grajka
Members-
Posts
34 -
Joined
-
Last visited
Everything posted by grajka
-
dzięki, kuzyneczko. buziaki
-
najgorsza jest ta bezsilna złość na kogoś, kto tak je skrzywdził... ale pomaga świadomość, że naprawdę były szczęśliwe przez ten czas u nas. żyły spokojnie, wypieszczone, kochane, nakarmione, każda w swojej rezydencji z wielkich kostek słomy. i z pakiem, który najpyszniejsze zdobycze chował na daszkach ich budek, bo wiedział, że żadna z nich nie potrafi tam wejść, a koty sie boją. pako bardzo się zmienił od czasu przybycia tajki, obudził sie w nim wielki dzieciak, brykają razem, razem śpią, mają nawet jeden kawałek kostki, który tratują jak lizak, a potem kładą w takim miejscu, żebym na pewno sie potknęła. i piją mleko z jednej michy, a potem mają tak samo upaprane pysie na biało. cały czas się śmieją, jak delfiny. tajka jest niesamowicie gadatliwa, a pako przy niej też jest coraz bardziej akustyczny. i tak słucham psich opowieści... i kolejny pomysł tajk na koty. teraz je śledzi. idzie naciągnięta, jak wielka dżdżownica za kotem, który już na nią nie reaguje. widok przedni, bo kot, dla ułatwienia, idzie na przykład pod stołem, między nogami krzeseł, a tajka za nim, bo przecież w swoim odczuciu nie jest od tego kota większa... ja za nimi i stawiam te krzesła na nóżki... kot wreszcie dociera do kanapy, albo fotela, kładzie się, a tajka naciąga się jeszcze bardziej i go wącha. po czym odsuwa się i zaczyna opowiadać, że się udało, że kot jest blisko i już nie bije. na to wpada pako, pędzi prosto do kota, szturcha go nosem i to tajkę złości, bo ona się jeszcze na to nie odważyła. cudne psiaki dzieciaki. nataszka co jakiś czas przywoływała je do porządku, jak rozbrykane wpadały na nią, albo przemieszczały się za blisko jej miski. i nauczyła je, że jak wchodzi do kuchni, to wszystkie miski są jej, a one mają czekać. i czekały... rano wstaję i pierwsza myśl to wypuścić nataszkę... oj, bo znowu będę ryczeć dziękuję, że tu jesteście
-
gosia, dziękuję, że napisałaś, mnie też ciężko trafić w klawisze.... tylko siedzę i ryczę, kolejny płacz na podłodze w lecznicy, kolejne odejście wielkiego serca.... tyle miłości i zaufania, tyle radosnych dni, tak strasznie za mało.... Bogu dziękuję, że pozwolił pokochać i być kochanym przez takie uosobienie miłości, jakim jest pies
-
musi nam wystarczyć, że gosia psicę znalazła, dowiozła do mnie, a psie dziecko ma teraz swój domek, gdzie jest kochane.... uśmiechy
-
tam od razu na koniec świata ;] to ty mieszkasz tak daleko.... psiaki dzieciaki są bardzo ciekawskie, pomagają we wszystkim, pako się pcha jak najbliżej, tajka wszystko komentuje. koniecznie usiłuje zaprosić starą kocicę do zabawy, ta nie chce i jest scenka piękna po prostu - tajka auuuuuu,łłłuuuu... a kocica psssssssss... dogadać się nie mogą. tajka trzyma się na dystans, bo kocica pacnęła ją już raz w nos, ale bez pazurów, taki ostrzegawczo dyscyplinujące pacnięcie było i psiak doskonale to pamięta. odkurzałam samochód na podwórku, najpierw nakrzyczały na odkurzacz, potem wyłożyły się na siedzeniach i znów było co odkurzać, bo leniuchy się lenią (a ja je naśladuję ;]) i pełno sierści zostawiły. kończą się prace polowe, za parę dni znikną kombajny, będziemy chodzić na długie spacery, bo od 5 września mam wreszcie urlop
