Jump to content
Dogomania

Recommended Posts

Posted

Czy mi się wydaje, czy też przez bliskie spotkania trzeciego stopnia z Pańciem od Brucia małego i Rudolfa dużego nabrałaś irytującego zwyczaju przerywania opowieści w najbardziej interesujących miejscach?

Posted

musze dodać, że ten sylwestrowy 'incydent' miał miejsce w noc Sylwestrową 31.12.1999 na 01.01.2000
a więc nie tylko Nowy ROK ale też NOWY WIEK mogłyby byc przesr.... - ale nie były i nie są
a wręcz przeciwnie - wkrótce po tych zdarzeniach moja córka urodziła dwóch cudownych chłopaków w roku 2002 i 2003, tj. uczyniła mnie babcią

Posted

no a jak chcecie ciągu dalszego to ...

ciąg dalszy następuje

Jazgotliwość Malwy to kolejna sprawa godna upamiętnienia. Nie szczekała bez powodu, ale jak już się rozkręciła, to bębenki w uszach pękały. Miała niespotykany timbre głosu, czy może lepiej powiedzieć, szczeku. Każdy dzwonek do drzwi powodował, że biegła pod nie i rozpoczynała je oszczekiwać iście samczym basem, po chwili przechodzącym w taki śmieszny, nadzwyczaj hałaśliwy i uciążliwy odgłos- jakby ktoś jeździł palcem po brzegu szklanki chcąc przy tym naśladować psa. Nadzwyczaj umuzykalnione było z niej zwierzę- jej akompaniament w postaci przeciągłego wycia towarzyszący niektórym domowym performance’om instrumentalnym (ach, te ćwiczenia gry na flecie na lekcje muzyki do szkoły…) dobitnie uwypuklał nasze niedostatki w tej dziedzinie. O jej wysmakowanym guście zaświadcza również fakt, że podczas gitarowych popisów mojego taty udawała się niezwłocznie do innego pomieszczenia (nie mając zapewne już nawet sił na wycie- psy słyszą przecież lepiej i głośniej, a z takimi uszami…).

ciąg dalszy oczywiście nastąpi

Posted

Irma, ty się chyba nas nie boisz ??????????? Ta ostatnia część, to co to ma być............? to jakiś maleńki fragmencik............ a Malwa tak wyła z rozpaczy, że teraz takie króciutkie "ciągi dalsze następują" :evil_lol: :mad:

Danka

Posted

to ja się miałam Was bać ? :-o :roll: :megagrin: :confused: :eek2:
to trzeba było mi o tym napisać, że mam się bać ...:cool3:

a ciągi dalsze są takie jakie są czyli tworzące prawie zamknięta całość

i mnie tu nie strasz, bo jeszcze się rzeczywiście zacznę bać i zamilknę ze strachu i nic nie napiszę ...

Posted

Dziewczyny, najpierw trzeba po dobroci :loveu:
:mdrmed::angel::calus::wolfie::tort::kaffee_2::bigcool::kciuki::buzi: :Dog_run:

a dopiero potem
:razz::mad: :vamp: :smokin: :wallbash::ak-shot::grab::ghost_2::olympic:
Chyba wystarczy.

Miłych snów wszystkim życzę

Posted

dzisiaj o pierwszych szczęnietach Malwinki

Malwa szczeniła się dwa razy. Za pierwszym razem zaszła w ciążę planowaną, bo jak wszyscy miłośnicy psów wiedzą, suka musi mieć choć raz potomstwo, żeby zachowała równowagę psychiczno- fizyczną. Znalazłyśmy jej wspaniałego narzeczonego- mieszkającego na drugim piętrze okazałego kaukaza- Jatagana. Gdy już miała cieczkę okazało się, że nam to on i owszem- podoba się, ale jest zupełnie nie w jej guście. Warczała na niego zaciekle a i on nie bardzo miał ochotę na amory- może był zbyt arystokratyczny. Za to w pobliskim bloku, w ogródku na parterze rezydował sobie taki czarny puszysty kundel, przypominający skrzyżowanie wilka z labradorem o dosyć dyskusyjnej urodzie. I to właśnie ów gentleman stał się wybrankiem serca Malwy. Do zbliżenia doszło pewnego zimowego i mroźnego wieczoru na spacerze, w mojej obecności- miałam prawdziwe poczucie wykonywania misji specjalnej. Zanim do tego doszło, tymczasowy bohater naszej opowieści musiał odpędzić niezbyt groźną w ludzkim rozumieniu rzeczy konkurencję, w postaci roju nie sięgających Malwie do kolan walecznych i odurzonych nią do granic szaleństwa kundelków. Pozostało nam tylko cierpliwie wyczekiwać efektów akcji i rzeczywiście- okazało się, że wszystko się udało.

