myszsza Posted July 19, 2006 Posted July 19, 2006 irma napisał(a):w niedzielę, 26 listopada, 2005 roku To Jaskier jeszcze roczku nie ma??:lol: Quote
zasadzkas Posted July 19, 2006 Posted July 19, 2006 To chyba pomyłka, bo Aleksander K prezydenem już nie jst, a Jaskier swoje lata ma :roll: Chyba nieuchronnie zbliżamy się do kresu życia Maliny :-( Quote
irma Posted July 19, 2006 Posted July 19, 2006 myszsza napisał(a):To Jaskier jeszcze roczku nie ma??:lol: ma ma dużo więcej niż roczek - poprawione przecież pisałam, że publikuje bez cenzury a swoją drogą jak to niektórzy uważnie czytają, no, no ... Quote
Kasie Posted July 19, 2006 Posted July 19, 2006 zasadzkas napisał(a):Chyba nieuchronnie zbliżamy się do kresu życia Maliny :-( Może nie? Mam nadzieję, ze Irma nie pisze wszystkiego hronologicznie. A raczej wkleja. I dlaczego słowo koniec powoduje smutek? Przecież to taka piekna historia. Nawet o Serwo zapomnieliśmy. I o jego nowych butach. Quote
irma Posted July 19, 2006 Posted July 19, 2006 o nowych bucikach Serwa jeszcze będzie a historię Malwy wraz z jej końcem znacie - juz ją opisałam wcześniej teraz to ta sama historia opowiedziana przez moja córke i rzeczywiście zbliża się ku końcowi a le maiłam w swoim życiu kilka psiaków i ich historie jeżeli tylko bedziecie chcieli tez opowiem a teraz następuje najważniejszy element histori Malwy czyli CIĄG DALSZY ... Po pierwszych szczeniakach Malwa nabrała trochę odwagi- przestała bać się obcych ludzi, a w końcu- na starość, zhardziała. Była zawsze uparta jak osioł, a z wiekiem cecha ta stawała się coraz wyraźniejsza. Ostatnie lata jej życia przypadły na okres, w którym była już u mnie, a ja bardzo to u niej lubiłam, gdyż jednostki z charakterem, a nawet charakterkiem są przedmiotem mojej admiracji. Trudno się z nimi nudzić i budzą szacunek tym swoim obstawaniem przy często absurdalnych nawet ideach. Czasem zapierała się łapami, czasem siadała jak kloc i była nie do ruszenia, nie pomagały krzyki czy próby przesuwania jej- prawie zawsze wygrywała, znała moją słabość do siebie i wiedziała, kiedy i co jej się upiecze. Poza tym, ona i tak pozwalała nam robić ze sobą dosłownie wszystko. Nigdy było problemu z czesaniem, czyszczeniem uszu czy oczu, podawaniem lekarstw. Pozwalała się przebierać w głupie stroje do śmiesznych zdjęć. Wchodziła wszędzie tam, gdzie ją proszono. Zostawała tam, gdzie jej kazano. Raz zapomniałam po wyjściu ze sklepu odwiązać jej od słupka i jak w panice przybiegłam po nią, już po odłożeniu zakupów w domu, to siedziała tylko smętnie intensywnie wpatrując się nic nie pojmującym wzrokiem w koniec ulicy, gdzie piętnaście minut wcześniej znikłam. Nawet się nie obraziła. Jej zaufanie było tak bezgraniczne, oddanie tak ogromne, a gotowość do poświęceń tak ogromna, że człowiek czuł się aż przytłoczony odpowiedzialnością, jaką na niego nakładała ta wierna, niewiele wymagająca miłość. Przerażało mnie, że mogę jej zrobić dosłownie wszystko, a ona przyjmie to- bo dostaje to ode mnie. Na szczęście nigdy jakoś nie nadużyłam swojej pozycji, co nie jest powodem do przypisywania sobie glorii i chwały, bo jak tu krzywdzić kogoś, kto jest samą dobrocią? Malwa odznaczała się wyjątkową nawet jak na psa gotowością do empatii i współbrzmienia z członkami swego stada. Pewnie każdy z nas, jej właścicieli, miewał w