Marysię wypatrzyłam na dogo.
Ale historia jest długa. 16.maja odszedł do psiego nieba mój 11-letni jamnik szorstkowłosy. Mam nadzieję, że /jak napisała mi koleżanka mojej córki/ poszedł do psiego nieba i poznał tam jakąś fajną suczkę. Chorował na serce. Po jego odejściu powiedziałam, że już nigdy więcej żadnego psa, bo śmierci następnego po prostu nie przeżyję.
Ale zaczęłam przeglądać dogomanię. Szukałam jakiegoś pieska, nawet miałam wymyślone imię dla niego. Miał być Teodor, Teoś znaczy się. Ale którejś nocy wypatrzyłam Marysię. Później jeszcze pozostał do przekonania mój TZ. Ale w grudniu są mikołajki, 5 dni później mam urodziny, potem moje imieniny i gwiazdka, więc koronnym argumentem było, że Marysia będzie dla mnie prezentem z tych wszystkich okazji. Ale mam nadzieję, że pod choinką coś znajdziemy, i ja, i Marysia.
A z Marysi robi się mały szkodnik. Trzeba uważać, żeby z brzegu stołu nic nie leżało, bo uskutecznia samoobsługę. Dzisiaj z pyska wyciągałam moją komórkę, później Marysia samodzielnie przeczytała miesięcznik "Pani" i książkę mojego TZ-ta, bo kusząco leżały na niskim stoliku.
Z jedzeniem już lepiej, z piciem też. Żebyście widzieli jakim pędem leci, kiedy słyszy szeleszczenie jakiejś folii. Osoba szeleszcząca zaraz ma jej towarzystwo. Ale to z łakomstwa, a nie z głodu. Bo ludzkie przecież jest dużo lepsze.