Jump to content
Dogomania

akucha

Members
  • Posts

    19364
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by akucha

  1. Brązowa, ja wciąż mam przed oczyma Tinę rzucajacą się na siatkę i ten jej rozpaczliwy skowyt :shake: Pamiętasz, jak wysłałam Ci to zdjęcie i pytałam, co to za pies?? Jak dobrze, że to już przeszłość, dziękuję Izabel!!! Ona się uśmiechnie do Ciebie!!! A może Tinka myśli, ze jest kotem ;) Taka delikatna jak one...
  2. Nie bój, nie zabraknie!!! :evil_lol: Bercik to cycuch jest, przy nim można jeszcze kilka kotów uchować!
  3. Ottai iom iako bonusa s Basylem!!! Ratónkó co to iezd za cyrkufka!
  4. Śledzi :evil_lol:, a jakże!!! Ta kocica taka gruba jest, że zaraz pęknie!! A gdzie Bercik, tam żarełko przecież :diabloti: Bercik ma nowe getry!!! Na wszystkie 4 łapki, wygląda świetnie! Zimno u nas okrutnie...
  5. Dumka, to tęskna, żałosna pieśń jest... piękne imię ale smutnawe trochę.
  6. Mufjlam rze pencie cjeszko cytac!!! Mufjlam :evil_lol: Kjetys kasali mji grac w farcaby na opak tesz niemoklam fygrac!
  7. Poraził Cię piorun i już :evil_lol: To są chwile, ale jakie znaczące!
  8. Mam takiego ucznia, który mówi do kumpli: [I]No feś, pytalaj[/I] - długo nie kapnęłam się o co chodzi :diabloti: Ostatnio siedział na oknie i smarował coś w zeszycie, pytam: -Co Łukasz robisz? A on: - Pise kumplofi prace z polaka, bo on nie umie... Umarłam... :megagrin: :megagrin: :megagrin: Uwielbiam tego łobuza!!!
  9. Jakiś preparat witaminowo-minerałowy podaje, ale jaki??? Dowiem się!!! Szczeżuj - Elvis :shiny: :shiny: :shiny:
  10. Celinko, ja nie zapomniałam!!! :shake: Jak bym mogła, ale przyznaj, że te 11 lat w schronie, to smutny rekord!!! Wiesz, ja już tak o jamnisi myślę, jakby ona w domu była Dzisiaj pojawiła sie na dogo i już dom znalazła :multi: Ona u Ciebie będzie miala lepiej niż wcześniej :lol:
  11. [quote name='Gabryjella'][IMG]http://www.gifygg.com/gifs/gifs/292szok.gif[/IMG][/quote] :megagrin: :megagrin: :megagrin: Ake to faiofe iezd!!!!
  12. Wiem i za to Wam dziękuję!!!! ;) Nie smutajcie już cioteczki, dziś mamy wspaniały dzień - DZIEŃ SZCZEŻUJA!!!! To taka radość, nieopisana wprost!!! Dzięki Ci Boże za ten cud :multi: :multi: :multi:
  13. Celinko, nazwij ją Niunia i już. Tak sobie przypomniałam, jak na wątku Nietołki rozprawiałyśmy o wyższości suczek nad pieskami :evil_lol: No i Celinka wzięła sobie to do serca, trzask-prask i jest dziewczynka :multi: :multi: :multi:
  14. Dziekuje cioteczki :loveu: Wiedziałam, że warto Wam to napisać. Czasami przeżywamy takie dziwne rzeczy, trudne też, ale damy radę!!!
  15. To ja mam propozycję!!! A może zaczniemy pisać w ten sposób, że postaramy się popełniać wszystkie możliwe błędy :evil_lol: To będzie taki nasz mafijny szyfr, to trudne jest do rozczytania :diabloti: Co Wy ciotki na to??? A ile śmiechu przy tym będzie!!! Dąbrówko, nie przeczę, ten avatarkowy amorek jest słodki, ale chciałybyśmy go zobaczyć w aktualnej wersji też :razz: Dawaj fotę!!!!