Malwa zaczęła rodzić w dniu naszego spóźnionego powrotu z wyjazdu na ferie. Gdy weszłyśmy do mieszkania, zastałyśmy kartkę od mamy, że ona już dłużej czekać nie może i żebyśmy się zajęły psiną. A ona leżała w naszym pokoju, na swoim posłaniu, w otoczeniu szmat przeróżnych z wywalonym na wierzch różowym jęzorem (jak byłam mała, to myślałam, że wszystkie psy mają języki zrobione z szynki) i ciężko dyszała. Początkowe przerażenie musiało momentalnie ustąpić miejsca zdecydowanemu działaniu- spod ogona Malwy wystawała mała śliska główka szczeniaczka. A jak tylko ten pierwszy znalazł się w całości znalazł się po tej stronie swej mamusi, zaczął wychodzić następny… Na całe szczęście nie trzeba było ich wyciągać, same doskonale znajdowały drogę na zewnątrz. Nawet nie miałyśmy czasu obejrzeć sobie dokładnie tych cudowności. Najgorsze było to, że pouczone przez weterynarza, wiedziałyśmy, że Malwie nie wolno zjeść za dużo łożysk; walka z takim żarłokiem i własnym obrzydzeniem z góry była skazana na klęskę. Udało mi się wyrwać jej z pyska tylko jedno- wyślizgnęło mi się z rąk, przefrunęło przez pokój i zbierałam je potem zza swego tapczanu. Każdy z nowo narodzonych piesków był starannie wylizywany przez swoja mamę, po której to operacji przypominał niedowidzący i nieskończenie piękny wycior do fajek, a następnie sam, węsząc intensywnie, znajdował sobie z jej pomocą cycuszka. Piąty z kolei szczeniak urodził się (a właściwie, jak się potem ukazało- urodziła się) nie oddychając. Malwa tyleż gorliwie, co panicznie trącała go nosem, próbując zmusić do ssania. No cóż- nie bardzo miałam pojęcie, co robi się w takich przypadkach, więc uczyniłam jedyną rzecz, która przyszła mi do głowy: naprzemienne rozcieranie ciałka, sztuczne oddychanie (to był dopiero kłopot, wepchnąć powietrze ustami w tak maleńką, ślepą i śliską mordkę) i masaż klatki piersiowej- jednym palcem, tak była „ogromna”. Nie wiem, czy pomogły moje zabiegi, czy też po prostu były to jakieś chwilowe kłopoty, ale po chwili zaczął popiskiwać i zabrał się za poszukiwanie źródła mleczka.
W sumie urodziło się siedem szczeniąt, trzy dziewczynki, czterej chłopcy. Jak już wszyscy byli w komplecie, to nagle w domu zrobiło się dość głośno. Wszystkie naraz skamlały cieniutko swoimi nowo narodzonymi głosikami. Stanowiły prawdziwy melanż i wyzwanie estetyczne. Nie było dwóch takich samych: jeden wyglądał jak tygrys w brązowo- czarne pasy, kolejna była cała czarna, następna (ta „uratowana”) prezentowała sroczą elegancję- do czarnego garnituru ubrała białą apaszkę, takież skarpetki, czymś śnieżnobiałym pomalowała sobie oczy dookoła, jak również jedno ucho i koniuszek ogonka. Ich kolejna siostra była szarobura i puszysta z domieszką nieodłącznej w tym miocie czerni, następnie naszym oczom ukazał się podpalany, złoto- beżowy chłopiec o czarnych jak smoła uszkach i łapkach, następnie pojawił się sympatyczny „malwiasty” burasek i na koniec znowuż jakiś murzynek o przedziwnych brązowo-szarych wzorach na sierści nadających mu wygląd nieco zużytego dywanika. Wszyscy mieli bardzo różowe poduszeczki łapek, brzuszki i noski. I prezentowały się jako posiadacze okazałych, odziedziczonych po matce, uszu „aż do nieba”. Nic, tylko całować. I ciągle wszystkie te szczeniaki bardzo dużo i głośno piszczały, skamlały, jęczały i w ogóle wydobywały z siebie całą gamę odgłosów o bardzo wysokich tonach…
