-
Posts
59 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by Samara
-
Kleksiu- na zawsze w moim sercu [*] Kocham Cie!
Samara replied to BlackSheWolf's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
JEST. Na pewno jest. Bo wie, jak bardzo go kochałaś i nadal kochasz... To normalne, że cierpisz. Stało się to przecież zaledwie kilka dni temu. Ja po moim Dexiu płakałam kilka miesięcy... I dziś nadal gdy sobie to wszystko przypomnę to mam łzy w oczach mimo, że minęło już 8 lat. Minie trochę czasu, pozbierasz się. Może powinnaś za jakiś czas dać domek innemu psiakowi? Nie mówię, że "zapchać dziurę" po Kleksiu, nie. Ale dać szansę na miłość i sobie i jeszcze jakiemuś innemu potrzebującemu biedakowi... -
Boże... brak mi słów... Zawsze szlag mnie trafia gdy psy umierają w taki sposob - to najbardziej bezsensowna śmierć jaka może być... Moj psiunio też zginął w taki sposób i tak jak Sarunia miał rozległe obrażenia główki i śmierć nastąpiła niemal natychmiast... :-( Dobrze chociaż, że długo nie cierpiała... Biedactwo, tak szybko odeszła... Choć już lada moment mogła być szczęśliwa w domku... Eh... :-( Bądź szczęśliwa maleńka po tęczowej stronie....['] :-(
-
[*] Nemo - Nigdy o Tobie nie zapomne [*]
Samara replied to Marrla's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Za wcześnie, dużo za wcześnie... :-( Bądź szczęśliwy Nemusiu, tam za tęczowym mostem.... ['] -
Morus - nie było mnie przy Tobie
Samara replied to szarotka11's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Tak, to prawda... Mnie wlasnie skonczyly sie ferie i znowu wyjechalam na studia. Studiuję w innym mieście. Czeka mnie dlugie rozstanie z moim psiuńkiem... Eh, jak ja nie lubię tych rozłąk :shake: Czasem tylko strasznie się boję, że znów stanie się tak, że nie będę przy nim gdy... Wiem, że to bez sensu, bo on NA PEWNO ma przed sobą jeszcze duuuużo czasu, ale czasem nachodzi mnie taka myśl i naprawdę się boję... Chyba bym tego nie przeżyła :-( -
Morus - nie było mnie przy Tobie
Samara replied to szarotka11's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Oczywiście, że kochają, i to kochają aż do bólu... Cóż, róznie postarzegane jest to przez ludzi. Jednych to śmieszy, jedni tym gardzą, inni popukają się w czoło. Albo i tacy, jak mój ojciec, który stwierdził, że przecież "to tylko pies", czym tu się przejmowac... :-( Ja zwierzaki kocham całym sercem, wszystkie, choć faktycznie, najbardziej psiaki. I czasem jak patrze na tego mojego "małego obywatela" ;), to czuję, że naprawdę mogłabym oddać za niego życie. Takie przywiązanie jednak jest też bardzo bolesne, bo gdy pies odchodzi nie możemy się z tym uporać. Jednak przecież się nie da inaczej... I choćbym miała się szarpać i wariować po odejściu naszych kochanych psów, to jednak wiem, że nie umiałabym i przedewszystkim NIE CHCIAŁABYM inaczej... Dla mnie to nie jest "tylko pies". Dla mnie jest on największą radością, miłością, wszystkim po prostu... I nigdy nie chciałabym nawet pomyśleć, że jest inaczej. Tak to juz mamy, my, psiarze... ;)))) -
[*] Nemo - Nigdy o Tobie nie zapomne [*]
Samara replied to Marrla's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Marrla, doskonale Ciebie rozumiem... tak samo straciłam kiedyś psa i też był młodziutki... Więc wyobrażam sobie Twój ból i wielką tęsknotę... Napisałam o tym wczoraj długi post, i to, jak się z tym "uporałam" (no, to może nie to słowo, ale...). Jeśli chcesz, przeczytaj, może choć troszkę Ci to pomoże, przynajmniej sama wiedza, że inni wiedzą co czujesz i są z Tobą myślami... http://www.dogomania.pl/forum/showpost.php?p=9492996&postcount=389 Choć wiem, że taka śmierć psiaka jest chyba najbardziej bezsensowna... Cóż więcej mogę powiedzieć.... Chyba tylko to, że Twój maluszek jest tam na górze bezpieczny i na pewno patrzy na Ciebie z góry i kocha, i tęskni tak samo jak Ty... Śpij dobrze, Nemo.. ['] -
Morus - nie było mnie przy Tobie
Samara replied to szarotka11's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
