sota36 Posted December 13, 2006 Posted December 13, 2006 zurdo napisał(a):...nasze psy, te, które odchodzą schorowane, wiedzą. Wiedzą, do kiedy walczyć, i wiedzą, kiedy się żegnać. Mają tę intuicyjną mądrość, której nam brak. Nie walczą z nieuniknionym, odchodzą pogodzone. Tylko my pogodzić się nie umiemy... TAK! Jestem o tym przekonana - przezyalm to! Atos walczyl wraz znami ponad 4 dni, potemsie poddal - i to bylo widac.NAwet mezowi w 5 dniu powiedzialam - ze On chce odejsc... To bylo widac, to bylo czuc! Quote
zurdo Posted December 14, 2006 Author Posted December 14, 2006 Cześć, Tuśka. Szukam śladów Twojego istnienia. I ocalam, co można. Pudło leków, kocyki, jedzenie – oddałam od razu. Kwitki z aptek ciągle są wszędzie, w książkach, kieszeniach, torbach – wyrzucam, wspomnienie złego. Paragon z kliniki, ostatni, z jedną pozycją – leży na stole, nie potrafię go ruszyć, wyrzucę jak wyblaknie. Maile do i od pani doktor, ostatni, spóźniony przyszedł 3 godziny po Twoim odejściu. Laurka od Gucia, jesteś na niej jako członek rodziny, pociągnięta pomarańczową kredką, z trzema nogami i smyczą zaczepioną o słońce. Listy od Mai z sakramentalnym „Trzymaj się. Ogona Rasty”. Szczotki, grzebienie, zdjęcia, Twoja książeczka, piłeczki – mają swoje/Twoje pudełko. Drewniane, w aniołki. Nałokietniki, uszyłam Ci je pod kolor smyczy, na wiosnę, po babeszjozie (tyle chorób naraz, wielką miałaś wtedy wolę życia) miałaś starte łokcie od ciągłych wywrotek. Są w Twoim pudełku. Gruba teczka z wynikami badań, nie potrafię wyrzucić, zostanie tam, gdzie zawsze – razem z moją. Tak leżały nasze medyczne papiery wymieszane, jakby dotyczyły jednego ciała. Pamiętasz, jak musiałam mieć zaświadczenie do pracy? Jak zawsze spóźniona, złapałam przed wyjściem pierwszą (Twoją) kopertę z rentgenem klatki piersiowej i zawiozłam lekarce, a ona oglądała je długo i z namaszczeniem, zanim wydusiła „Ale co to jest?” Twoja obróżka, dostałaś ją pod choinkę. W niej przeszłaś na drugą stronę. Wisi przy łóżku. Codziennie ją biorę, zapinam na szyi powietrza i widzę, jak znika pod gęstym kołnierzem włosów. Niewiele tego. Nic więcej nie potrzeba. Reszta jest we mnie. I zostanie, dopóki jestem. Bardzo Cię kocham Niusiołku. Quote
Aga76 Posted December 14, 2006 Posted December 14, 2006 Zurdo, Twoja miłość do Rasty czasem mnie onieśmiela, piszesz tak przejmująco, w każdym wyrazie, w każdej literce wyczuwam ogromną siłę Twojego uczucia. Wieczna miłość - której nic nie zmieni, czas nie zatrze, ludzie nie zdepczą... (***) Rastuniu (***) Quote
beta73 Posted December 14, 2006 Posted December 14, 2006 Zurdo, podobnie jak Ty wszystko co przypominało mi o chorobie Bonówki szybko wyrzuciłam, została jego czerwona obróżka, wymietoszony pluszak łoś superktoś i dwa gryzaki których juz nie chciał dojesć bo był chory bolesne pamiątki mam jednak nadzieje że za jakis czas nie będzie mi sie pojawiała w gardle gula a oczy nie będą sie szkliły na wspomnienie mojego Bona bo teraz to jeszcze nie potrafie o nim spokojnie rozmawiac i uciekam przed znajomymi z parku którzy rozgladaja sie za Bonuchem gdy mnie widzą jeszcze nie umiem mówic o jego śmierci Quote
Toska1 Posted December 14, 2006 Posted December 14, 2006 Kiedyś, dawno temu jako nastolatka trafiłam na tekst pewnej dezyderaty, w pamięć zapadł mi fragment: Miarą właściwą szczęściu jest CHWILA. Trzeba mieć dużo szczęścia, by być szczęśliwym przez godzinę, rzadko ktoś liczy je na dni, a nikt na całe życie. Mi to pomaga, wyławiam z pamięci i gromadzę jak perełki te moje szczęśliwe chwile. Pozdrawiam Cię ciepło. Quote
