko, czemu zamiast uciec, czy po prostu się nie zbliżać, suka wściekle atakuje ludzi. Dla niej niestety takie zachowanie w moim domu to wyrok ;(
-
[SIZE=2]Przenoszą z tematu adopcji. Temat dotyczy malej suczki (ok. 10 kg), która przybłakała się do mojego ogrodu ok. miesiąc temu. Najpierw z psiaka bojącego się potwornie ludzi wyprowadziłam ją (jak mi się wydawało) na prostą, a potem mała stała się krwiożerczym potworem Ponieważ mała miała cieczkę, a ja mam na podwórku 2 niewykastrowane psy, suczka siedziała przez cały jej okres w kojcu (ok.3 tygodnie). Codziennie kilka razu do niej zachodziłam, bawiłam się z nią, dotykałam, karmiłam, itp. Mała była wobec mnie i taty, który mnie zastępował w tych czynnościach podczas moich wyjazdów, bardzo miła i juz się nas nie bała. Jakieś 3 dni temu na stałe wypuściłam ją z kojca, bo było to już bezpieczne. Niestety mała zaczęła się rzucać na moją mamę i brata (już z kojca po kilku dniach zaczęła na nich szczekać). Oni w ogóle się nią nie zajmowali przez te kilka tygodni, które spędziła w kojcu i oboje się jej od początku bali. 2 dni przed wypuszczeniem małej spowrotem na ogród zauważyłam też, że sąsiad kopie w płot przy kojcu i straszy małą (być może trwało to przez cały czas, kiedy w nim siedziała, a ja nie zauważyłam wcześniej). Jej napady agresji wyglądały jak ujadanie psa zza płotu. Dobiegała do oszczekiwanej osoby, przypadała przednimi łapami do ziemii i wściekle ujadała a na nagly ruch odskakiwała. Próbowaliśmy małą nauczyć spokoju przy mamie i bracie. Kucali przy niej, dawali psie ciasteczka. Co prawda niezbyt chętnie się za to brali, ale próbowali mimo lęku. Niestety ich zdenerwowanie a także niechęć do suki (która trwa od początku jej pobytu u nas) były bardzo widoczne. Suka do tej pory w obecności mojej lub taty uspakajała się i spokojnie chodziła koło mamy i brata. Wczoraj zrobiło się gorzej, bo tak szczekała na mamę, że musiałam ją blokować własnym ciałem i głosem, żeby nie mogła jej dopaść. Podobnie zachowuje się mój DON, też blokuje małą i szczeka na nią, gdy atakuje kogoś z domowników. Ostatecznie musiałam wczoraj zamknąć małą w kojcu, żeby mama mogła wyjść z domu. To jeszcze było do przełknięcia przez rodzinę. Dziś jednak miarka się przebrała. Kiedy mój brat wyszedł z domu, najpierw go tracycyjnie oszczekała. On oczywiście już był mocno wkurzony. Kiedy na ogród wyszłam ja, mała się uspokoiła i już była spokojna, a po chwili rzuciła się bez ostrzeżenia na brata. Tym razem nie zdążyłam jej zablokować ciałem i drasnęła go zębami w nogę. Lekko, ale odrobina krwi się pojawiła, więc brat zamiast na ważne spotkanie w pracy musiał jechać do lekarza, bo nie wiadomo, co pies ma w pysku i czy nie przenosi w nim jakiejś choroby. Zaraz w stronę psa poleciały jakieś buty a pies w długą (jakoś już nie szczekał, tylko uciekał przed latającymi obiektami). Suka trafiła do kojca i już z niego nie wyjdzie. Nie wiem, jakie są procedury w przypadku ugryzienia przez psa, ale pewnie zostanie pod obserwacją jakiś czas. Potem najlepsze co ją moża spotkać, to trafienie do kieleckiego schroniska. Co do jej uśpienia, to jeszcze taki pomysł nie padł, ale nie wykluczam, że ktoś na to wpadnie i zrealizuje. O zatrudnieniu jakiegoś szkoleniowca czy psiego psychologa nie ma mowy. Nikt mi nie da już kasy na psa, który za okazane mu serce i poświęcony czas i pieniądze odwdzięcza się gryzieniem domowników. Przepraszam, że tak się rozpisałam, ale chciałam dość dokładnie pokazać sytuację i stosunki psio-ludzkie w moim domu. Chciałam zapytać Was o opinię. Jak myślicie, dlaczego sunia stała się taka agresywna do konkretnych osób a innych uwielbia. Dodam, że na mojego chłopaka, którego widzi raz na kilka dni, w ogóle nie reaguje. ja ciągle myślałam, że to agresja lękowa, ale moja mama stwierdziła, że suka poczuła się pewnie na terenie ogrodu i chce ich zdominować, a mnie i taty nie rusza, bo my jej dajemy jeść. Ja już zgłupiałam. Myślałam, że robię dobrze, ale coś mi nie wyszło. Mała nie była agresywna od początku, to przyszło z czasem, kiedy była w kojcu. Nie wiem, czy ja popełniłam jakiś błąd, czy może to domownicy coś zepsuli. Może sąsiad rozbudził w niej agresję. Do tej pory nie miałam doczynienia z agresywnymi psami i widzę, że nie zapanuję nad małą, bo współpraca z rodziną w kwestii jej wychowania z niminalnej spadła po dzisiejszym wydarzeniu poniżej zera. Moja mama twierdzi, że suka jest po prostu wredna. Ja uważam, że pies nie może być wredny a każde jego agresywne zachowanie ma jakąś przyczynę. Moim zdaniem 99% ugryzień to wina czlowieka. Tylko czyja konkretnie? Teraz wszyscy domownicy twierdzą, że moja, bo się ulitowałam nad suką i nie dałam zadzwonić od razu po hycla. I tereaz to ugryzienie spadło na moją odpowiedzialność. Sama mam już dość tej sytuacji i nie będę już małej bronić przed schroniskiem. W tej chwili będzie tam miała lepiej niż u mnie, gdzie wszyscy są na nią wściekli. Z ogłoszeń nie zadzwonił do mnie nikt, więc jej szanse na dom i tak są minimalne a u mnie dłużej nie zostanie Jeśli ktoś z Was ma doświadczenie z psami, może ją jeszcze ode mnie przejąć i spróbować pomóc. Moim zdaniem ona nie jest z natury agresywna, a jej zachowanie musiało zostać czymś wywołane. Do psów nie ma cienia agresji. Ja mogę jej odebrać żarcie i gmerać w misce bez warknięcia. U mnie niestety mała straciła dziś szansę na normalne, szczęśliwe psie życie. Tym razem ostatecznie i nieodwołalnie. Jest mi strasznie przykro z tego powodu, bo włożyłam wiele wysiłku, żeby mała wyszła na prostą. Jestem zła, że mi się nie udało.[/SIZE]