powaliłam????? ale dlaczego??? -
Morus - nie było mnie przy Tobie
Samara replied to szarotka11's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Eh Szarotko, chciałabym Ci powiedzieć coś co złagodzi ból, jednak czy jest coś takiego??? Ja również nie towarzyszyłam mojemu psiakowi przy jego śmierci. Było to już... o Boże, 8 lat temu. Ależ ten czas leci... Dexter był (prawie :cool3:) jamnikiem. Trafił do nas zupełnie przypadkiem, do tej pory w naszym domu była totalnia kociarnia. A tu nagle bach - pies. Mały szczeniaczek, który chodzi i zostawia za sobą ciepłe kałóżki ;) jednak szybko okazało się, że coś jest nie tak. Był chory, już taki chyba do nas trafił, jednak na poczatku nie było tego widać. Parwowiroza i 2 tygodnie walki o życie. Dosłownie, walki. Wstawania w środku i nocy, bo pies ledwo dyszy i wymiotuje żółcią w kącie pokoju... Mały miał max 4 miesiące, był jeszcze mały i słaby, szczeniaki są duże bardziej narażone na najgorsze... Jednak przeżył. Do cholery, przeżył! I tak wygrana walka dużo szybciej zbliżyła mnie do niego i pokochałam go całym sercem. Potem długo wszystko było w porządku, Dexio był u nas już ponad rok czasu i nic nie wskazywało, że coś się stanie. Jednak stało się. Dexio zginął śmiercią nagłupsza z możliwych - wpadł pod samochód. I też do końca życia sobie nie daruję, że nie było mnie wtedy przy nim... Miałam wtedy 12 i byłam po prostu dzieciakiem który chodził jeszcze do podstawówki. Pamiętam doskonale ten dzień - był to 8 marca, dzien kobiet.W szkole miał być jakiś tam teatrzyk z udziałem mojej klasy i z kilkoma osobami ćwiczyliśmy przed tym w domu koleżanki. Nagle zadzwonił mój ojciec i powiedział, żeby wracała do domu, bo stało się coś strasznego. Nie powiedział co, ale ja już wiedziałam... Nie zapomnę tego nigdy. Wchodzę do domu, a na posłaniu Dexterka leży on. Tak, leży. Ale zimny i martwy... To był szok, szok największy jaki mogłam wtedy przeżyć jako 12 letnie dziecko. Ja po prostu nie wierzyłam, że on nie żyje. Że już nie wstanie, nie zamacha ogonem, nie szczeknie... Nie pamiętam już ile czasu siedziałam przy nim i głaskałam jego głowkę. Choć był już martwy... Szarotko, wierz mi, że potrafię zrozumieć Twoje rozczarowanie zachowaniem Twojego męża. Choć moja sytuacja była nieco inna, to jednak wyobrażam sobie, jaki ból czułaś, gsy ktoś kogo kochasz zabrał Ci twoją największą psią miłość. Choć Morusek był chory, więc i tak niewiele czasu mu zostało to jednak... Ale ja czułam się chyba jeszcze gorzej. Młody, ledwo połtoraroczny ukochany psiak, wyrwany z pazurów choroby. Wygraliśmy taką batalię o niego, tyle wysiłku i łez przy jego leczeniu. Wygraliśmy ją, choć wydawało się, że nie ma szans. Wszystko bylo już okej, gdy nagle umiera najbezsensowaniejsza smiercią!! Psa na spacer wyprowadził mój ojciec... Mówiłam mu z mamą sto razy - nie puszczaj go zes smyczy przy domu. Mieszkamy przy ruchliwej dwupasmowej ulicy prz wyjeździe z miasta - kierowcy naprawdę grzeją tutaj nieźle. A do tego była wiosna - wiadomo, suczki pachną... On jednak miał to gdzieś... I tak zakończył się żywot Dexia, mojego kochanego słoneczka... A najbardziej bolało mnie to, że ojciec WCALE sie tym nie przejął. Pamiętam doskolnale jego słowa "a tam, to przecież tylko pies"... I to było wszystko, co powiedział w tym temacie. Ani przepraszam, ani słowa skruchy. On to naprawdę miał głeboko w dupie. To był pierwszy i nieostatni raz gdy ojciec mnie tak zawiódł (dziś nie mam z nim już prawie żadnego kontaktu, i napradwę - nie żałuję), ale to był ten najgorszy raz. Nie chciał nawet pomóc mnie i mamie go pochować. To był dla nas straszny szok... Śmierć psa a potem coś takiego... :mad::angryy::mad::angryy: Dexia pochowałam razem z mamą, na totalnym pustkowiu. Był to taki ponury dzień. Deszcz padał od kilku godzin, a my stałyśmy w ty deszczu i kopałyśmy dół dla mojego największego słoneczka... Pochowaliśmy go razem z jego zabaweczkami, ulubionym kocykiem. Nie