Radek Posted December 14, 2006 Posted December 14, 2006 Tośka, piękne te słowa, które napisałaś. Jeśli przyjąć tę definicję szczęścia to moje szczęście trwało prawie pięć lat (ale to dużo za krótko). Też staram się zbierać w pamięci te piękne chwile, nieraz pomaga, nieraz przy takich wspomnieniach ryczę jak bóbr. Quote
zurdo Posted December 15, 2006 Author Posted December 15, 2006 Piękne słowa, dziękuję. Tylko ja wciąż nie umiem tych chwil posklejać w coś, co byłoby silniejsze od żalu. Niusiołku, z czasem miało być coraz lepiej, a jest - coraz gorzej. Może to ta jesienio-zima, ciemna i ponura, ale do wiosny nie dotrwam, zwariuję. Coraz bardziej nic mi się nie chce, coraz częściej myślę, że nic nie warto. Coraz gorzej się czuję, coraz większa anemia mnie dopada. Kiedy byłaś – jadłam z rozsądku, bo wiedziałam, że muszę mieć siłę, żeby Cię nosić. Teraz już nie muszę. I jeszcze ten przerażająco pusty dom. Ten dom czeka na psa, który go ożywi. XIX-wieczny zegar zamknął się znów w swojej odwieczności pozbawiony kropli błota, które mu przynosiłaś ze spacerów jak wieści ze świata. Ściany nie mówią już śladami twojej wilgotnej, pachnącej deszczem sierści. Wypastowana podłoga nie zmienia się w radosny pasaż śladów mokrych łap. Po kuchni i przedpokoju nie wiodą już szlaki znaczone wodą kapiącą Ci z pyska. Kącik pod regałem jest już tylko kącikiem, nie – magazynem skarbów wszelakich, po które sięgałaś w chwilach wyjątkowej radości. Zakurzony but, już tylko butem, nie – schowkiem na kasztany, a kapeć tylko kapciem, nie – symbolem radości z ponownego spotkania. Zimne przedmioty i ich słownikowe znaczenia. Wszystko jest milczące i martwe. Nasz dom, Niusiołku, czeka na psa. Tyle że ja mam tylko jedno serce, w całości Twoje. Niusioł, pomóż mi to przetrwać... Quote
domi_nique Posted December 15, 2006 Posted December 15, 2006 zurdo napisał(a): ("pies nie ma świadomości śmierci, pies żyje dopóki żyje, a potem - przestaje żyć"), ale, z perspektywy czasu mam coraz większą pewność, że nasze psy, te, które odchodzą schorowane, wiedzą. smutku. oczywiscie, ze wiedza... moja Agunia wiedziala, jeszcze zanim wiedzielismy to my. choroba potrafi rozwijac sie niezauwazalnie i podstepnie. mojej Aguni nie ma ze mna juz ponad 3 lata (odeszla 28.09.2003), a ja nadal sie z tym nie pogodzilam i nadal potwornie sie obwiniam. to pewnie nie zabrzmi pocieszajaco, ale mnie nawet za bardzo nie zelzal nawet smutek po jej stracie. caly czas cierpie prawie tak, jak 3 lata temu. dopiero teraz jestem w stanie o niej opowiadac i ogladac jej zdjecia, chociaz tez czesto przy tym placze. nie moge sie przemoc, zeby obejrzec filmy nakrecone kamera. Agunia do konca byla kochana i wesola. do konca na mnie liczyla i we mnie wierzyla. boje sie, ze ja zawiodlam. Quote