  16. Macie, czytajcie, jeśli jeszcze nie usypiacie! Historia mojej przygody z Belą zaczęła się od Foksika. Było to 8 lat temu, mieszkaliśmy jeszcze u rodziców. Pewnego dnia, był to lipiec, podeszła do mnie sąsiadka i zaczęła opowiadać mi historię psa, którego spotyka na cmentarzu, gdy odwiedza grób męża. Ponieważ bywała tam codziennie, zaintrygowało ją, że pies spędza tam całe dnie, z czasem polubiła go i zaczęła dokarmiać. Pies okazał się bardzo miły, przylepny i oczywiście głodny, przywiązał się do sąsiadki tak, że wybiegał jej na spotkanie i odprowadzał do bramy cmentarza. Pani Maria zauważyła, że umościł sobie legowisko przy jednym z grobów, to był jego azyl. Z czasem zaczęła rozpytywać ludzi przybywających na cmentarz o psa (w małym miasteczku wszyscy się znają) i tak poznała jego historię. Okazało się, ze pies był własnością znanego pijaczka, który mieszkał na kolonii, 5 km od naszego miasta. Codziennie wędrował ze swym panem po miejscowych knajpkach i melinach, znali go kompani od kieliszka i wielu mieszkańców mieściny. Wesoły, towarzyski, taki „brat łata” – pies, który kochał wszystkich ludzi. Jednak pewnego dnia jego pan się nie obudził po suto zakrapianej imprezie. Wierne psisko przywędrowało z konduktem pogrzebowym na cmentarz i dalej pilnowało swojego ukochanego pana, przecież nie raz pilnował go, gdy leżał w parku czy przydrożnym rowie…Taki los… Pani Maria, poruszona jego historią, postanowiła znaleźć mu dom, zwróciła się do nas, bo lubiliśmy zwierzęta i wszyscy o tym wiedzieli. Ale pies nie chciał opuścić cmentarza. Zdesperowani postanowiliśmy, że Pani Maria przestanie go podkarmiać. Zadziałało, powodowany głodem, przywędrował za nią pod nasze bloki, ale nie chciał wejść do domu, mieszkał na klatce schodowej, lub w krzakach. To był wolny pies, on musiał kilka razy dziennie odwiedzić cmentarz, nie mógł sobie pozwolić na zamknięcie… Polubili go wszyscy, wiele rodzin dokarmiało. Z czasem Foksik, bo tak dostał na imię ten piękny rudzielec, zamieszkał w naszej klatce na stałe, miał swoje posłanie, miski. Jednak zamienił się w nieustraszonego stróża, który głośnym szczekaniem informował o każdej porze dnia i nocy, ze na korytarzu pojawił się obcy. I to go zgubiło… Jeden z sąsiadów, tak potraktował go nogą, że jego skowyt postawił na nogi wszystkich. Spędziliśmy z nim pół nocy na korytarzu, był obolały i nie mógł się położyć. Mama podjęła decyzję – dosyć!!! Zabieramy go do domu! Tym razem nie oponował. Przeczekaliśmy razem z nim do rana. U weta okazało się, ze ma złamany ogon i mocno obolały tył.... Wyleczyliśmy go i został z nami. Codziennie chodziliśmy na spacery z psami w stronę cmentarza, przez pewien czas odwiedzał swojego pana, pozwalaliśmy mu na to, ale z czasem sam z odwiedzin zrezygnował. Gdy przeprowadzaliśmy się z TZ-etem na wieś, zabraliśmy Foksika, bo od dawna był naszym psem. Był cudowny!!! Wierny, wesoły, przylepny, wpatrzony w nas jak w obraz, kochaliśmy go szalenie. Nigdy nie zapomnę jego bursztynowych oczu i wesołego, wiecznie