swoim życiu takie momenty, że wydawało mu się, że nie rozumie go już nikt, tylko ta ciepła, specyficznie pachnąca, futrzana istota, wpatrująca się w niego z niepokojem i troską. Trącała nas w trudnych momentach nosem, wpychała się pod ramię, jakby chciała obiecać, że jeszcze będzie dobrze, powiedzieć, że świat się nie kończy, a nawet jeżeli- to mamy siebie. Zlizywała łzy z policzków, otulała sobą, dotykała wilgotnym nosem dłoni. Kładła się, ciężko wzdychając u nóg. I nie poddawała się, nie pozwalała pogrążyć w marazmie. Trwała i towarzyszyła, zawsze była nawet nie obok, ale z nami. Quote
Wiedźma Posted July 19, 2006 Posted July 19, 2006 Właśnie: zupełnie nie rozumiem, czemu określenie "sukinsyn" stosuje się do obrzydliwych osobników, obrażając w ten sposób Bogu ducha winne psy... Pejoratywnych frazeologizmów z psami jest od metra (choćby - łże jak pies - który pies kłamie?) No wiem, historia obyczajów, niskie miejsce w hierarchii społecznej, ale pora to zmienić, stanowczo. Ale my tu gadu gadu, a opowieści stygną.... To jest delikatna aluzja, że oczekujemy niecierpliwie ciągu dalszego: O Malwie, Serwusiu i wszystkich innych psach, własnych i zaprzyjaźnionych. Quote
irma Posted July 20, 2006 Posted July 20, 2006 Pewnie każde z nas widzi ją do dziś trochę inaczej. Jak miało się szczęście być posiadaczem tak wspaniałego, nie waham się powiedzieć ludzkiego (w najlepszym tego znaczeniu) psa, to chyba nieuniknionym tego skutkiem jest projektowanie na niego tych cech, które sami uważamy u siebie za najlepsze czy najbardziej pożądane. Dla mnie zawsze będzie najbardziej niezależną, ale i czułą, zważającą na innych, wyjątkową osobą. Kochałam jej upór, wytrwałość i autonomię. Widziałam, naprawdę, że ma poczucie humoru. Że tak jak i ja, nie lubi zbyt głośnego i licznego towarzystwa, że jest nieśmiała i refleksyjna. Że boi się ludzi i psów. Nie umiała bawić się z innymi przedstawicielami swego gatunku i unikała z nimi kontaktu, na spacerach nigdy do nich nie biegała, niekiedy nawet przed którymś uciekała i świetnie ją rozumiałam. Czasem niezdarnie podchodziła do jakiegoś pieska i coś tam próbowała z nim wykręcić, ale różnie to bywało. Była jednak ciekawa świata i nie unikała nowości. To był taki typ towarzyskiego samotnika, ktoś, kto jak już podaruje komuś serce czy przyjaźń, to jest dla niego na zawsze, ale nigdy sam nie szuka aktywnie pierwszego kontaktu. Projekcje? Nie wiem, trzeba by zapytać pozostałych. Nie chowała urazy, nigdy długo się nie gniewała, zawsze wolała zdobyć się na wysiłek wybaczenia niż pogrążać się w trudzie pamiętania krzywd i aktualizowania listy swoich nieodwzajemnionych zasług. Dla właściciela psa to, o czym teraz napiszę będzie stwierdzeniem trywialnego faktu. Ale tego, kto traktuje zadziwiającą w bezpośrednim kontakcie cechę, jaką jest niczym niezmącony psi brak wszelkich uprzedzeń, co do wyglądu i poziomu inteligencji ludzi, jako rzecz daną raz na zawsze i tak oczywistą, że niewartą docenienia, nie zawaham się nazwać głupcem. Malwa nigdy nie zajmowała się takimi nieistotnymi szczegółami, jak to czy ktoś był gruby czy chudy, mądry czy głupi, lubiany, popularny czy nie. Nie interesował jej czyjkolwiek stan konta, marka ubrania, oceny w szkole czy sukcesy na polu zawodowym. Nie obchodziło jej zupełnie, czy ma się dobrze poukładane w