Toska1 Posted December 15, 2006 Posted December 15, 2006 Gdzieś w Biblii jest napisane, że Bóg nie daje ciężarów większych od tych, które jesteśmy w stanie znieść. Wierzę w to mocno, chociaż codziennie o 6 rano, kiedy dzwoni budzik, zastanawiam sie po co właściwie wstawać... Jest mi z pewnością łatwiej niż Tobie, we wrześniu Atos zaczął kaleczyć sobie łapy przy zsuwaniu się ze schodów, nie było rady, postanowiłam przeprowadzić sie do mojej Mamy, do mieszkania w którym Atos spędził pierwsze trzy lata życia. Teraz widzę w tym palec Boży, bo nie wiem jak poradziłabym sobie z jego odejściem w miejscu, gdzie wszystko krzyczy o stracie ukochanej istoty. Mam nową pracę, zdecydowałam się na nią dzień po jego śmierci, jestem bardzo zajęta i to pozwala mi nie wspominać, przynajmniej przez większą część dnia. Zaczynam również myśleć o nowym piesku, dziwne to wcale nie chcę mieć następcy Atosa, moje serce - podobnie jak u Ciebie - jest w całości zajęte, ale wiem również, że jestem osoba odpowiedzialną i kiedy piesek już będzie, będę musiała okazać mu czułość i ciepło. To będzie taka potraumatyczna terapia, która z czasem przerodzi się w głęboką więź. Pozdrawiam Quote
sota36 Posted December 15, 2006 Posted December 15, 2006 Zurdo - sledze Twoj watek - pieknie piszesz... Kiedy byl ze mna Atos w ogole nie zagladalm za TM - balam sie go. Teraz od ponad 2 lat - kocham ten zakatek i nie wyobrazam sobie dnia, zeby tu Was nie odwiedzic, choc towarzysza mi lzy ... Quote
zurdo Posted December 15, 2006 Author Posted December 15, 2006 Ja właśnie dla Rasty zmieniłam pracę na taką, którą mogę robić w domu i tylko zawozić. A teraz tułam się po uczelni, bibliotekach i znajomych, żeby tu nie wracać, żeby nie czuć i nie myśleć, ale czasem muszę posiedzieć 1-2 dni bez wychodzenia. Wtedy za gardło łapie mnie taki potworny żal... Dziękuję Wam, że tu jesteście. Gdybym zaczęła to wszystko mówić znajomym i rodzinie, to mimo że pełni współczucia - w końcu straciliby cierpliwość i wskazali drogę do psychologa. Gdybym w ogóle nie mówiła - chyba sama bym już tam trafiła. Quote
sota36 Posted December 15, 2006 Posted December 15, 2006 Zurdo - ja rowniez wszystko podporzadkowalam Atosowi - nawet na slub Przyjaciolki nie polecialam wycofujac sie w ostatniej chwili (10 minut przed podroza) - ona mi to wybaczyla! Dzieki Ci Kasiu! Nie zaluja ani minuty jaka Toniowi poswiecilam. Wrecz przeciwnie - jestem wdzieczna Bogu, ze mi Go dal, choc z poczatku to nie bardzo Go chcialam. Kiedy pozegnalismy Go, nie moglam sie pogodzic, ze zostawiam Go na dzialce (pod Jego ukochana jablonka) samego! Ne chcialm wracac do domu- wtedy pierszy raz moj kochany, przytulny dom porownalam do hotelu - pustego i zimnego, bez duszy i serca, bo moje serce pozostalo pod jablonka. Ale los sie odmienil, za spawa decyzji Darka (mojego meza). Kiedy to w domku pojawil sie On - NASTEPCA TONIA! I choc minelo juz tyle czasu - kocham Tosia, a mlody ma starszego Brata,siadamy wlasnei pod TA jablonka i "maluchowi" opowiadam o Atosie. Wiem ze kiedys sie spotkamy. I ta mysl oraz Gutek nie pozwalaja mi zwariowac. Quote
Aga76 Posted December 15, 2006 Posted December 15, 2006 Wmawiam sobie nieustannie, że będzie dobrze, bo inaczej być nie może. Dni się przeplatają różnym odcieniem bólu, czasem jest lepiej i łagodniej, czasem są ze mną tylko wielkie łzy i smutek bez dna. Emocjonalna karuzela...Trzeba wierzyć, że będzie dobrze, trzeba...Wydaje mi się, że tego właśnie chciały nas nauczyć Ukochane Dziewczynki, tylko człowiek bywa czasem bardzo odporny na wiedzę, ech. Quote
