hej Wam!
po krótce opowiem Wam moją historię: pracowałam ... i krótko mówiąc byłam za bardzo pyskata i zalazłam za skórę osobom siedzącym na kierowniczych stołkach w w/w firmie. Zebra - nie zostałam zwolniona za reagowanie na to w jakich warunkach są tam trzymane zwierzęta - bo warunki staraliśmy się im stworzyć jak najlepsze, my o zwierzaki na serio o zwierzaki dbaliśmy... Poleciałam za coś innego, chodzi o adopcje kotów.
Powiem tak - adopcja jest jak najbardziej chlubną akcją, cieszę się że kotecki znajdują nowe domy, nie marzną i głodują w piwnicach itp, ale...
Koty do adopcji znajdowały się u nas w dwojaki sposób: albo ktoś komu się okociła kotka przynosił do nas kociaki, zawsze prosiliśmy by były one odstawione od matki, conajmniej 6-8 tyg, odrobaczone i w miarę możliwości zaszepione, albo - od pewnej pani weteynarz, która działa w fundacji zajmującej się kotami. I te koty, no cóż, krótko mówiąc, nie wyglądały zbyt ciekawie - były brudne, śmierdzące, miały zaświerzbione uszy, zaropiałe oczy, koci katar był niezwykle częsty, po za tym były lękliwe i czasem aż strach było włożyć rękę do klatki - ale to na wskutek tego co wcześniej przeszły:(((
co więcej, wiem o przypadku, gdy kot adoptowany od w/w fundacji nie dość że zaraził świerzbem całą rodzinę, to po męczarni zdechł na FIP... włascicielka starała się leczyć go za wszelką cenę, była u bardzo dobrego weta(niejednego) i ktoś ją uświadomił, że te koty często są poddawane terapiom przy użyciu końskich dawek leków, tak by kota postawić na nogi i
jak najszybciej, wypchnąc do ludzi i mieć go z głowy - niech nowy własciel się martwi.... rozmawiałam równiez z klientką, która kota świeżo po adopcji zawiozła na badania do kliniki i wyszło, że kot jest tak zarobaczony, żewet złapał się za głowę, a w książeczce było że kot jest odrobaczony...
smaczku całej historii dodaje fakt, iż owa pani wet ma powiązanie z centralą firmy i koty od niej musieliśmy brac i już! było to wyraźnie powiedziane!
i tu powstał problem, bo ja stanęłam okoniem:D:mad:
w całej tej historii ważną rolę odegrała też starż dla zwierząt, która, muszę przyznać zareagowała szybko i mam nadzieję, że efektywnie;)
a summa sumarum z pracy wyleciałam, (nieoficjalnie za to )bo wydawało im się, że to ja nasłałam na nich straż dla zwierząt, a tak nie było, a oficjalnie - bo niedogadywałam się z moją panią kierownik
ufff, tekst pisany w nerwicy strasznej, więc wybaczcie nieskładność itp :angryy: