Jump to content
Dogomania

esperanza

Members
  • Posts

    8494
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by esperanza

  1. IMIĘ : - WIEK: około 2 lata PŁEĆ: suczka RASA : mix SCHRONISKO: Kruszewo WOJEWÓDZTWO: Mazowieckie UMASZCZENIE: biała w łatki WIELKOŚĆ: mała KASTRACJA/STERYLIZACJA : nie SZCZEPIENIA :TAK ODPCHLENIE/ODROBACZENIE: TAK TRAFIŁ/A Z MIASTA : - W SCHRONISKU OD: października 2011 ZGADZA SIE Z PSAMI : tak SUCZKAMI: tak REAKCJA NA DZIECI : NIE ZNANA REAKCJA NA KOTY : NIE ZNANA KONTAKT: justyna.dlugoborska@niczyje.org.pl tel. 607-077-350 CHARAKTER: spokojna, łagodna DODATKOWE INFORMACJE: Suczka trafiła do schroniska wraz z 4 szczeniąt. Maluchy niestety odeszły. Sunia jest niekłopotliwa, ale pewnie będzie wymagała trochę pracy- nauka czystości i chodzenie na smyczy Mogłaby nawet jutro przyjechać do Warszawy, gdyby ktoś dał jej dom tymczasowy. DSCF3489 by adopcjepsow, on Flickr DSCF3487 by adopcjepsow, on Flickr
  2. zuzlikowa daruj sobie Gdzie znajdę zdjęcia do ogłoszeń? Sprawdziłam historię naszych zamówień dla Klaudiusza: 22.07- 30kg Brit Adult Large Breed nr zamówienia: 5036448 24.08- 30kg Brit Adult Large Breed nr zamówienia: 5036448 03.10- 34kg Brit Adult Large Breed nr zamówienia: 5220486 Bardzo proszę o uwzględnienie tej karmy w rozliczeniu O Klaudiuszu pamiętam, ale bardzo proszę o krótkiego maila, gdy karma się kończy. Zgodnie z obietnicą robię kolejne zamówienie, ale dojdzie pewnie w poniedziałek/wtorek.
  3. Roan odszedł. Mail od jego pani: "czas temu zaadoptowaliśmy od Was wielkiego, fajnego, kudłatego psa Roana do naszego domu na Czeremchowej w Warszawie. Muszę od razu też powiedzieć, że kilkukrotnie już zbierałam się, by do Was napisać, ale za każdym razem nie byłam nawet w stanie normalnie skupić wzrok od łez przez wiadomość, którą muszę się z Wami podzielić. Ale trwa już to zbyt długo i w końcu trzeba to powiedzieć. Zacznę może od początku. Roan, szczególnie od wiosny tego roku, zrobił się bardzo nadpobudliwy i narowisty. Przy czym razem z symptomami psyhicznymi wzmogła się też jego siła fizyczna. Nie mówię tu tylko o nieustannym kopaniu dołów, którego nie można było wyplenić żadnym sposobem ani rozwaleniu bramy wjazdowej przez wielokrotne rzucanie się na nią. W lato nasiliło się to do tego stopnia, że Roan zaliczył zerwanie stalowego łańcucha, na którym go czepialiśmy podczas dostaw do firmy, aż siedmiokrotnie (przy czym za każdym razem łańcuch był nowy i 2 razy zmieniany na grubszy. Doszło nawet raz do tego, że Roan przez swoje roztargnienie rzucił się na ojca Marcina gdy ten zamykał bramę. Byłam tego świadkiem i z miejsca powiem, że to nie była sytuacja kiedy pies po prostu się wystraszył i zaatakował ze strachu, bo ktoś wykonał gwałtowny ruch. Roan spał kilka metrów od bramy w budzie, po czym nagle się poderwał i w mgnieniu oka po prostu zaatakował. Ponieważ tata się schylał do zapięcia kłódki, Roan ugryzł go na szczęście na plecach, w okolicach łopatki, przez ubranie. Nie podarł niczego ani nie okaleczył, ale tata nosił siniaki w tym miejscu przez ponad 2 tygodnie. Doszliśmy do wniosku, że może po prostu go nie poznał, uznał, że to obcy i bronił swego, bo sytuacja nigdy wcześniej nie miała miejsca ani potem też się nie powtórzyła. Piszę to wszystko dlatego, żebyście zrozumieli nasze motywy postępowania: Postanowiliśmy zabrać Roana do lekarza weterynarii w celu ustalenia jakiegoś leczenia dietą lub hormonalnego by był trochę spokojniejszy. Było to w sierpniu. Pani doktor wysłuchała nas ze zrozumieniem i zaproponowała kilka wyjść. Między innymi powiedziała, że chyba najlogiczniejszą rzeczą na początek dla Roana bez konieczności leczenia go sztucznie hormonami jest jego kastracja. Poddała nam argumenty że pies będzie przez zanik jąder spokojniejszy, że na starość to zawsze jeden organ mniej do zepsucia się. Dodatkowo przypomnieliśmy sobie, że na umowie z Wami też widniał podpunkt który dotyczył, że jako właściciele zobowiązujemy się do kastracji/sterylizacji