sota36 Posted December 16, 2006 Posted December 16, 2006 Aga - Twoj Tz okazalsie malo dojrzaly i tyle. co do nastepcy - chodzi o to futerko, 4 lapy i ogonek machajacy psem :) - do tego kazdy musi dorosnac,kazdy potrzebuje czasu, i wielu ludzi, ktorzy przezylo odejscie swego Przyjaciela, mowi, ze czas pomiedzy jednym a drugim zyciem jest okropny i zmarnowany. Balam sie, ze Gutka nie pokocham, ze bede porownywala do Atosa.Ale to nie jest prawda! On jest dla mnie rehabilitantem! Tylko troche mu wspolczuje, bo co dzien wspominam mu, ze tam wysoko ma Brata, fajnego Brata - i mam nadzieje, ze te moje marudzenie wytrzymuje :) Quote
zurdo Posted December 16, 2006 Author Posted December 16, 2006 TZ - taaa, dobrze, że przed ślubem... Nie boję się, że nie pokocham następczyni, boję się, że gdzieś tam w środku będę miała ukryty żal, że nie jest taka sama. Boję się, że ten żal - dla ludzi niewidoczny, dla psa będzie wyczuwalny i zamiast cieszyć sie z nowego domu - będzie się zastanawiał, co z nim jest nie tak. Racha stała się moim wzorcem psa, ideałem, każdego kolejnego będę porównywać. Niusioł dziękuję! Wczoraj prosiłam Cię o pomoc. A Ty jak zawsze czuwasz. Dziś w nocy, po kolejnym bardzo długim zasypianiu przerywanym Twoimi obrazami przewijającymi się przed zapłakanymi oczami, byłaś u mnie. Po prostu się pojawiłaś, jak gdyby nigdy nic. Jak zawsze radosna, poruszałaś się bez problemów. I to, że jesteś, było dla mnie takie oczywiste. To było takie oczywiste, że jesteś, a cała reszta była tylko złym snem, który już nie wróci. Po wspaniałym powitaniu poszłyśmy na spacer, witałaś się z psami, a ludzie trochę się dziwili. Po tym spacerze, który był najcudowniejszą chwilą od 6 tygodni, wróciłyśmy do domu i domagałaś się z przytupami lekarstw (jak zawsze, moja lekomanko) i jedzenia. Tylko że w domu nic już nie ma, nie ma ani jednego Twojego lekarstwa, mięsa też nie ma, bo już niepotrzebne. I powoli zaczęło do mnie docierać, przypomniałam sobie ostatni zastrzyk i zdejmowanie obróżki. Ale Ty się tym nie przejmowałaś, stawałaś się tylko coraz mniej wyraźna, cały czas taka szczęśliwa. Aż znikłaś, a ja pozostałam. Dziękuje Ci Rachulku, już wiem, że jesteś zdrowa i szczęśliwa. Przychodź do mnie, przychodź jak najczęściej, jesteś mi bardzo potrzebna. Wiesz, że kocham i czekam. I nie przejmuj się, że płaczę. Po prostu – strasznie tęsknię. Quote
szajbus Posted December 16, 2006 Posted December 16, 2006 Jak tylko siegnę pamięcią zawsze w moim domu były psy ( a konkretnie sunie). Kiedy jedna odchodziła za TM , tatko przynosił drugą, żeby złagodzić dziecięcy ból po stracie pupila. Razem z rodzeństwem zajmowaliśmy się troskliwie nowym przybyszem nie zapominając o poprzedniczce. Pamiętam nasz ból, kiedy na miejcu pochówku naszych psinek wjechały buldożery przygotowujące teren pod blokowisko. Do dziś mam ten obraz przed oczami , a bardzo dawno przestałam być dzieckiem. Każda z tych suczek była inna, ale za to bardzo kochana. Po wielu latach, kiedy założyłam własną rodzinę los przygotował mi wspaniałą niespodziankę. Przez przypadek trafiła do nas Psotunia. Wyjątkowa kruszynka. Dlaczego? Była jakby zlepkiem wszystkich moich dotychczasowych suniek. Nasze życie zaczęlo się kręcicić wokól tej malutkiej istotki. Co tu mówić, okręciła sobie nas wokół psiego pazura. Wiele było wyrzeczeń dla dobra psa ale nie były one dla nas czymś szczególnym, w końcu robiliśmy to dla członka rodziny. Nasze szczęście trwało 10 wspaniałych lat. W życiu bym nie pomyślała, że stracę moje oczko w głowie. Po jej odejściu zastanawiałam się dlaczego mnie to tak bardzo boli, dlaczego nie potrafię sobie poradzić z ta pustką, z tą niemocą . Jakby nie było