głowie. Wydobywała z człowieka istotę rzeczy- znaczenie miało to, czy jest czuły, czy lubi się dzielić z innymi tym, co ma, czy obchodzi go coś więcej niż on sam. Sprawiała, że choć przez moment, czułeś się ważny, wartościowy i kochany. W jej towarzystwie, nieważne, że psim, znajdowałeś pełnię uwagi oraz niezmącony nieistotnym brzęczeniem rzeczywistości spokój w pełnej akceptacji tego, co sobą reprezentujesz. Dawała to cudowne poczucie, że nie jest się samemu, że jest ktoś- taki ciepły, kochany i nie oczekujący niczego w zamian (chyba, że w okolicy było coś do jedzenia), komu nie jest wszystko jedno, jak się czujemy. Dla niej liczyło się tu i teraz- właśnie z tobą, z nikim innym. To niesamowite uczucie bycia chcianym w aktualnie przejawianej postaci i kondycji, stawiało na nogi i pozwalało otrząsnąć się ze wszystkiego. Wyciszała, pozwalała wczepić się w swoje ciepłe istnienie i nabrać dystansu do wszystkiego, co gdzie indziej. Jednocześnie samym byciem i obowiązkami z tym związanymi nie pozwalała pogrążać się w bezruchu i oddalać zbytnio od spraw tego świata. Swoją obecnością wymuszała szczątkową chociaż aktywność i celowe działania, nawet tak trywialne jak zatroszczenie się o jedzenie dla niej czy wyprowadzenie na dwór. Był taki okres w moim życiu, że tylko to chyba trzymało mnie jeszcze w pionie i doceniałam to zawsze, zupełnie nie mając pojęcia, czy kiedykolwiek jej to wynagrodzę. Kiedyś dałyśmy jej nowe życie, dom, a ona dawała nam co dzień punkt zaczepienia, jakieś zadanie do wykonania- nieistotne, że małe czy rutynowe. Teraz będzie już tylko łzawo i pretensjonalnie. Ale w życiu też tak bywa- to jedyne usprawiedliwienie egzaltowanego tonu, który przybiera ta kiczowata chwilami opowieść Odeszła od nas stanowczo za wcześnie, ale nigdy nie byłoby właściwej pory. Niestety, nie było to łatwe rozstanie, ani dla niej, ani dla nas. Rozwinął się kolejny guz, który zaczął uciskać na drogi rdzeniowe. Po kolei porażeniu ulegały poszczególne funkcje życiowe- jakby ktoś powoli wyłączał psa. Najpierw przestała chodzić po domu, potem trzeba było ją znosić na spacery, podczas których tylko stała chwiejąc się pod klatką. Robert wynosił ją kilka razy dziennie i robiłby to latami, gdyby nie to, że pewnego dnia przestała jeść, potem pić, a przez ostatnie dni nawet siusiać. Leżała na kanapie w dużym pokoju i smętnie wodziła za nami wzrokiem, jakby wiedziała, że odchodzi i żegnała się z nami. Kilka ostatnich dni jej życia spędziłam nie wychodząc z domu. W końcu, uznaliśmy, że nie ma sensu dłużej jej męczyć, gasła w oczach i coraz bardziej cierpiała z bólu, tracąc świadomość. Powoli przestawała rozróżniać nasze intencje, zdarzyło się, że mnie ugryzła. Zrozumieliśmy, choć bardzo długo się przed tym broniliśmy, że to już koniec i naszym wobec niej obowiązkiem- ostatnim- jest umożliwić jej łagodne przejście do psiego nieba. Weterynarz przyszedł pewnego poniedziałkowego, styczniowego wieczoru, żeby ją uśpić. Myślałam, że po zastrzyku będę mogła ją jeszcze przytulić, spojrzeć w oczy i powiedzieć, jak bardzo ją kocham- że dziękuję jej za tę wspólną podróż przez połowę mojego życia. Mama trzymała na kolanach jej pysk i coś tam szeptała do ucha, Tata złapał ją za nogę, tak jak pokazał doktor, który zaraz potem wstrzyknął jej w żyłę jakiś brązowy płyn- i po chwili już jej nie było. Nie