zwierzęcia. Po kilkudniowej dyskusji na forum rodzinnym doszliśmy do wniosku, że pomysł jest dobry i że się decydujemy. Ustaliliśmy z panią doktor termin na ciepłą sierpniową sobotę. My Roana przygotowalismy zawczasu, zastosowalismy się do zaleconej diety, ona zamknęła przychodnię i zostawiliśmy Roana pod jej opieką na czas zabiegu. Zabiegł przebiegł bez przeszkód. Roan wybudził się bez problemu pod okiem lekarza i kiedy był już przytomny, zostaliśmy wezwani by go odebrać. W domu umieściliśmy Roana w warsztacie by mieć na niego oko i ustaliliśmy "warty" żeby przy otumanionym psie czuwać (no i sprzątać to, co narobi). Wszystko z początku wydawało się w porządku, ale po godzinie 23:00 leki uspakajające przestały działać i Roan zrobił się niespokojny. Marcin z miejsca zadzwonił do Pani doktor by się poradzić i telefonicznie ustaliliśmy, że podjedziemy z nim by zaaplikowała dawkę uspokajacza. Niestety tu zaczął się dramat. Podczas podroży Roan zaczął już porządnie rozrabiać w combi i mimo, że z nim siedziałam z tyłu, ciężko było nad nim zapanować. Jazda do weterynarza nie trwała więcej niż 6 minut, bo pani weterynarz ma gabinet nieopodal Czeremchowej, ale Roan zdążył mnie poturbować, rozwalić po części klosz który miał założony i ...nagle przestać się rzucać. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to był skręt żołądka, bo doświadczyłam takiego czegoś po raz pierwszy, ale w dosłownie kilku chwilach Roan się uspokoił, zaczął dyszeć i zaczął mu okropnie puchnąć tułów. Reszta trwała coś pomiędzy 20 a 40 minut - ciężko mi powiedzieć. Pani weterynarz dzielnie walczyła o Roana przez cały ten czas. Próbowała zahamować przebieg tego skrętu, dzwoniła już po asystę mając nadzieje, że jeśli się jej uda, to przeprowadzi w drugim pomieszczeniu operację mającą za zadanie (chyba, bo nie wiem czy dobrze zapamiętałam) odkręcić i przyszyć żołądek. Byłam i trzymałam go w gabinecie cały czas. Marcin czekał za drzwiami, bo nerwy go niestety zawiodły. Niestety nie udało się go uratować. Ja wtedy nie wiedziałam dokładnie co się stało i byłam jak walnięta obuchem. Pies mi odszedł dosłownie na rękach i nie wiedziałam czemu. Pani doktor mi już po wszystkim tłumaczyła co, dlaczego i jak się stało. Że to był właśnie skręt żołądka o bardzo ostrym przebiegu, że najwyraźniej Roan wbrew wszystkim szacunkom, musiał być trochę starszy niż się wszystkim wydawało i kilka innych wytłumaczeń, których z powodu emocji nie pamiętam, ale były jak najbardziej logiczne. Jest mi strasznie, strasznie przykro. Kiedy słuchałam pani doktor tam wtedy w gabinecie, myślałam co ja Wam wszystkim, którzy trzymali przez tyle czasu kciuki, łożyli, leczyli Roana i mięli nadzieję na jego poprawę sytuacji i szczęśliwy dom, powiem. W ostatnim przebłysku kulturalnego zachowania podziękowałam pani doktor za trud i poświęcenie. Trzeba było ją widzieć jak walczyła o każdy oddech psa, ale na prawdę nic to nie pomagało. Mieliśmy się u niej pojawić w następnym tygodniu po tej sytuacji by odebrać potwierdzenie z jej pieczątką by Wam je wysłać jako prawny dowód, ale nie byliśmy w statnie psychicznym tam wrócić. Jeśli będzie to konieczne, to jakoś się zmusimy. Marcin kilka razy próbował do Was zadzwonić, ale za każdym razem jak się do tego zabierał, zaczynał płakać. Ojciec Marcina też to okropnie przeżywa do tej pory. Mimo, że to już jest wbrew prawu, zabrał pani weterynarz Roana ze stołu i powiedział, że na żadne spalenie go nie odda, bo to jego pies. No i go pochowalismy w ogródku pod drzewem obok innych naszych dawnych pupili. Marcin bardzo się obwinia i uważa, że to jego wina, bo to on podpisał się na jakiejś kartce przed zabiegiem i go oddał pod nóż. W końcu doszłam do wniosku, że jednak jest grudzień i że muszę się zmusić i trzeba Was powiadomić :( Bardzo nam wszystkim przykro. Roan był kochany przez całą naszą rodzinę i sąsiadów i nadal cierpimy po jego stracie. Nie wiem nawet czy na naszej Czeremchowej kiedykolwiek będzie inny pies."