-
znowu mamy czi-psy ;] do naszego stadka dołączyła tajka, przywieziona przez gosię. przecudna gadułka marki husky, snuje opowieści, uwielbia paka, który wreszcie ma dziewczynę do zabawy, bo nataszka już nie chce, goni go, staruszka teraz spokojnie patrzy na brykające psiaki-dzieciaki. tajka ma 2 lata, wielkiego dzieciaka w sobie, niesamowitą energię do zabawy i .... snucia opowieści. to mój trzeci husky i pierwszy tak gadatliwy. wracam z pracy i dziewczynka opowiada mi wszystko, co sie zdarzyło w ciągu dnia. pokazuje brzuszek, pochyla główkę do pieszczot. poproszę gosię, żeby wsadziła fotki, bo ja ciągle nie potrafię... uśmiechy
-
dziękuję wam wszystkim, za kciuki, dobre słowo i pamięć. jak tylko ogarnę się po ostatnich 3 tygodniach, pojadę z nataszą na przegląd gwarancyjny. następnego dnia po odejściu nadii, znalazłam o świcie na podłodze moja koteczkę.... najprawdopodobniej zjadła coś, co już było zatrute, na wsi truciznę na gryzonie daje sie gdziekolwiek, byle dzieci nie zjadły. moc mnie opuszcza przy ludzkiej głupocie
-
nutusia, dziękuję najpiękniej, jak potrafię.... dziś nadia odeszła, teraz mój tata rzuca jej w niebie patyki....
-
nutusia, czy twoje głuche szczęście zrobiło się szczekliwe? nadia okropnie krzyczy, musiałabym chyba mieszkać z nimi na podwórku całymi dniami, bo tylko wtedy jest cicho. a jak ją delikatnie smyrnę w pupę, jak siedzi tyłem, to podskakuje przestraszona ;] ale rzeczywiście, jak jest przodem, można pogadać, głównie patrzy mi na twarz i na ręce, co wymacham w tym dziwnym języku, ona rozumie
-
dłuuugo mnie tu nie było :) przetrwaliśmy i upały i jakieś mrozy, maryś wybudował każdej, w stajni i obórce, bo panny rezydują oddzielnie, igloo z wielkich kostek słomy, na starych drzwiach do szopy, więc ciepły dom, parkiet, każda ma swój materacyk i ogólnie wszyscy są zadowoleni. okazało się, że nadia bardzo źle słyszy, właściwie wyłącznie z bliska i to głośne i piszczące dźwięki, więc porozumiewamy się na migi, pysznie rozumie gesty. ale na spacerze, jak pobiegną w siną dal, wołam tylko nataszę, a nadia zawraca dopiero, jak nie widzi jej przy sobie. za to jak proszę ją o coś, na co nie ma ochoty, odwraca się do mnie tyłem i już nie "słyszy" poleceń. nie znałam nigdy niesłyszącego psa, ale dogadujemy się świetnie i radzimy sobie całkiem nieźle. jak zwykle, nie mam pojęcia, jak tu wsadzić zdjęcia, poprosiłam gos, obiecała, że da. pozdrawiam
-
im, jak im, ale jakie ja mialam szczęście... :)
-
nadia ma ciemną tylko buzię, nataszka ma plamy ciemnego futra na grzbiecie i duperelku :) oczkami strzela wywrócona w rozbawieniu nadia, potrafi runąć na ziemię w locie :) dziś straszyły panów tutejszych, którzy wozili mi ziemię - nadia patrzyła (bykiem), taszka szczekała, bo ona robi za dzwonek, jak mówiono w katowicach :) jak ktoś jest przy furtce, taszka szczeka cała sobą
-
latająca boża krówka to nadia :) nataszka też bryka, ale jest większa i szybciej ląduje, mam za wolny... aparat ;) gosieńko, dziękuję :)
-
