Udało mi się znaleźć chwilę czasu... :) praca, pies, praca, pies, choroba, praca, pies... Na szczęście dla mnie to sama przyjemność (pies, nie praca :P). Otóż żyjemy sobie już z Cezarem nieco spokojniej.
1. Załatwianie się - zakumał, że trzeba to robić na polu :) w nocy mamy spokój, chyba że przeoczymy czas po jedzeniu i Cezar stwierdzi że nie utrzyma kupy do rana... z sikaniem nie ma problemu (cofam to - jak pisałam ten post, zsikał się na panele... eh :D). Dzisiaj po raz pierwszy został sam aż na 8 godzin, i... sukces! :D na mieszkaniu czysto, nic nie poniszczył. Podsumowując: w nocy i gdy jest sam - zachowuje czystość nawet 9 godzin. Jak jesteśmy na mieszkaniu trzeba z nim wychodzić mniej więcej co 2,5-3 godziny :/ to jest zapewne kwestia tego, że przy nas więcej się rusza, czyż nie?
2. Codzienne "korby" (czyt. szał po sikaniu/jedzeniu) - powoli się uczy, że bawić należy się z umiarem, tzn. bez gryzienia po rękach jak popadnie. Gryzie swojego "skunksa" (piłka z ogonem, obita czymś na wzór pluszu), dobiera się do kostek ze skóry wędzonej, dzisiaj przedstawiłam mu pluszowego koleżkę z Konga, Snugga Wubba.
3. Inne sprawy. Ogarnia komendę "siad", aczkolwiek nie zawsze. Na komendę "spać" wieczorem wycofuje się na legowisko i kładzie się. Nie do końca, ale rozumie komendę "nie" - tutaj mamy największy problem :D nie chcemy, żeby wyskakiwał na sofę w salonie, ale skumanie tej sprawy trochę mu schodzi ;) Pozwoliliśmy mu za to wyskakiwać na parapet - niech ma coś od życia :)) Kupiliśmy klatkę - narazie jest cały czas otwarta, a w środku położyliśmy jego legowisko. Traumy póki co nie widać :)
I to by było na tyle. Żyjemy sobie w coraz mniejszym stresie, chociaż zdaję sobie sprawę że minęło dopiero 9 dni - oby dalej, oby coraz spokojniej ;)