Dopiero mogę usiąść do kompa. Mąż po ostatnim powrocie z działki zgłosił mi, że nasz najstarszy, około 20-toletni kocurek ma jakieś dziwne lewe oczko. To oczko miał operowane około 20 lat temu, gdy nabyliśmy domek i rozpoczęliśmy opiekę nad dzikuskami. Łapaliśmy na ura wszystko co się dało i hurtem woziliśmy do Krakowa na kastrację. Łapuś dodatkowo na leczenie oczka. Okazało się, że był w tym oczku, czy na tym oczku wrzód. Blisko miesiąc był w szpitaliku i wrócił cały, ale bez jaj i z naprawionym oczkiem. Mąż zauważył, że teraz na tym oczku miał jakby białą galaretowatą substancję. Pilna wizyta u weta. Bałam się, że może wrzód się odnowił? Ponieważ nikt nie może głaskać Łapeczka, nikomu nie pozwala się zbliżyć, musiałam jechać ja, żeby go włożyć do kontenerka i zawieźć do weta. Ponieważ nie byliśmy umówieni, musieliśmy czekać, aż wet zechce nas przyjąć. Nie potrafię powtórzyć wszystkiego, co powiedział wet, ale sprowadzało się to do tego, że jest to infekcja spowodowana być może zadrapaniem i którą można byłoby próbować leczyć, ale wymagałoby to założenia kołnierza i kilkudniowego zakrapiania oczka. Niestety nie jest to możliwe w przypadku dzikiego kotka. Co prawda ociera się o mnie, pozwala mi się głaskać, ale o jakimś większym spoufaleniu, mowy być nie może. Jedynym możliwym posunięciem w tej sytuacji będzie usunięcie oczka, co i tak będzie wymagało kilkudniowej opieki i nadzoru w domu. Te kilka dni będzie musiał spędzić w kennelu. Operacja jest umówiona na piątek w przyszłym tygodniu, ale czy Łapuś da mi się znowu złapać i włożyć do transporterka? Dzisiaj, gdy wróciliśmy od weta i wypuściłam go z kontenerka, czmychnął i trzymał się ode mnie z daleka