już trochę czasu minęło i wiele się zmieniło... teraz czuję, że mam coś w rodzaju zawodowej choroby przewodników - caly czas ktoś za mna chodzi :) kroczek w kroczek wędrujemy we czwórkę, wszędzie po prostu. i zmieniła się rzecz najważniejsza-dziewczynki przestały sie bić przed spaniem. nie potrafiły chyba bez tego zasnąć. wprowadzałam do ich sypialki w różnych konfiguracjach i zawsze była awantura. a teraz nagle spokój, nadię wprowadziłam, nataszka pobiegła za nami i po prostu poszły spać. nadia jest okropnym krzykaczem, nataszka dalej spokojnie czeka, aż trzeba koniecznie zabrać głos :) wszystkie 3 są bardzo ciekawskie, lubią, jak coś się dzieję, spędzam z nimi całe dnie na dworze. i dalej nie doczesałam nataszki.... zrobię zdjęcia w popiatek i poproszę gosię, żeby je tu wsadziła :) uśmiechy
-
dzisiaj byliśmy na spacerze we 4 - pako, krówki i ja :) lało przecudnie, błoto usiłowało mi ukraść kaloszki, nadia biegała luzem, nataszka i pako na smyczkach, nad którymi staram się zapanować, żeny mnie nie wplątały :) wróciliśmy przemoczeni, cali z błota, kurtka i spodnie do prania, krówki ociekające, pako szczęśliwy, a ja z rączkami wielkiego gonza po łapaniu kul armatnich.... tak się dzieje zawsze, jak dwie smycze rozbiegają się nagle w 2 strony ;) i tyle radości w ten okropny czas
-
przepraszam, że dopiero dziś, ale dziękuję za wsparcie :) pewnie macie rację, jakaś nadpobudliwa sama się zrobiłam,ale to tylko z uczucia wielkiego :) codzienne jest inaczej, ale krówki coraz bardziej u siebie; tej wiosny nie doczekam się kwiatków w najwiekszej kępie irysów, bo nadia wyciorała się wczoraj rozkosznie w młodych pakach... :) a przed nią bieży baranek, a nad nią leci motylek, ze poezją polecę :)) nataszka też coraz bardziej ruchliwa, brykała dziś rano radośnie z pakiem po podwórku, jak się chłopak w końcu wyspał a na końcu wstaje nadia, która śpi lepiej, niż suseł :) kochani, świat jest piękny
-
nie potrafimy wszystkiego sami, niestety, aczkolwiek zupełnie nie chodzi o budę :) ukłony i rumieńce za ciepłe słowa, mąż dziękuje po męsku, uścisk dłoni, wspólne piwo :) zakochaliśmy się w kluskach, ale one mają tyle zmian za sobą, że trzeba im bardziej, niz troche pomóc. nawet sobie nie wyobrażacie, jak zaczęły ustalać pozycje w nowym stadzie, chyba wstępny podział okazuje się nie być ostatecznym. dziewczyny warczą na siebie, przepychają się, natasza broni świeżej pozycji, ale nadia nie chce ustąpić. nawet na spacerze, kiedy trzymałam je obie, ale na oddzielnych smyczach, nadia bodnęła nosem nataszę w bok. dla nas są ta samo kochane, jak wcześniej, tu nie ma żadnych uwag. to nie są nasze pierwsze psy, mam za sobą szkolenie berneńki, a to przekochana, ale wyjątkowo zmyślna dziewczynka była, zajmowaliśmy się przybłędami w różnym wieku, czasem strach było do psa podejść. teraz jest inaczej, może dlatego, że one z tym bagażem doświadczeń są dwie. naprawdę nie chcę w żaden sposób im zaszkodzić, ale jeśli możecie podzielić się waszymi doświadczeniami? pilnujemy hierarchii między nami i resztą, wzmacniamy pozycję paka, bo to pies, który jest samodzielny, ale nam podporządkowany, pilnuję jedzenia, dostają to samo, w różnych katach, jestem do końca i zabieram miski. gdzie problem? przede wszystkim przychodzenie na zawołanie. pako na widok, nawet