Psotka, nie jest moim pierwszym psem, który odszedł za TM. A jednak- była. Poprzednie sunie były wspólne- rodziców, rodzeństwa, moje- jednym słowem całej rodziny. Psotka tylko moja. Mało tego, kiedyś chodziłam do szkoły,później pracowałam. Gdy trafiła do nas Postusia mogłam cały swój czas poświęcać dziecku i jej. Gdy patrzyłam a nią widziałam "moje" Łajki, Psotki, Dianki i Żabusię- sunie z mojego życia. Dziś zwracając sie do niej na stronach TM zwracam sie do nich wszystkich. Oczami wyobraźni widzę je wszystkie tam za TM i wierzę, że kiedy odbedę tu swoją podróż do końca , one wszystkie wybiegną mi na spotkanie. Każdą z nich kochałam mocno, ale inaczej i tak jest z Balbinką. Adoptowaliśmy ja 2 miesiące po odejściu Psoni. To wspaniała suczka i nie zdarzyło mi sie porównać jej do mojego Skarbeńka. Jest inna, ale równie mocno kochana. Wiem jedno, dzięki moim rodzicom wszyscy kochamy psy. Każde z nas ( rodzeństwa) jest zapalonym psiarzem i nie wyobraża sobie życia bez wilgotnego noska, merdającego ogonka i zapachu psich łap. Dzięki nim każde z nas przekazuje miłość i szacunek do zwierząt i wszystkiego co żyje kolejnym pokoleniom i to jest najpiękniejsze. Żadne psie życie nie zostało zmarnowane, bo zasiało pokłady niesamowitej miłości w najmłodszych członkach naszych rodzin. Każdy z nas myśli, że jego pies był wyjatkowy- I BYŁ. Uważam jednak, że trafił do naszych domów, serc równie po to, żeby torowac drogę innym swoim braciom i siostrom. To one uczą nas bezgranicznie kochać nie żadając nic w zamian. Dziś myślę, że Psonia pokierowała Balbinke w naszą stronę. Wiedziała , że to biedactwo po takich przejściach zasługuje na miłość i dostatnie życie. I tak jest. Dziękuje Psoniu. Quote
zurdo Posted December 17, 2006 Author Posted December 17, 2006 Ehh, pięknie powiedziane. Czytałam o Psoni, czytałam o Balbince. U mnie w domu też zawsze były zwierzaki. Były wspólne, ale odejście każdego przeżywałam. Każde było inne i każde wyjątkowe. Zawsze było kilka zwierząt, jedno odchodziło, inne zostawały, a i ja, prawem (wczesnej)młodości, inaczej na ich odejście patrzyłam, chociaż każde z nich mam w sercu. Rasta była psem moim, pojawiła się w moim życiu, kiedy byłam na niezłym zakręcie (Ona zresztą też) i razem wyprowadzałyśmy nasze życia na prostą. Była inna od wszystkich zwierzaków, jakie dane mi było poznać. Była tak dopasowana (przepraszam Cię Racha), po prostu - skrojona na miarę. Mam nadzieję, że z wzajemnością. Dała mi coś, czego nie miałabym prawa oczekiwać ani od psa, ani od człowieka i nauczyła mnie czegoś, czego nie nauczył mnie nikt inny. Przeorała nieźle moje podejście do świata. Mimo że raczej nie miewam mistycznych wizji - nie wierzę, że to przypadek postawił nas sobie na drodze. Będzie jeszcze wiele psich dziewczyn w moim życiu, ale potrzebuję czasu, żeby oswoić się z myślą, że one nie będą Nią. I mam nadzieję, że niewiele czasu, bo w pustym mieszkaniu zwariuję do końca. I będę Ci musiała zabrać nicka. Chyba że wcześniej zabiją mnie wyrzuty sumienia, że tyle bid wciąż czeka na godne życie. Quote
