Zuza miała jakiś ciężki dzień, była rozdrażniona - powarkiwała na kota, na nas, na Benka. Ale rano poszłyśmy wypuszczać kury, celowo je pogoniłam, żeby frunęły (charty reagują na wszystko, co się szybko rusza). Zuza nie drgnęła, choć nie była ani spłoszona ani przestraszona.
Aż do wieczora była słabiutka, głównie leżała, kiedy się ją wołało, podnosiła łebek, ale nie miała siły wstać. Jadła cztery razy w ciągu dnia, aż za piątym zostawiła miskę nietkniętą. Teraz wyraźnie ożyła, biega znów za nami, podstawia łeb, żeby ją drapać wokół rany, wyraźnie sprawia jej to ulgę, może ją swędzi. Rana jest ładnie zasklepiona, widać czystą bliznę.
Ma jeszcze niewielkie zawroty głowy, mamy nadzieję, że przejdzie. W poniedziałek wieczorem jedziemy do wet - zaszczepić i "rzucić okiem".
Co do klonowania, to domownicy są zdecydowanie PRZECIW. Jednego egzemplarza mają serdecznie dosyć...