  4. Bardzo smutna wiadomość przyszła dziś do nas: "czas temu zaadoptowaliśmy od Was wielkiego, fajnego, kudłatego psa Roana do naszego domu na Czeremchowej w Warszawie. Muszę od razu też powiedzieć, że kilkukrotnie już zbierałam się, by do Was napisać, ale za każdym razem nie byłam nawet w stanie normalnie skupić wzrok od łez przez wiadomość, którą muszę się z Wami podzielić. Ale trwa już to zbyt długo i w końcu trzeba to powiedzieć. Zacznę może od początku. Roan, szczególnie od wiosny tego roku, zrobił się bardzo nadpobudliwy i narowisty. Przy czym razem z symptomami psyhicznymi wzmogła się też jego siła fizyczna. Nie mówię tu tylko o nieustannym kopaniu dołów, którego nie można było wyplenić żadnym sposobem ani rozwaleniu bramy wjazdowej przez wielokrotne rzucanie się na nią. W lato nasiliło się to do tego stopnia, że Roan zaliczył zerwanie stalowego łańcucha, na którym go czepialiśmy podczas dostaw do firmy, aż siedmiokrotnie (przy czym za każdym razem łańcuch był nowy i 2 razy zmieniany na grubszy. Doszło nawet raz do tego, że Roan przez swoje roztargnienie rzucił się na ojca Marcina gdy ten zamykał bramę. Byłam tego świadkiem i z miejsca powiem, że to nie była sytuacja kiedy pies po prostu się wystraszył i zaatakował ze strachu, bo ktoś wykonał gwałtowny ruch. Roan spał kilka metrów od bramy w budzie, po czym nagle się poderwał i w mgnieniu oka po prostu zaatakował. Ponieważ tata się schylał do zapięcia kłódki, Roan ugryzł go na szczęście na plecach, w okolicach łopatki, przez ubranie. Nie podarł niczego ani nie okaleczył, ale tata nosił siniaki w tym miejscu przez ponad 2 tygodnie. Doszliśmy do wniosku, że może po prostu go nie poznał, uznał, że to obcy i bronił swego, bo sytuacja nigdy wcześniej nie miała miejsca ani potem też się nie powtórzyła. Piszę to wszystko dlatego, żebyście zrozumieli nasze motywy postępowania: Postanowiliśmy zabrać Roana do lekarza weterynarii w celu ustalenia jakiegoś leczenia dietą lub hormonalnego by był trochę spokojniejszy. Było to w sierpniu. Pani doktor wysłuchała nas ze zrozumieniem i zaproponowała kilka wyjść. Między innymi powiedziała, że chyba najlogiczniejszą rzeczą na początek dla Roana bez konieczności leczenia go sztucznie hormonami jest jego kastracja. Poddała nam argumenty że pies będzie przez zanik jąder spokojniejszy, że na starość to zawsze jeden organ mniej do zepsucia się. Dodatkowo przypomnieliśmy sobie, że na umowie z Wami też widniał podpunkt który dotyczył, że jako właściciele zobowiązujemy się do kastracji/sterylizacji zwierzęcia. Po kilkudniowej dyskusji na forum rodzinnym doszliśmy do wniosku, że pomysł jest dobry i że się decydujemy. Ustaliliśmy z panią doktor termin na ciepłą sierpniową sobotę. My Roana przygotowalismy zawczasu, zastosowalismy się do zaleconej diety, ona zamknęła przychodnię i zostawiliśmy Roana pod jej opieką na czas zabiegu. Zabiegł przebiegł bez przeszkód. Roan wybudził się bez problemu pod okiem lekarza i kiedy był już przytomny, zostaliśmy wezwani by go odebrać. W domu umieściliśmy Roana w warsztacie by mieć na niego oko i ustaliliśmy "warty" żeby przy otumanionym psie czuwać (no i sprzątać to, co narobi). Wszystko z początku wydawało się w porządku, ale po godzinie 23:00 leki uspakajające przestały działać i Roan zrobił się niespokojny. Marcin z miejsca zadzwonił do Pani doktor by się poradzić i telefonicznie ustaliliśmy, że podjedziemy z nim by zaaplikowała dawkę uspokajacza. Niestety tu zaczął się dramat. Podczas podroży Roan zaczął już porządnie rozrabiać w combi i mimo, że z nim siedziałam z tyłu, ciężko było nad nim zapanować. Jazda do weterynarza nie trwała więcej niż 6 minut, bo pani weterynarz ma gabinet nieopodal Czeremchowej, ale Roan zdążył mnie poturbować, rozwalić po części klosz który miał założony i ...nagle przestać się rzucać. