Mój piesek to Paco, a zaczęło się to wszystko tak:
Wracałam przed świętami Bożego Narodzenia ( to był chyba 21.12.1999 roku) do domu tramwajem "15" z hurtowni zoologicznej ( bardzo nie miło mnie tam potraktowano, a ja tylko chciałam się rozejżeć za klatkami transportowymi), a przejeżdża on koło zakładu szkolenia psów i hodowli w jednym" Złodziejska Zgraja" i akurat na wybiegu brykały sobie takie słodkie małe kluseczki ( a dzień wcześniej mama, która wychowywała mnie sama kazała mi podzwonić po hodowlach i dowiedzieć się, czy mają szczeniaczki i na tym był koniec), więc ja totalnie zdenerwowana przez "sympatyczną Panią z hurtowni" zadzwoniłam do mamy do pracy i poprosiłam Ją, żebyśmy tam podjechały jak wróci z pracy. Zgodziła się, pod jednym warunkiem, że powiemy hodowcy, że my się zastanowimy i, że nie będę truć. W hodowli spędziłyśmy na rozmowie z hodowcą 4 godziny, a ja pytałam w tym czasie o wszystko, żeby się jak najwięcej dowiedzieć o ukochanej rasie. Mój pierwszy wybór padł na Paszę, ale on był ( nie wiem jak było potem) taką sympatyczną ciapą siedzącą na okrągło w misce, co dało się zauważyć po Jego masie. Zapytałam więc hodowcę, który piesek jest średnio dominujący ( o dominanta nie trzeba było pytać, bo Porky właśnie obgryzał mojej mamy sztuczne futerko i był najszczuplejszy, bo cały czas musiał rządzić i nie miał czasu zjeść), wtedy Pani Henia podała mi Paco i właśnie wtedy się w Nim zakochałam i kocham do dziś ( tyle, że z dnia na dzień mocniej). Pamiętam, że powiedziałam do Niego, "ja to bym Cię wzięła, ale musisz porozmawiać z tamtą Panią" i dałam Go mamie na kolana, a On inteligencją błyszczał od najmłodszych lat ( a nawet miesięcy i tydodni) położył mamie przednie łapki na ramieniu i zaczął ją lizać po uchu ( wtedy była już sprzedana, ale ja o tym nie wiedziałam). W między czasie pokazano nam mamę Tonię Złotą Lianę ( niech spoczywa w spokoju), wszystkie ciotki i wspaniałego, ale to wspaniałego wujka Diora ( nie znam niestety przydomka). To właśnie Dior sprawił, że moja mama zakochała się w rottkach. Sierść Diora miała odcień grafitowy, a Jego wielki łeb, który podstawiał do głaskania był przyczyną kilku siniaków na ciele mojej mamy, ale nikt nie miał Mu tego za złe, bo On to robił dlatego, że był strasznie przyjaznym olbrzymem niezdającym sobie sprawy z tego, że jest taki potężny ( najważniejsze, że super przyjazny). Wychodząc pożegnałyśmy się z rottkami i tak, jak było mówione stwierdziłyśmy, że musimy się zastanowić, na co Mirek- syn hodowczyni powiedział, że już dużo osób się nad Pacem zastanawia. Wróciłyśmy do domu maluchem ( nowo kupionym w listopadzie) i jak nigdy nie odezwałam się ani słowem na temat psa ( przez 14 lat były prośby, groźby, płacz, histeria itd.). W nocy mama mnie zawołała i powiedziała, że zgadza się na rottweilera i, że jakiejś Jej koleżanki z pracy znajomy ma szczeniaki, wtedy napisałam Jej karteczkę, że ma to być szczeniak z rodowodem, wyprawką, po szczepieniach, odrobaczony i ma kosztować 300 zł. ( tyle powiedziała mama), a jak nie to " odwróć na drugą stronę" , a tam Paco Złodziejska Zgraja i numer telefonui wtedy mama powiedziała " gdyby On był na raty, to jeszcze, ale jak ja mam wydać 800 zł. na psa, na dodatek przed świętami" przypominam, że wychowywała mnie sama i w dodatku kupiła pod koniec listopada nowy samochód- malucha, bo na inny nie było nas stać). Mnie nie trzeba było dużo, byłam wtedy w Liceum i była szkolna Wigilia ( hodowla otwarta od 8.00, a od 7.00 dzwoniłam tam co 5 minut). Telefon odebrał Mirek i powiedziałam mu, że gdyby się zgodzili na raty 400 zł. teraz i 400 zł. w styczniu to my bardzo chętnie weźmiemy Paco. Poszedł porozmawiać z mamą ( trwało to pewnie kilka minut, ale dla mnie to była wieczność) i wreszcie przyszedł z odpowiedzią, że nie ma problemu. Jak tylko skończyłam rozmawiać z Mirkiem zadzwoniłam do mamy i poinformowałam Ją, że hodowca się zgadza na raty (tylko Jej koleżanka widziała tą minę i jej zdziwienie, bo Ona była święcie przekonana,że tego ( a zawsze potrafiłam wiele) mi się nie uda załatwią, bo nikt nie da osobie z ulicy psa wartego 800 zł. na raty- myliła się. Słowo się rzekło, więc nie miała innego wyjścia, jak tylko pojechać po pracy ze mną po tego najwspanialszego i najcudowniejszego, wymarzonego psa(od marzeń różnił się tylko tym, że nie miał czerwonej kokardki, ale On nigdy nie lubił jakiś niepotrzebnych pierdół na szyji). I tak właśnie mój kochany Paptuś trafił do mnie do domku.