roześmianego pyska!!! Podobny był do Wigora, tylko miodowo-rudy. Wulkan energii, wspaniały skoczek, biegacz – pies iskra. Nie było takich łąk w okolicy, których by nie przebiegł, płotów, których nie przeskoczył, psów, z którymi się nie zaprzyjaźnił. Na śniadania chodził do pani sklepowej, na kolacje do zaprzyjaźnionego gospodarza – po mleczko. Znali go wszyscy i lubili. Taki był Foksik. Pewnego dnia, w październiku, zostałam sama w domu, wyszłam z foksem na ostatni wieczorny spacer; lało strasznie. Pies był w kagańcu, bo o tej porze wychodzili z psami na patrole WOP-isci, których psów Foksik, nie wiadomo czemu, nie lubił. Wpadłam w kałużę, potknęłam się i zgubiłam smycz – Foksik prysnął… Długo szukałam, wołałam, czekałam prawie całą noc – kamień w wodę. Rano obudził mnie dzwonek do drzwi, to był sąsiad z informacją, ze Foksik leży pogryziony pod dębem obok domu… Przyniosłam go do domu, cały tył miał pokąsany, przemyłam rany, w samochód i do weta. Wet obejrzał, zapsikał sreberkiem i stwierdził, ze pies sam się wyliże, nie pomogły moje wrzaski o podanie antybiotyku, on wie lepiej… Kwestionował nawet, że to jest pogryzienie, twierdził, że to potrącenie – konował!!!! Następnego dnia wizyta u innego weta, kolejne zabiegi, zastrzyki, co dawali na prawdę, nie wiem… Z Foksem było coraz gorzej, rany zaczęły cuchnąć, jeździliśmy do weta codziennie, ostatnie dni były koszmarne. Spaliśmy przy otwartych oknach, w samochodzie nie można było wytrzymać. Foksik jadł, kulał, wet twierdził, że wszystko będzie dobrze. Któregoś dnia obudziłam się rano i zobaczyłam, że w miejscu prawej tylnej łapy Foksa, została biała piszczel i stopa. W nocy Foksik obrał sobie do kości martwą tkankę… szybka decyzja – do weta, może coś da się zrobić, najwyżej amputują mu łapę. Foksik przyszedł do mnie jak zawsze, pożegnałam się ze mna, sam zszedł na dół na trzech łapkach, skakał na nich od dawna. Ostanie obraz, to Foks za szyba samochodu. Za ok. 3 godz. z okna klasy widziałam, że Tz-et podjechał pod garaż… wyniósł z niego łopatę… Później dowiedziałam się, że po otrzymaniu narkozy wyszedł przed klinikę, załatwił się, wszedł do samochodu, zwinął się w kłębuszek na tylnym siedzeniu i tak odszedł od nas. Po dwóch wspólnych latach, zostaliśmy sami… Gangrena zaatakowała nawet mięsnie grzbietu. Było mi tak źle, jak tylko może być, do końca życia nie pozbędę się wyrzutów sumienia, po cholerę zakładałam mu ten kaganiec?!?! To moja wina, zmarnowałam cudownego psa i już… Nie mogłam odnaleźć się w domu, każdy kąt, przedmiot, przypominał mi o Foksie. Dusiło mnie poczucie winy i dobijała pustka, której nie mogłam niczym zapełnić, w domu było za cicho, w ogrodzie nudno, spacery nie cieszyły. Pewnego dnia przygotowywałam obiad, odruchowo zrzuciłam na podłogę kawałki mięsa, w miejsce gdzie stała miska Foksika. Gdy spojrzałam na podłogę, cos we mnie pękło. Ogarnęła mnie taka żałość, zapłakałam sobie od serca. Na lodówce znalazłam gazetę sprzed tygodnia i olśniło mnie, muszę wziąć psa!!! W rubryce ogłoszeń