21 grudnia 2006 ... Nigdy nie zapomne tego dnia, okazał sie najgorszy w moim życiu. Kupowałam prezenty na święta, wracałam do domu ze studiów... pamiętam telefon "misiowi coś sie dzieje, nie może chodzić" nerwowe szukanie weterynarza, nieskuteczna pomoc.. przyjechałam najszybciej jak sie dało, wpadłam do domu a Biedaczek leżał na łóżku, język mial na wierchu i usłysałam taki przeraźliwy pisk :placz::placz: sybko wzięłam go na ręce, jego bezwładne ciałko ułożyło sie w moich rmionach a ja przez łzy ciągle mu powtarzałam jak bardzo Go kocham, że musi być dzielny ... wszystko będzie dobrze :placz: nie zdążyliśmy dojechac do weterynarza, umarł w aucie na moich rękach :placz:
historia zatoczyła koło, ja przygarnęłam go ze schroniska i na moich rękach odszedł za Tęczowy Most :placz::placz:Życie bez niego nie jest takie same, mamy nowego pieska, jest cudowny i kocham go z całego serduszka, ale nigdy nie zapomnę Misia. On był dla mnie kimś więcej niż psem i kimś więcej niż przyjacielem... był dla mnie wszystkim ... Odszedł nagle... jeszcze dwa dni przed śmiercią biegał po łące, pływał - co kochał najbardziej na świecie a w czwartek odszedł ... Miał tylko dwa lata :placz:
Dlaczego tak musiało sie stać? nikt mi na to nie odpowie ... pamiętam tylko te małe ślepka wpatrujące sie we mnie, kiedy tydzień wczśniej jechałam na studia jakby mówiły "nie jedź, zostań" a ja głaskałam go mówiąc że niedługo sie spotkamy ... :placz:
oddałabym wszystko, żeby móc go przytulić, jeszcze raz go zobaczyć, żeby móc mu powiedziec jak bardzo Go kocham i jak bardzo tęsknie ...
Nie zdążył zobaczyć swojego świątecznego prezentu ... mam nadzieje że chociaż teraz jest szczęśliwy ... i wie że jego pańcia cały czas o nim myśli ...