zdążyłam, ale mam nadzieję, że ona i tak to wiedziała czy czuła. Ja nie mogłam uwierzyć, że to już, że ona nie żyje- widziałam przecież wyraźnie, że oddycha i tylko tak leży sobie z zamkniętymi oczyma. Położyłam się na niej i płakałam jej w kark. Była taka ciepła. Wtedy raz jeden jedyny widziałam jak mój tata płacze. Nawet odchodząc, już prawie nie będąc dawną sobą, Malwa oddała nam przysługę. Połączyła nas w cierpiący, ale razem- ulotnością wydarzenia trwający- organizm. Od dawna już nie byliśmy rodziną w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, ale dzięki niej, ten jeden z nielicznych razów poczułam jak już dawno nie, że nią jesteśmy. W czarodziejskiej, swą czarną niesamowitością chwili, wspólnego bólu i troski wszyscy zapomnieli o tych wzajemnych pretensjach i urazach, połączeni magią miłości do psa. Gdzieś tam daleko, za siedmioma górami, za siedmioma morzami i jednym ogromnym oceanem, w rzeczywistości o znacznie przesuniętym czasie i przyjaznym klimacie, Maja zaczynała właśnie świętować urodziny swego ukochanego. Nigdy jej o to nie pytałam, ale jestem pewna, że coś poczuła- dzwoniła pytać o Malwę zaraz potem. Pochowaliśmy ją w jej ulubionym lasku, oddalonym o jakieś 30- 40 km od domu, tam gdzie z rozkoszą taplała się w wodach Raduni, biegała i w ogóle była zadowolonym z życia psem. Padał śnieg, grunt był twardy. W świetle reflektorów tata i Robert mozolnie kopali- czy też wyrąbywali w zmarzlinie- dół. Milczeliśmy. Ciszę lasu zakłócały nieregularne odgłosy łopat rozbijających zamarzniętą ziemię, które wraz z warkotem silnika samochodu, tworzyły jakiś pokręcony marsz żałobny. Wrzuciliśmy Malwie do grobu wszystko- posłanie, kocyki, ukochane zabaweczki, smycz, obrożę. Jeszcze gdy wyciągaliśmy ją z bagażnika, wydawało mi się, że drgnęła, sprawdzałam, czy może jeszcze żyje. Nie zapomnę odgłosu spadającej na nią ziemi. Jeździmy tam do dziś, chociaż nie wiem po co. Malwa cały czas nam towarzyszy i jest z nami- odwiedza mnie i moją siostrę we snach, przychodzi do nas w ciemnych nocnych godzinach i obie czujemy ją wtedy mocno przy sobie. Patrzy na nas i otula swoją obecnością o specyficznej woni. Pozostała wierna nawet tam, gdzie teraz jest. Mówimy o tym tylko między sobą, no bo kto by w to uwierzył- po co narażać się na zamianę niezwykłości w śmieszność? Jestem wdzięczna losowi, że postawił ją na naszej drodze. Dziękuję Ci Malwa, że byłaś z nami- naprawdę niezła suka z Ciebie była. Pusto tu bez Ciebie, a jest to taka luka, której nie da się niczym zapełnić, w moim sercu zawsze masz swoje miejsce, bo już nie będzie takiej jak Ty. Piesku mój bury- ufam, że jeszcze się spotkamy. Zanim to nastąpi, to pewnie za lat parę, pójdę jeszcze do schroniska z dwoma takimi chłopcami, których nie zdążyłaś poznać i będę im kibicować w tym, żeby znaleźli sobie swoją Malwę. Nie jestem najlepsza w wyrażaniu uczuć, więc posłużę się na koniec Przyborą: Wrzesień jak dywan, jakich nie bywa często ostatnio – płowo-zielony dywan zdobiony słońcem dostatnio. Pejzaż gorący rżysk i stygnących gwiazd w zimnym niebie – smutku, co zawisł kluczem żurawi – pejzaż bez ciebie. Dzień za dniem, sen za snem, pełnia i nów, i słońce znów. Noce i dni wciąż nazbyt ładne – zmierzchy i świty bezradne. Rower zmęczony płosząc gawrony sunie drożyną. Jedzie listonosz – już pod czerwoną jest