Malwa na kwaterę główną wybrała sobie sypialnię rodziców i to stamtąd późno w noc rozlegały się piskliwe odgłosy, wyraźny dowód na to, że nie tylko ludzkie noworodki nie rozróżniają między dniem a nocą. Oczywiście non stop przenosiła je ze swego posłania na łóżko rodziców, gdzie układała je w chaotyczną, wijącą się i skamlącą kupkę, więc w końcu tata sklecił ze sklejki taki niby- kojec, żeby były odgrodzone. Niewiele to pomogło, zwłaszcza, że pieski z dnia na dzień stawały się coraz to bardziej mobilne i same zaczęły rozłazić się po całym domu. Z tym wiązało się kolejne niebezpieczeństwo, ponieważ dużo szczeniaków oznacza wiele kupek i kałuż na całej podłodze- kto nie nosił kapci, ten mógł potem mieć pretensje tylko do siebie, zwłaszcza, że po początkowym okresie pochłaniania ich odchodów, Malwa powróciła do domowych, choć znacznie obfitszych posiłków. I ciągle należało patrzeć pod nogi, żeby kogoś nie przydeptać.
Po jakimś czasie Malwa zaczęła prezentować ogromne zmęczenie i irytację, co chwilę któryś z jej podopiecznych wieszał się jej na cycku, z którego niewiele mógł już uzyskać, wbijając jej przy tym boleśnie małe, ostre ząbki. Był to znak, że rodzeństwo Malwiaków powinno zacząć rozglądać się za nowymi domami i trzeba by im znaleźć godne ich przydziały.
Tylko jedna z suczek nie wyglądała na w pełni usamodzielnioną- miała wzruszająco nieproporcjonalnie dużą głowę, ciągle nie umiała trafić do cycka- wyglądało to zawsze tak, że skręca w kierunku przeciwnym do zmierzonego, trzeba jej było pomagać jeść z miseczki…do tego dziwnie chodziła, ze wzrokiem wbity w podłogę, zupełnie jakby coś zgubiła. Myślałyśmy, że ma kłopoty z oczyma, ale okazało się, że to wodogłowie i że trzeba ją uśpić. Nie chciałyśmy tego przyjąć do wiadomości- w końcu po kolejnym weterynarzu i wyroku śmierci, któraś z nas znalazła jakiegoś tam profesora. Okazał się być straszliwym, nadętym burakiem, za to zakorzenionym w wypasionym gabinecie z pielęgniarką i skomplikowaną aparaturą, do którego ustawiały się kolejki wyznawców na przemian ze zrozpaczonymi osobnikami naszego pokroju. Na dodatek nie wniósł nic nowego do sprawy, poza tym, że uśpił ją od ręki i nie pozwalając nam solidnie się z nią pożegnać, a tę emocjonalniejszą stronę naszej trzyosobowej delegacji, która śmiała się rozpłakać (mnie) wywalił za drzwi, żeby mu nie przeszkadzać.
Pozostałe pieski trafiły w bardzo dobre ręce, co do jednego zostały rozdane pracownikom mamy; śmieliśmy się że w tym roku premie są w formie psów. Jedna z suczek dostała nawet imię po matce, swojej oczywiście- ona zginęła pod kołami samochodu jeszcze przed śmiercią Malwy. Reszta, o ile wiem, ma się dobrze.

