To było pod koniec lipca ubiegłego roku. Ktoś kto szukał i odbierał z tego miejsca innego psa zrobił zdjęcie kolaka. Nie było nic wiadomo na jego temat. Tego samego dnia zobaczylam go w necie. Wtedy jechał do mnie już inny ze schronu a w domu były jeszcze dwa. W ciągu kilkunastu sekund zdecydowałam. Pojawiła się myśl - ma na imię Duch i jest mój. Tak też napisałąm. Ludzie dobrej woli pomogli go wydostać choć pani robiła spore problemy i tak na prawdę dopiero wtedy dowiedzieliśmy się w jakim jest stanie. Nie dość że cały w ranach od pogryzień robactwa.( Później wyczesywałąm po kilkadziesiąt strupów dziennie) ale także ślepy, z trudem utzrymujący się na łapkach, ma też kłopoty ze słuchem, serduszko ledwie pracowało... co więcej dopiero czas mial pokazać. Jega waga wtedy to było 11 kg.
Przez cały ten czas trwa walka o życie mojego Ducha. Waży 28kg, skóra nienaganna, widzi kontury jednym okiem, serce oki, zaniki mięśniowe opanowane, zaczęła się gehenna z nowotworem. Trzy miesiące walki. Lekarze w stopniach doktora, profesora, nie dali mu szans. To trochę tak jak mnie dwanaście lat temu. Postanowiłam powalczyć tak jak kiedyś o siebie i o dziwo zadziałąło. Jednak taka terapia to koszty, zresztą chemia to podobne koszty. Leki na miesiąc na które brakujemi już pieniędzy to 1200 - 1400zł. To co ja sama wytrzymuję to600zł. Jest zdecydowanie lepiej, ale jak przerwiemy podawanie leków przyjdzie śmierć na którą bezradnie będę musiałą patrzeć wiedząc że życie było na wyciągnięcie ręki, tylko środków zabrakło...