jarzębiną. Na skwar narzeka, ma tylko przekaz – złotych sto dziewięć ! Tą samą drogą wraca. Nikogo. Pejzaż bez ciebie. Dzień za dniem ... itd. Dzień za dniem, sen za snem, pełnia i nów, i słońce znów. Noce i dni wciąż nazbyt ładne – zmierzchy i świty bezradne. Na horyzoncie topi się słońce w złocie czerwonym. Rzeką nadpływa siwa flotylla mgiełek wieczornych. Idę przez pole gdzie dwie topole – drzewo przy drzewie – patrzą z wysoka w przestrzeń jak otchłań – pejzaż bez ciebie. Dzień za dniem... itd. Dzień za dniem, sen za snem, pełnia i nów, i słońce znów. Noce i dni wciąż nazbyt ładne – zmierzchy i świty bezradne. Chyba to sprawił wrzesień, że prawie nic już nie czuję. Słucham, jak teraz upał zamiera, ciszą pulsuje. Pewno ci dobrze gdzieś o tej porze, pewno przyjemnie. A wokolutko- pejzaż bez smutku pejzaż beze mnie. Noce i dni O których nie wiesz jesień i pejzaż bez ciebie. tak moja Anna skończyła opowieść o Malwie i dalszego ciągu nie będzie Quote
Kasie Posted July 20, 2006 Posted July 20, 2006 Nie chcę niczego komentować. Dziekuję za tą piękną opowieść. Dzięki niej Malwa żyje do dzisiaj. I tak już będzie. Quote
masienka Posted July 20, 2006 Posted July 20, 2006 Co bym nie napisala i tak bedzie to zbyt malo... Zycie pisze scenariusz a Wy potraficie go pieknie ubrac w slowa... Quote
irma Posted July 20, 2006 Posted July 20, 2006 Malwa zostawiła mi godną seibie reprezentację - Jaskra i ciągu dalszego opowieści o Malwie nie będzie, ale kiedyś będzie opowieść o Jaskrze Quote
Wiedźma Posted July 21, 2006 Posted July 21, 2006 "-Alik umarł, sam to zawsze powtarzasz. Jeżeli ktoś umarł i jest już w niebie, to nie można... -Wiem, że umarł. Co ty sobie wyobrażasz? Że zapomniałem o tym? Ale na miłość boską, jeżeli ktoś umarł, to jeszcze nie powód, żeby go przestać lubić (...)" J.D. Salinger, Buszujący w zbożu Quote
brazowa1 Posted July 21, 2006 Posted July 21, 2006 Cos wesolego teraz. HA! A ja widzialam Serwo na zywo :) Pewnie niektorzy beda mi zazdroscic ;) Quote
irma Posted July 22, 2006 Posted July 22, 2006 no i obiecane .... buty Serwa czyli para butów, która składa się z 4 sztuk Quote
Zosia4 Posted July 22, 2006 Posted July 22, 2006 Ale cudeńka. No nie mogę - prawdziwe butki :loveu: Quote
irma Posted July 22, 2006 Posted July 22, 2006 Zosia4 napisał(a):Ale cudeńka. No nie mogę - prawdziwe butki :loveu: no tak Zosia butami się zachwyca ... a pies ? Quote
Wiedźma Posted July 22, 2006 Posted July 22, 2006 Przemiana Serwa nadzwyczajna. Butki - prześliczne. Gdzie można je kupić? Moja biedusia źle znosi sól miejską w czasie zimy. Quote
irma Posted July 22, 2006 Posted July 22, 2006 nie wiem gdzie można kupić dokładnie takie bo Serwo dostał je w paczce z Niemiec ale w naszych zoologicznych też można kupić (tyle, że nie są z wężowej skórki) Quote
Zosia4 Posted July 22, 2006 Posted July 22, 2006 A pies ma dzisiaj swoje święto - to już setna strona. Irma - upiekłaś tort ? Na temat Serwa "przed" i "po" to po prostu nie wiem co napisać. Wystarczy obejrzeć zdjecia. Chociaż widziałam je już dziesiatki razy, to nadal wydaje mi się to nie do wiary. Uściskaj go ode mnie. I to zaraz !!! Quote
masienka Posted July 22, 2006 Posted July 22, 2006 Irma, to Ty masz trzy dlugowlose onki??:crazyeye: :loveu: oczom nie wierze:mdleje: Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.