nie dźwięk gwizdka, siedzi przede mną, dziewczynki, jakby miały słuch wybiórczy :) tego nie syszą, nie to , co kroki myszy w stodole sąsiada. są łase na pochwały i parówy, dostają jedno i drugie, jak wreszcie przyjdą.... a trwa to czasem dłuuugo. nadia obszczekuje cały świat, wołamy, prosimy, w końcu podchodzimy, dotykamy, a ona aż podskakuje przestraszona, jakby nie słyszała wołania i kroków. oprowadziliśmy po kątach, jutro nie wypuszczę kurek i obie zobaczą ich wybieg. na spacerze nadia biega luzem, ale mam wrażenie, ze trzyma się blisko i podchodzi do nas nie dlatego, że co jakiś czas ją wołamy, tylko instynktownie, bo pilnuje po prostu stada. trudno poprosić, żeby przyszły na pieszczoty, wolą same o tym decydować, co nam się mniej podoba... dość głośno się tu zrobiło, nadia szczeka, ja gwiżdżę, pako śpiewa do księżyca, mówię wam, coś pięknego. boją się piłki i takiej kulki na sznurku, uzywanej w tresurze. jak podniosłam rękę z piłką, natasza aż skuliła się w sobie. nie ma mowy o zabawie. cisza i odpoczynek jest w nocy, na ciemnym, zamkniętym ganku i jak któreś z nas siedzi na podwórku. nawet nie z nimi, mogą być w zupełnie innym kącie, ale nie same. wszem, pijemy tam kawę, czytamy, ale przecież nie cały dzień. nie chciałabym, żeby nadia żyła w ciągłym stresie, ciągle napięta i głośno pilnująca, choć to pewnie też ma związek z podkreślaniem swojej pozycji. fox, czytałam twój tekst o kagańcach,będę wdzięczna za rady :)
-
masz rację, chyba muszę ;]
-
dziś innowacja spacerowa; przeszeregowana nadia luzem, reszta na smyczy to działa :) a jutro nataszka luzem, parówa w kieszeni, reszta na smyczy. uczymy reagować na dźwięk - gwizdek=noga=parówa. i to też działa. radość rano, wieczór, we dnie i w nocy :)
-
i jeszcze jedno, poprosiłam gosię o dodanie zdjęć, bo ja tuman komputerowy jestem i nie umiem sama ;) dziękuję, gosieńko
-
dziewczyny są niesamowite przyjęły paka, jako szefa ekipy i zaczęły się roszady w stadzie - nataszka awansowała i trochę jej wczoraj woda sodowa z tego do główki uderzyła :) pokłóciła sie z nadią, az maryś, definicja spokoju i opanowania, huknął na nie skutecznie. jeść dostają wszyscy razem, ale w różnych kątach podwórka, a ja pilnuję, żeby zjadło swoje, nie warczało, nie odpychało i ogólnie zachowywało się, jak przy stole przystoi. pako kocha mięso, dziewczynki jadły do tej pory chrupy. przygotowałam wszystkim to samo-chrupy okraszone mięsem. po posiłku została 1 miska z mięsem i 2 z chrupami :) wczoraj nie domknęłam drzwi kurnika, wpadły tam za mną i było wesoło :) wygoniły na podwórko koguta, po czy zaczęły się radosne gonitwy, które znów zakończył maryś, bo on lubi, jak jest cicho i spokojnie i psuje każdą fajną zabawę ;) kogut ostał się z gołą pupą, natasza z piórami w paszczy, kogut jest pośmiewiskiem całej wsi, kto to widział.... całkiem łysa pupa ;] spacer świetny, dziś czekamy, aż przestanie lać. cały czas się zastanawiam, jak będę chodziła z nimi sama, jak maryś wyjedzie... twierdzi, że szybko ;) zdjęć z kotami nie da się zrobić, to się dzieje za szybko, poczekam, aż się uspokoją. na widok kota krówkom na buziach pokazuje się uśmiech kota z cheshire, a nad główkami zapala się neon: