Witam wszystkich,
Prawie 4 miesiące temu zabraliśmy ze schroniska pieska, nie umiał zupełnie nic - nie chodził na smyczy, nie jeździł autkiem, nie mieszkał w domu, generalnie rzecz ujmując - burek podwórkowy bez socjalizacji z ludźmi i innymi zwierzakami. Szybko nauczyliśmy go wychodzić na smyczy - z przyczyn technicznych nie mógł wychodzić wolno do ogrodu. Nauczył się zachowywać w domu i nie zniszczył nic pomimo tego że 8 godzin sam siedział. Jest świetnym psiakiem, kochanym jak tylko zechce, ale:
Przede wszystkim mam ciągłe wrażenie, że pies nas nie akceptuje w 100% i nie cieszy się na nasz widok ( merda ogonem z rzadka chociaż obcych ludzi którzy tylko cmokną obdarowuje hojnie merdaczem), nie lubi pieszczot, nie prosi o nie, nie jesteśmy dla niego "guru" nawet stosując pewne zabiegi (jedzenie pozorowane, przechodzenie w drzwiach i wąskich przejściach na schodach pierwsi, nie głaszczemy "od spodu", nie pozwalamy wylegiwac się w przejściach i zagradzać nam drogi, i takie tam - pewnie wielu z Was wie o czym mówię) - jakoś mam dziwne wrażenie że chce nam cały czas przewodzić (zdarza się mu podszczypywać łydki, łapać zębami za palce rąk ale tak lekko bez ran, "zagania" czasem jak borderak owieczki, i wygania z jego pontonika jak tylko ktoś się tak ułoży. Na spacerach nie umieliśmy sobie poradzić z ciągnięciem, ganianiem i szczekaniem na samochody (w związku z tym jadąc z nami samochodem szaleje na widok każdego auta, szczeka, kłapie zębami, piszczy) i agresją "szczekową" na każdego psa. W końcu poszliśmy na szkolenie - i trochę się udało ogładzić psa. Nie szczeka na daleko idącego psa tylko stroszy się na bliskie (szerokość ulicy) ale samochody bez zmian. Pozytywne metody zawiodły - kliker odpadł pomimo tego że jest mocno nakręcony na smaki, jak jest w amoku szczekania to nic nie widzi i nie słyszy. Pies ma około 2 lat, 9 kg wagi, miks hm...staffik, bokser, shar pei, w schronisku był niecały miesiąc, w kojcu z 4 czy 5 pieskami. Wykastrowaliśmy go po miesiącu pobytu u nas, wiem że trochę wcześnie ale dowiedzieliśmy się tego "po fakcie". Nie wiemy nic o przeszłości - został złapany na drodze poza miastem.
Szkolenie skończyło się użyciem butelki z wodą za każdym razem gdy zobaczył psa. To studziło jego zapał. Natomiast pies ciągle ciągnie, obroża, szelki, w akcie desperacji kolczatka - nic. Ciągnie. Zatrzymywanie się przy każdym napięciu smyczy - nic nie daje. Stoi na takiej napiętej. Zluzowana smych - jeden krok i znów napięta. Noszę przy sobie smakołyki, nagradzamy pozytywne zachowanie - nic, chcieliśmy żeby pies skupiał się na nas - czasem spojrzał na przewodnika - nie da rady, pies cały spacer potrafi nie spojrzeć więc nawet nie mam okazji nagradzać. Siły mi opadają, mąż zaczyna być sfrustrowany, do tego za 2 tygodnie wczasy i nie chcemy go zostawiać w hotelu, a on nie umie się zachować.
Jak jeszcze nauczyć go:
Skupienia na przewodniku, ignorowania samochodów, nie ciągnięcia, nie atakowania psów???
Przeczytałam już: Co gryzie psa, pozytywne szkolenie psów, sygnały uspokajające, aria do mnie, aria wróć, zapomniany język psów obie części i jeszcze kilka pozycji. Nasz zadzior do niczego nie chce się przekonać... Potrzebuję pomocy bo tracę siły i powoli zastanawiam się, czy nie zacząć szukać dla niego domu gdzie nie będzie nikt mu stawiał tyle wymagań, będzie sobie biegał po ogrodzie i nie będzie musiał wychodzić na smyczy "między ludzi" i samochody.
Zapomniałam dodać, że ma zapewnioną dawkę ruchu - codzienny popołudniowy spacer 1-3 h czasem dłużej, 6-12 km, z bieganiem na 10m lince, z piłką na działce, ze szkoleniem (a właściwie próbą szkolenia) czasem bieganie na rolkach. Poza tym wszystkim zdarza mu się ganiać ogon - z warczeniem i takim wściekłym gryzieniem, ma go podrażniony i zaczyna się robić rana. Wiem, że to objaw jakiegoś stresu ale nie wiem jakiego, Jak z tym walczyć?