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to był skręt żołądka, bo doświadczyłam takiego czegoś po raz pierwszy, ale w dosłownie kilku chwilach Roan się uspokoił, zaczął dyszeć i zaczął mu okropnie puchnąć tułów. Reszta trwała coś pomiędzy 20 a 40 minut - ciężko mi powiedzieć. Pani weterynarz dzielnie walczyła o Roana przez cały ten czas. Próbowała zahamować przebieg tego skrętu, dzwoniła już po asystę mając nadzieje, że jeśli się jej uda, to przeprowadzi w drugim pomieszczeniu operację mającą za zadanie (chyba, bo nie wiem czy dobrze zapamiętałam) odkręcić i przyszyć żołądek. Byłam i trzymałam go w gabinecie cały czas. Marcin czekał za drzwiami, bo nerwy go niestety zawiodły. Niestety nie udało się go uratować. Ja wtedy nie wiedziałam dokładnie co się stało i byłam jak walnięta obuchem. Pies mi odszedł dosłownie na rękach i nie wiedziałam czemu. Pani doktor mi już po wszystkim tłumaczyła co, dlaczego i jak się stało. Że to był właśnie skręt żołądka o bardzo ostrym przebiegu, że najwyraźniej Roan wbrew wszystkim szacunkom, musiał być trochę starszy niż się wszystkim wydawało i kilka innych wytłumaczeń, których z powodu emocji nie pamiętam, ale były jak najbardziej logiczne. Jest mi strasznie, strasznie przykro. Kiedy słuchałam pani doktor tam wtedy w gabinecie, myślałam co ja Wam wszystkim, którzy trzymali przez tyle czasu kciuki, łożyli, leczyli Roana i mięli nadzieję na jego poprawę sytuacji i szczęśliwy dom, powiem. W ostatnim przebłysku kulturalnego zachowania podziękowałam pani doktor za trud i poświęcenie. Trzeba było ją widzieć jak walczyła o każdy oddech psa, ale na prawdę nic to nie pomagało. Mieliśmy się u niej pojawić w następnym tygodniu po tej sytuacji by odebrać potwierdzenie z jej pieczątką by Wam je wysłać jako prawny dowód, ale nie byliśmy w statnie psychicznym tam wrócić. Jeśli będzie to konieczne, to jakoś się zmusimy. Marcin kilka razy próbował do Was zadzwonić, ale za każdym razem jak się do tego zabierał, zaczynał płakać. Ojciec Marcina też to okropnie przeżywa do tej pory. Mimo, że to już jest wbrew prawu, zabrał pani weterynarz Roana ze stołu i powiedział, że na żadne spalenie go nie odda, bo to jego pies. No i go pochowalismy w ogródku pod drzewem obok innych naszych dawnych pupili. Marcin bardzo się obwinia i uważa, że to jego wina, bo to on podpisał się na jakiejś kartce przed zabiegiem i go oddał pod nóż. W końcu doszłam do wniosku, że jednak jest grudzień i że muszę się zmusić i trzeba Was powiadomić :( Bardzo nam wszystkim przykro. Roan był kochany przez całą naszą rodzinę i sąsiadów i nadal cierpimy po jego stracie. Nie wiem nawet czy na naszej Czeremchowej kiedykolwiek będzie inny pies." Roan [']
  5. Dopisz proszę 30kg karmy dostarczone 05.10 od Stowarzyszenia Niczyje
  6. Ja mogę, ale muszę wiedzieć, czyj nr podawać w ogłoszeniach.
  7. Dziewczyny proszę zróbcie im zdjęcia. Razem coś wymyślimy, ale foty potrzebne.
  8. Bebcik ja mam dużo styropianu u rodziców w Małkini. Gdyby jakimś cudem ktoś jechał na trasie Ostrołęka-Małkinia lub Ostrołęka- Ostrów Maz, mogłabym to przekazać. Mam bardzo fajne projekty od Fundacji Czarna Owca Pana Kota, jak zrobić budki. Potrzebny jest tylko styropian, skrzynki- takie na owoce drewniane lub kartonowe- z jakiegoś bazaru np., czarne worki na śmieci, albo ratunkowy koc termiczny i taśma.