było kilka ofert o szczeniakach, zadzwoniłam, ale wszystkie były już nieaktualne, w olsztyńskim schronisku nie było szczeniąt; ktoś oddawał roczna bokserkę – nieaktualne. Ostatnie ogłoszenie – hodowla, kilka ras. Dzwonię, maja szczeniaki, suczkę też mają jedną, ale raczej zostanie u nich. O godz. 16 wrócił TZ-et, gdy zobaczył mnie zapuchniętą i gotową do wyjazdu nic nie mówił, tylko odpalił samochód i ruszyliśmy. Na miejscu byliśmy o godz. 19., hodowcy w szoku! Wariaci przyjechali, przecież mówiliśmy, ze suczka zostaje u nas. Ile trzeba zapłacić??? Padła kwota - daliśmy pieniądze, które mieliśmy przy sobie, zostawiłam swoje prawo jazdy na poczet brakującej sumy, wsadziłam maleńka kluską pod sweter i wróciliśmy do domu. Po drodze zatrzymywaliśmy się dwa razy, oglądaliśmy maleńkiego stworka i śmialiśmy się jak dzieci!!! Całą noc kłóciliśmy się strasznie, to małe przecież się dusiło, mdlało, charczało; miało chore serce i wszystko inne… Kupiliśmy chorego psa!!!! Jeszcze nawet nie oddaliśmy wszystkich pieniędzy, tak to jest ulegać histeryczce, jak stwierdził mój TZ-et. Tak rozpoczęło się nasze życie z pierwszym prosiakiem… Po miesiącu wybieraliśmy się na jakieś terminowe szczepienie. Wyjęłam książeczkę Beli i postanowiłam obłożyć ja w okładkę, która była na książeczce zdrowia Foksika. Zdjęłam ją… i aż usiadłam, zrobiło mi się gorąco, w uszach wielki szum… Z oryginalnej okładki foksikowej książeczki spoglądała na mnie BELA!!!!!! Nie do wiary!!!! Fotografia buldożka przedstawia klona naszej Belki, te same uszy, umaszczenie pyska, wszystko identyczne, nawet biała kreska miedzy oczami ma identyczna linię! Czy to jest przypadek???? Ja twierdzę, że nie. Belę podarował mi Foksik, który zawsze był psem niezwykłym. Mocno w to wierzę i tak zostanie. Historia jest przydługa, ale nie potrafiłam tego inaczej opisać. Pierwszy raz wywaliłam z siebie te wszystkie emocje. Do dziś wiedzieli o tym tylko moi rodzice, dzisiaj dzielę się tym z Wami cioteczk. Foksiku, to dla Ciebie za cudowne wspólne 2 lata…
  17. I po co ja to napisałam :cool3:... No dobra, to idę rzeźbić, zegnajcie na czas jakiś... I tak sprawdza się powiedzenie "Twój język, Twoim wrogiem" :-? :-? :-?
  18. Z tą 50-tka to żart??? Zosiu, taką "gębę " to możesz spokojnie wszem i wobec pokazywać :razz: Kurczki, ja się teraz wcale nie dziwie, że Misiek taki elegantny... No nie, nie dziwota, że musiał się szybko dostosować... Kasiu, teraz już wiesz, że sny z Zosią w roli głównej nie straszne wcale :evil_lol:
  19. Zdjęcia wstaw do programu, np. fotosik.pl, skopiuj link pod zdjęciem i wklej. Wybierz tylko wielkość zdjęcia; max szerokość 500 pikseli dla poziomych i wysokość 500 pikseli dla pionowych fot, mogą być mniejsze oczywiście. Nie denerwuj się, wszyscy przez to przechodziliśmy ;)
  20. Ciotki, to co??? Ja mam teraz siedzieć i stukać... Pośniecie się, zanim to streszczę :diabloti:
  21. Celinko :megagrin: :megagrin: :megagrin: , ja Cie o to nie podejrzewam. Ale śpiewasz przecież z nimi :razz:
×
×
  • Create New...