no i oczywiście cdn - jutro

Posted

no i co tu tak cicho ? hmmmmmmmmm
najpierw szantaż, awanturka, że niby czytać nie mają co a potem co?
CISZA
a ja łasa jestem na pochwały - co prawda ja tylko publikuje dzieło mojej córki ale i tak jestem łasa - w jej imieniu

Posted

Czytałam, czytałam i razem z Milwą moją zajadałyśmy malinki. Cudne te Twoje opowieści bardzo a córa pisze pierwszorzędowo :loveu: Utalentowane dziecko to wyzwanie dla rodziców, co? Ściskam serdecznie i dziękuję.

Posted

irma napisał(a):
no i co tu tak cicho ? hmmmmmmmmm
najpierw szantaż, awanturka, że niby czytać nie mają co a potem co?
CISZA
a ja łasa jestem na pochwały - co prawda ja tylko publikuje dzieło mojej córki ale i tak jestem łasa - w jej imieniu

Zamiast marudzić zobacz jaką ten watek ma "czytalność".

A tak poza tym : chwalu, chwalu.:eviltong: dla córci i dla Ciebie.

Posted

no i .... ciąg dalszy nastąpił

Kolejna ciąża była przypadkiem podręcznikowej wpadki. Nikt nie pamiętał, żeby o właściwej porze udać się z Malwą do weterynarza celem dania jej zastrzyku antykoncepcyjnego i każdy potem uważał, że to wina pozostałych, a nie jego właśnie. W każdym razie pewnego poranka, w okolicznościach dość tragicznych, które jednakowoż nie należą do historii nikogo innego poza Mają i Malwą, więc nie moja rzecz je tu przytaczać, stało się i jeden z osobników wchodzących w skład rozszalałej z pożądania hordy psów wykorzystał sytuację. Z tej przyczyny na świecie pojawił się Jaskier i jego dwoje rodzeństwa.
Tym razem poród nie przebiegał lekko ani łatwo, Malwa męczyła się całą dobę i w końcu w niedzielę, 26 listopada, 1995 roku (tego dnia odbyły się zwycięskie dla Aleksandra K. wybory na prezydenta, dodam) wezwaliśmy weterynarza, który podał jej coś na przyspieszenie akcji porodowej.
Około dwudziestej trzeciej zaczął pojawiać się pierwszy mały łepek i jakaż była nasza rozpacz, gdy okazało się po chwili potrzebnej na całkowite opuszczenie matczynego łona, że szczeniak jest martwy. Malwa zagarnęła pieska pod siebie i nie chciała za żadne skarby się podnieść, nie dawało się jej namówić, żeby go oddała. Wzrok miała przy tym zupełnie oszalały, jakby wiedziała, co się dzieje i nie chciała się z tym pogodzić. Cały czas lizała go, wpychała mu sutek do martwej mordki i skamlała. Nie sposób było nie płakać.
Na szczęście, gdzieś po pół godzinie, zaczęła rodzić następnego pieska i z drżeniem zastanawiałyśmy się, w jakiej on będzie kondycji- okazało, się, że ten- żółty jak słoneczko w letni dzień- ma się znakomicie. Jedyny problem jaki się wyłonił w trakcie, był tej natury, że nie był on ułożony główko, tylko ogonkowo, więc trzeba go było pociągnąć za tylne łapki i do dziś prezentuje dość szczególny, wręcz rozczulający w swej ciapowatości model siadu. Od razu dorwał się do cyca, a jak już skończył (co zajęło mu trochę czasu i wyraźnie sprawiało ogromną przyjemność, mlaskał i ciamkał wyjątkowo namiętnie), to przewrócił się na plecy i zastygł z łapami ułożonymi symetrycznie w pozycji „taki jestem”- to był bardzo długo jego stały sposób spania, do dziś zresztą stosowany, bo o Jaskrze tu mowa. Potem na świat przyszedł jego brat i na tym był koniec tego miotu. Ten najmłodszy trafił do koleżanki Mai, a Jaskra jakoś tak nikt nie chciał.
Ja od początku bardzo chciałam, pomimo braku logicznych argumentów na rzecz takiego rozwiązania, żeby któryś z piesków Malwy z nami został- tak, by zachować ciągłość. Inni, może poza mamą, musieli oswajać się z tą myślą, co niektórym zajęło sporo czasu- ojciec próbował go wciskać naszym znajomym, gdy ten miał już ponad rok. Napadał każdego, o kim wiedział, że nie jest już szczęśliwym posiadaczem zwierząt, zachwalając Jaskra jak nie przymierzając akwizytor cudowny aparat do sprzątania, krojenia żywności i parzenia kawy w jednym.