Aga76 Posted December 17, 2006 Posted December 17, 2006 Odpowiednia chwila przyjdzie, może niespodziewanie zapuka do drzwi, a Ty będziesz wiedzieć, że to już, że to właśnie nadszedł moment, gdy pustkę w domu wypełni inna miłość. Może przyjdzie poranek, gdy otworzysz oczy i stwierdzisz, że dziś nastał dzień, gdy jesteś gotowa na miłość i przyjmiesz pod swój dach i do serca Nową Miłość. Wierzę, że tak się stanie. Zurdo, za dużo w Tobie miłości, żebyś miała się nią nie podzielić, ale musi to być Twój czas. I tak sobie myślę, że Rasta i Jej uszka urocze jeśli już czegoś nie kombinują to niebawem zaczną snuć plany na przyszłość...Kolejny mokry nosek i najpiękniejsze ufające spojrzenie...zdobędzie Twoje dobre serce. Niuńki tak pięknie potrafią patrzeć... Powroty do domu bez merdającego ogonka to potworny ból, nie byłam w stanie przekroczyć progu klatki, pustka przeraźliwie dzwoniła w uszach...nie potrafiłam tak żyć, po tygodniu przyniosłam Gabisia ... teraz mojego Aniołka i nie żałuję, chociaż znów płaczę. Quote
sota36 Posted December 17, 2006 Posted December 17, 2006 Tak Aga -- mozna wracac do domku, gdzie nie merda ogon. Ale po co? Quote
Fifek_Miśki Posted December 17, 2006 Posted December 17, 2006 Bardzo pomaga mi czytanie was tutaj, bo pustka po moim Cacku jest tak namacalna że aż boli fizycznie... Zurdo tak pięknie piszesz o swojej suni, ja niestety nie pogodziłam się jeszcze ze śmiercią mojego kochanego przyjaciela i nie potrafie się przełamać, dla mnie On ciągle żyje, smycz wisi w przedpokoju, miski stoją z boku, w jednej nadal stoi woda która co wieczór jest zmieniania... mama już się puka w głowe że zwiariowałam, ale mnie chyba lepiej jest nie dopuszczać do siebie tej myśli że nigdy już nie dotknę jego wiecznie poczochranego łebka, ja ciągle żyje tak jakby On zaraz miał wrócić z długiego spaceru i upstrokacić podłogę w przedpokoju swoimi łapkami, ciągle mam Go przed oczami, jak rzebrze o kawałek kanapki, jak oczami próbuje wymusić kawałek czekoladki, jak kradł orzechy włoskie mimo że nie miał już zębów i nie miał możliwości ich rozłupać. Sota36 czytałam że nie chciałaś zostawić Atosa samego pod jabłonką...doskonale wiem co czułaś.. miałam podobnie, tak potworne wyrzuty sumienia że zostawiam mojego ukochanego przyjaciela samego , Cacka pochowałam w rogu naszej działki, tak by nikt nigdy nie deptał po nim, nie wykopał... teraz "śpi" w ukochanym koszyczku przykryty kocykiem a ja mam nadal wyrzuty sumienia że mogło być jeszcze dobrze... Tak Aga -- mozna wracac do domku, gdzie nie merda ogon. Ale po co? Właśnie... po co, ja z tym pytaniem walcze już od dłuższego czasu, ale nie jestem w stanie się przemóc, chyba już nie umiem pokochać innego psa, boje się że będe szukać mojego Cacka i się rozczaruje, boje się porównań...boje się ... Quote
sota36 Posted December 17, 2006 Posted December 17, 2006 Fifek_Miśki napisał(a): Właśnie... po co, ja z tym pytaniem walcze już od dłuższego czasu, ale nie jestem w stanie się przemóc, chyba już nie umiem pokochać innego psa, boje się że będe szukać mojego Cacka i się rozczaruje, boje się porównań...boje się ... czego Ty sie boisz?Kolejnej , innej milosci? Potrafisz pokochac! Badz tego pewna! A Ty myslisz, ze ja to co?Nie balam sie?jasne, ze tak! Balam sie - calkiem niepotrzebnie ja znow w owiej milosci sie zatracilam, czego i Tobie zycze!!!! Quote