GONIĆ KOTA!!!! a potem zazdrość w oczach: one stoją pod stryszkiem, a na górze pako z kotami, tylko on potrafi chodzić po drabinie :) ale może to być, że to tylko kwestia czasu... życzę wszystkim wesołych Świąt!! rozbrzmiewające dziś słowa Zmartwychwstałego "Pokój Wam" niech dają nadzieję nad każdym cierpieniem, każdym grobem, nad każdą ludzką Golgotą... niech świąteczny czas będzie pełen radości, refleksji i rodzinnego ciepła, a jego wiosenny charakter niech obudzi wszystkie dobre i piękne uczucia...i wspomnienia. spokojnych, radosnych Świąt Wielkiej Nocy
-
ostatnie 20km pzejechaliśmy na sygnale wzmocnionym - huhauhauhau nadii i co kilka minut-bum-nataszki :) dziewczynki miały dość, mimo przerw, spacerów, picia i miziania pako oszalał ze szczęścia, nadia skacze, jak podrywana nastolatka, a nataszka, szybciej niż ja, znalazła pakusiową kosteczkę i zajęła się degustacją :) słuchajcie - bez jednego szczeka, w pełnej radości, gonią się po ogrodzie, a my, po prawie dobie w aucie, pijemy zimne z soczkiem malinowym i podziwiamy kotki, dumnie spoglądające na wieeelkie psiska.... świat jest piękny bashka, pewnie, że dałam radę :) to są koniki, nie psice :)) jutro coś mądrzejszego może popełnię,, bo dalej mnie znosi na zakrętach gosia, marzenia się spełniają, jak sądzę ;>
-
jutro, jutro ;] trzymajcie kciuki, żeby nas polubiły.... ale mam tremę, serio :)
-
gosia, maryś przyjazd po kilku miesiącach, na Święta, moje urodziny, planuje pod psice :) nie darowałby mi, jakbym sama przyjechała... bo u mnie najpierw mąż, potem reszta menażerii...jeszcze chwilka ja też czekam na was trzy :)
-
mieszkam 25km na poludniowy zachód od raciborza, przy samych czechach. wioska jest poniemiecka, zamieszkana przez ludność z kresów. ale całe lata jeździłam na wieś, w różnych regionach i zawsze widziałam jedno - malutki psiak, albo wielkie bydlę, na zbyt krótkim łańcuchu,albo drucie, powywracane miski, brak wody i ujadanie całą dobę, bo to nieszczęśce bało się wszystkiego... tak jest w wielu wsiach - uwiązany mały grochówczak (opis rasy: niskie zawieszenie, krzywe nóżki, poczciwy pysio, ślad wieeelu ras wśród przodków, ogonek skręcony, ideałem podwójny skręt, żywiony grochówką i innymi resztkami ze stołu), za schronienie służy mu płyta z niewiadomo czego, oparta o ścianę. nie będę chodzić, jak nawiedzona, po chałupach i tłumaczyć i prosić. datego pokazuję dzieciakom, że można inaczej, że pies jest przyjacielem, że przybiega na pieszczochy, że w cieniu stoi zawsze miska ze świeżą wodą, a w domu druga że śpi się w domu, na legowisku, a jak ma kaprys zostać na dworze, bo ciepło, ma materac w jednym z pomieszczeń. nie na ziemi, bo przerabiałam kiedyś psa z reumatyzmem i nigdy więcej nie chcę czegoś takiego. nie wymadrzam się i nie staram się być the best, to mnie boli, bo zwierzaki są dla mnie bardzo ważne. nie wiem, czy słusznie, ale pomyślałam, że może dzieciaki łatwiej zmienią ich los, bo tu namacalnie mają dowód, że można inaczej. a serce rośnie, jak po kilku latach, sąsiadki zaczynają wychodzić z tymi swoimi grochówczakami na niedzielne spacery, a i rasowych psów jest więcej i luzem :) uśmiechy docha, krokusików, narcyzików i tulipanków pęk :)