Dla historii Malwy ważny jest opis jej stosunków z Jaskrem. Szczenięciem będąc, nie dawał jej wytchnienia ani na moment, ale wspaniale było patrzeć, jak ona sobie z nim radzi. To, co z pewnością odziedziczył po niej, to apetyt- nie było takiej chwili, żeby nie był głodny. Ciągle podwieszał się pod cycki Malwy, nawet wtedy, gdy już były puste. Chodziła po domu z wyrazem rozpaczy na pysku, a u jej brzucha wisiała mała, puszyście piszcząca żółto- różowa kulka sierści i gryzła ją do krwi. Albo, kiedy znudziło mu się już molestowanie jej podbrzusza, wyjadał jej jedzenie z miski- trzeba było go zamykać, na czas karmienia Malwy, żeby mogła się spokojnie posilić. Nauczyła go wielu rzeczy- jak się gryzie, jak się warczy, jak się bawić i kiedy kogo należy słuchać. Tarzali się po ziemi symulując wszystkie możliwe warianty walk, chwytów i zagrożeń wydając przy tym potępieńcze odgłosy i kotłując się niemiłosiernie.
Po jakimś czasie zrozumiała, że nie pozbędzie się go już nigdy- że jej koszmarny towarzysz zostaje i będzie nieustannie próbował zachwiać jej pozycją. Nie nadejdzie moment wytchnienia, nie będzie chwili, w której ona i jej państwo zostaną nareszcie sami, zaś wszystko powróci na swoje miejsce, a porządek rzeczy odzyska swój idealny ład i harmonię.
Któregoś pięknego razu, w akcie niemej rozpaczy i walki o status, patrząc mojej mamie prosto w oczy, oderwała się ciężko wzdychając od podłogi i mimo, iż był to środek dnia a wszyscy w domu, wymościła się na łóżku rodziców. Mama machnęła na to ręką- sama miała dzieci, więc pewnie świetnie ją rozumiała. Tak już zostało i poniekąd dzięki obecności Jaskra postępki łóżkowe Malwy przeszły ze sfery utajonej do jawnej, stając się elementem powszechnie akceptowanej codzienności (przy niczym nie skutkujących oporach ze strony 50% właścicieli łóżka).
Dzięki temu, że został, prowadziliśmy bezkarnie pewną grę słowną- on był w zupełnie uzasadniony sposób etykietowany jako sukinsyn (poczciwy zresztą)- i nikt przy tym nie obrażał jego matki. Ona dostała tytuł „psia mać”.
Na spacerach zawsze go pilnowała- jeżeli tylko zbytnio się zabałaganił, odszedł za daleko czy nas nie słuchał, natychmiast biegła za nim i szczekała lub warczała, czasem posuwając się nawet do ciągnięcia go zębami w naszą stronę. Gdy już znajdowali się w sferze uznawanej przez Malwę za bezpieczną i właściwą, najnormalniej w świecie spuszczała mu burę. Strzegła go na każdym kroku i do końca swoich dni miała odruch bronienia go. Było to zresztą czasami potrzebne, na przykład, gdy Jaskier zaczepiał jakieś waleczniejsze koty, które nie miały zamiaru przed nim uciekać- jak taki zaprawiony w niejednej walce, rozjuszony podwórkowy bojownik o wolność podziału odpadków ruszał na niego z najeżoną sierścią i złowieszczym sykiem- wiał za Malwę.
Kiedy ktoś dzwonił do drzwi, Malwa jak zwykle oszczekiwała je zapamiętale, a on tymczasem wyglądał zza rogu, cichuteńko sprawdzając, jak tam się sprawy mają i dołączał do niej czasami, ale tylko wtedy, gdy bezbronny gość stał już w zamkniętym mieszkaniu. W ogóle Jaskier zaczął szczekać dopiero po jej śmierci.
W zamian za te niedostatki, dawał jej doskonałe alibi na coraz to liczniejsze kradzieże, o czym było powyżej. Prócz tego, świadczyli sobie wzajemnie usługi higieniczne- wylizywali się nawzajem tam, gdzie to drugie nie sięgało, dokonując zabiegów toaletowych każdego dnia po porannej przechadzce.

no i oczywiście
ciąg dalszy nastąpi ....

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...