zurdo Posted December 18, 2006 Author Posted December 18, 2006 Niuchaczku, dziś sprzątnęłam z balkonu kwiaty, które sadziłyśmy razem (a Ty mi bardzo pomagałaś, rozkładając się na balkonie niewiele większym od Ciebie). Sadziłyśmy je w czerwcu, kiedy już wiedziałyśmy, że choć śmierć dwa razy ciągnęła Cię za ogon, wyszłaś z tych walk zwycięsko. Te kilkumiesięczne kwiatki nie miały prawa Cię przeżyć, a jednak one wciąż kwitły, a Ciebie tu nie ma... Zebrałam nasionka, będziesz miała swoje własne kwiaty w przyszłym roku i za dwa lata i dalej. Dzieci, wnuki, prawnuki kwiatów, które Cię znały, które widziały, jak zdrowiejesz i podnosisz się, żeby żyć, które widziały, jak pilnujesz ulicy i wypatrujesz, które widziały, jak idziesz na spacer, z którego już nie wróciłaś. Quote
domi_nique Posted December 18, 2006 Posted December 18, 2006 u mnie w domu od trzech lat zabawki Aguni na podlodze, w calym mieszkaniu (uwielbiala zabawki, miala ich cale mnostwo). miski jakis rok temu zostaly przesuniete przy sprzataniu, ale nadal stoja. i pewnie wszystko pozostanie tak, az do jakiegos remontu. bo i po co to ruszac? to jest wciaz jej dom. tylko jedna zabawke wzielam ze soba na stancje. siedzi sobie na polce i mnie pilnuje. Quote
niedzwiedzica Posted December 18, 2006 Posted December 18, 2006 Czytam ten watek i popłakuję sobie...nie tylko nad Waszymi psiakami ale i nad moja ukochana Tequilą..3 lata temu,,dokładnie 18 grudnia była operowana..nagle,z dnia na dzien okazało się,że jest chora, cięzko, nieuleczalnie...była z nami już tylk 5 tygodni, do 25 styczna. I te 5 tygodni rozpaczy ,pomieszanej z odrobina nadziei-bo ona umiera ostatnia-jest we mnie do dzis..bo nie mogłam w żaden sposób pomóc mojej najmilszej, najukochańszej dziewczynce, bo dom jest dalej pusty bez NIEJ, mimo iż biega po nim jej córka i matka. Tylko jej nie ma..i trzy lata płacze, zastanawiam się, dlaczego tak musiało byc, za co zostałam ukarana śmiertcia psa, którego tak kochałam i kocham..ale wiem jedno, gdyby nie pozostałe psy, wylądowałabym w wariatkowie. To one zmuszały mnie do życia, prosiły o spacer, zabawę, zainteresowanie. Kocham je także, obie ,ale inaczej, bo one śą też inne , niz była Tequila..ale dziekuje im za to,ze sa, że dom nie jest pusty a ich u,smiechnięte pysli wymaszały na mnie uśmiech od tamtego dnia,w którym mój swiat się zawalił. Dlatego jestem pewna Zurdo,że pokochasz kolejnego psiaka a jego miłośc choć troszke uleczy twój ból..no i bedzie dla kogo wstawac rano, wracać do domu..a twoja Rasta będzie patrzeć z góry i bedzie się cieszyć,że jej Pani już nie płacze tak czesto.Bo nasze psy nie lubia, kiedy jestesmy smutne...przepraszam,jesli pisze trochę nieskładnie,ale łzy kapia mi na stolik :-( Quote
zurdo Posted December 18, 2006 Author Posted December 18, 2006 Niuchaczku, nie rób mi takich numerów. Wchodzę dziś do domu – a w przedpokoju na podłodze leżą brudne gacie. Nogi się pode mną ugięły. Tylko Ty miałaś zwyczaj i prawo wyciągać moją brudną bieliznę i rozciągać ją po wszystkich miejscach, w których leżałaś, kiedy mnie nie było. Więc kto? Wchodzę dalej, a w pokoju kolejne majty. Biorę je, a pod nimi kiwa się wściekły Leon. Przecież on od miesiąca przysypiał sobie w łazience bardzo grzeczniutko, wstawał co 2 dni, wędrował do kuchni, jadł i wracał spać. Co jeszcze każesz mu robić, żeby mnie rozweselić? Przytupywać w czasie obiadu? Wylizywać talerze? Chrapać nocami? Grać w piłkę i podawać mi rano kapcie? Niuśka, nie opuszcza Cię poczucie humoru, jeśli myślisz, że ten niekomunikatywny, wiecznie niezadowolony shrek może mi Cię zastąpić. Czy mówiłam Ci już, że bardzo Cię kocham? Tak? To nic, powiem jeszcze raz. Bardzo Cię kocham Niusiołku i strasznie mi Ciebie brak. Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.