  9. Czasem się cieszę, że nie mieszkam w Ostrołęce, a czasem żałuję. Jedyna pociecha w tym że prawdziwa zima jeszcze się nie zaczęła i przynajmniej mróz zwierzakom nie doskwiera...
  10. Pewnie koty szukają sobie ciepłych miejsc i ten nie zdążył uciec :-( Jest zgoda na postawienie kilku budek. Bebcik masz kogoś, kto by zrobił?
  11. No niee :-( Dużo było tych kotów? Skąd pewność, że potrute? Jak dawno to było?
  12. Maila Lary wysyłam Ci smsem. Akcja będzie :-) Na razie wystawiłam kalendarze na allegro: [url]http://allegro.pl/niczyje-kalendarz-wybierz-miska-i1949389666.html?source=oo[/url] malagos miałaś na myśli łabędzia? Idusiek to znaczy, że oni jakiś "plan oszczędnościowy" wprowadzili, czy w ogóle w tym roku nie Ostrów nie zgłasza psów do schroniska? Zawsze po wakacjach jest dużo telefonów w sprawie bezdomnych psów i kotów, ale w tym roku mam wrażenie, że zwierzaków jest szczególnie dużo. BTW W schronisku w Kruszewie odbyły się kolejne sterylizacje. Jeszcze troszkę i wszystkie suki w schronie będą po zabiegu :-)
  13. Zgłaszaj do Straży Miejskiej. A swoją drogą możesz zrobić zdjęcia i możemy spróbować poszukać pomocy przynajmniej dla tego ON-ka.
  14. BasiaD my jesteśmy organizacją (Stowarzyszenie na rzecz Bezpańskich Zwierząt Niczyje), jednak to nie ma dla nich znaczenia. Dziękuję że zaglądasz do tego wątku :-)
  15. Wpłynęło 90zl dla Lety. Bardzo serdecznie dziękujemy :-)
  16. Tak, trafi znowu do schroniska :-( Nie mamy dla niej dt :-(
  17. Mamy odpowiedź na pytanie, kiedy UM zamierza zająć się problemem wolnożyjących kotów. Otóż po Nowym Roku. Wcześniej było "po wakacjach", "po wyborach" a teraz jest " po Nowym Roku". Obstawiam, że kolejna odpowiedź to będzie " po Wielkanocy". Śmiać się, czy płakać?
  18. Nie ma w Kruszewie jamników, jedynie psiaki o wydłużonej budowie ciała i krótkich łapkach.
  19. Sterylka u zaprzyjaźnionej wetki kosztuje około 150-200zł
  20. Na konto Stowarzyszenia Niczyje wpłynęło 19,54zł dla Lety
  21. Malagos ja mam ją cały czas w pamięci, ale skoro ona nie chce wpuścić magaaaa do siebie, to nic nie możemy na razie zrobić :-(
  22. Podeślę wyniki swojej wetce, może będzie miała jakiś pomysł.
  23. Masz rację, musimy nagłośnić akcję, bo niestety wątki na dogo i miau i fb to troszkę mało. Smutne jest to, że tak na prawdę koty na zabiegi łapie tylko jedna osoba. A p.Krysia nawet zupełnie obcym sobie, chociaż lubiącym zwierzaki, osobom mówi, że jeszcze trochę i poszuka liny i się powiesi, bo nie daje rady patrzeć na zmarznięte, chore i głodne koty :-(
  24. W ramach walki z bezdomnością w tamtym roku UM przekazał do schroniska 6 kotów. Oczywiście nie martwiąc się o to, czy będą sterylizowane (na szczęście w schronisku dorosłe psy i koty są sterylizowane). Im się wydaje, że problemu po prostu nie ma. Od lutego czekamy na pieniądze na zabiegi i ciągle nic. Przed wakacjami opiniowaliśmy projekt uchwały rady miasta i cisza.
×
×
  • Create New...