wiem czemu tak, dziś pewnie chciałabym zostawić sobie coś po moim kochanym psiaku. Jednak wtedy byłam przekonana, że jemu to będzie koniecznie potrzebne, przecież to jego ulubiona piszczałeczka, on musi ją ze sobą zabrać... I to wszystko. Tak się skończyło którkie życie Dexiunia, za krótkie... Rozpacz po nim była wielka. Dosłownie - rozpacz. Były to dni, kiedy człowiek tylko chodził i ryczał. Bo już nawet nie płakał - ryczał. A jednak mojemu ojcu ani razu nie popłynęła nawet łezka... :-( Nie pamiętam już, ile to trwało, ale na pewno nie więcej niż 2 miesiące, kiedy podjęliśmy decyzję o tym, że trzeba coś zrobić, bo bez psa żyć sie nie da. Choć miałam wyrzuty sumienia, ze tak szybko, że to będzie wyglądało tak, jakbyśmy o Dexiu już zapomnieli. Że to będzie wyglądać tak, że skoro "zepsuła" się starazabaweczka to trzeba szybko kupić nową. Może to brzmi absurdalnie, ale tak właśnie wtedy czułam... Dziś mam już 20 lat. Niewiele pozostało we mnie z tamej 12latki co wtedy. Jednak jest jedno co pozostanie na zawsze - pamięć o Dexiu. Choć też często mam wyrzuty sumienia, że za rzadko o nim myślę... I też zawsze będę się winić za to, że nie byłam przy nim, gdy w bólu umierał... Jednak cóż mogę zrobić? Jestem jednak pewna, że on wie, jak bardzo go kochałam. I kocham przecież nadal... Uff, teraz kiedy to wszystko napisałam i jak zwykle poryczałam się, przy wspominaniu tamtych chwil, wiem, że nie jestem sama. Za chwile pójdę i przytulę się do mojego słoneczka - Dexia II... Tak, nazwaliśmy go tak samo. I jest z nami już 8 lat. Jest taki sam, tak samo prawie jamnik, tyle, że ten jest czarny, a tamten był rudy. Wtulę załzawioną twarz w jego ciepłe futerko i wiem, że on będzie wszystko rozumiał... Bardzo często widzę w nim naszego pierwszego Dexiunia. To samo zachowanie, takie "minki". I jestem pewna, że gdy przytulam go, tamten również czuje to, mimo, że jest tam daleko, za tęczowym mostem... Choć wiem, że przecież nie musiało tak być. Mógł być z nami po dziś dzień. Jednak stało się inaczej i nie wiem, może jest w tym jakis sens. Nie wiem jaki, nie wiem, ale może jest... I czasem też nachodzi mnie myśl, że przecież i Deterek II kiedyś odejdzie... Jednak nie boję się o niego, bo wiem, że będzie tam na niego czekał jego wspaniały poprzednik... Dlatego Szarotko tak ważne jest, by pozwolić sobie pomóc. I nie tylko przecież sobie... Bo kto tak pomoże po stracie psa jak nie inny pies. Inne maleństwo którym będziemy mogli się zaopiekować, dać mu kochający dom, i znów zobaczyć tą psią wdzięczność w jego oczkach... Bo to nie chodzi o nasze szczęscie, abyśmy to my z nimi byli szczęsliwi. Tak oczywiście też jest, ale nie to jest celem. Celem jest to, aby to im, tym małym stworzeniom, dać szczęście. Tym naszym psim aniołom.... PS: to mój pierwszy post, mimo że czytuje to forum już od dawna, to dopiero teraz sama postanowiłam sie wypowiedzieć. Chciałabym podziękować wam z całego serca za to, że jesteście tak wspaniałym ludźmi, że macie tyle ciepła i miłości dla naszych zwierzaków... Naprawdę, jesteście wielcy... I dopiero teraz zauwazyłam, że dziś są urodzinki Dexia II. Żyj nam długo moje słonko, jak najdłużej... :loveu: Życzę Ci 100 psich lat!!!! :multi: Dziś również jednak zmarł też pies mojej koleżanki. Po 11 latach odeszło najwierniejsze jej stworzenie... ['] dla Małego... :-( Śpij dobrze, aniołku... A Moruskowi i Dexterkowi obiecuję za całego serca, że zawsze będziemy o nich pamiętać. I zawsze kochać... I na koniec kilka zdjęć. To Dexio I, z jego ulubioną gumową kiełbaską: tu też on, jak patrzę na to zdjęcie i tą łapkę uniesioną to tak jakby on mi tam zza TM machał i mówił, że u niego wszystko dobrze... a to Dexio II, jego godny nastepca. czy mi sie tylko wydaje, czy on się tu uśmiecha???? ;) no, czas już wreszcie iśc spać... Ale po napisaniu tego czuję jakąś ulgę... nie umiem tego opisac, ale jednak... I Ty śpij dobrze, mój Dexiu kochany ['] i biegaj radośnie po łąkach tęczowej krainy....