Jump to content
Dogomania

Recommended Posts

Posted

i na dzisiaj to już koniec
jutro wkleję Wam opowieść o mojej suni MALWIE spisaną przez moją starszą córkę Annę

w ten sposób poznacie historię Malwy z innego punktu widzenia
i tak tez objawią się róznice nie tylko w widzeniu tego co się dzieje ale równiez w tym co się pamięta lub chce pmiętać

w końcu każdy z nas modeluje swój świat na własne podobieństwo i użytek

no i z opowieści mojej córki wyszłam na wrzaskliwą niewiastę, a kiedyś moja ćórcia mówiła, ze ja zamiast krzyczeć to patrzę a jak popatrzę to wystarczy za wrzaski - w jej wspomnieniach te moje spojrzenia znikły a wrzaski najwyraźniej zostały
ale to jutro ...

Posted

da-NUTKA napisał(a):
Serwo - chudzielec, szczęśliwy, ale straszny chudzielec.
Irmo, dalej nie można ustalić, co jest Serwusiowi i dlaczego nie chce chudzinek przytyć?

Danka


Serwo ma uszkodzona trzustkę i wątrobe i właściwie nie ma szans na przytycie
będzie miał coraz ładniejszą sierść (postaram się, obiecuję) i będzie silniejszy
ale na całkowite wyzdrowienie nie można liczyć
ale bez fałszywej skromności nie jest mu u mnie źle i wydaje się szczęśliwy
podjęłam decyzję, że pomalutku sprubujemy zapoznać go z Jaskrem tak, aby zimą Serwo nie mieszkał w budzie w kojcu ale w domu
jeżeli się nie uda to ma już przygotowane miejsce w ogrzewanym pomieszczeniu obok wejścia do domu - między domem a garażem

Posted

Irmo twój kącik na dogomanii dostarcza wielkich wzruszeń... wspaniałe opowieści /"agnieszka opowiada bajkę" -też pamiętam z dzieciństwa...czytałam ją nie wiem ile razy, znałam na pamięć i wyłam przy niej jak kojot ;) /wszystkie te przygarnięte bidy, które znalazły u Ciebie taką wspaniałą przystań... no u teraz Serwo opiekujący się maluchem...coś niesamowitego. :Cool!: :buzi:

Posted

duży i maly na zielonym serducho wymięka :loveu: , w ogóle Serwo jaki kudłaty ze aż dziwne ! no i pycho uśmeihcniete ale co sie dziwic , psy mają u ciebie raj na ziemi

Posted

brazowa1 napisał(a):
Wspaniale zdjecia! Tak milo sie oglada!

Jaki on puchaty i piekny.Cudo!
Chociaz jako lysy osiolek byl niepowtarzalny :cool3:


kiedy mnie odwiedzicie ?

Posted

Irmo, brak słów.TAkie słodkości, że palce lizać. Nic tylko podziwiać .Jesteś wspaniała, a Twoje zwierzaki :loveu: :loveu: :loveu: Serwuś wygląda jakby wcale nie był w schronisku, a mały Teoś taki słodziak.
Dziękujemy że jesteś :lol:

Posted

BasiaD dziękuję
nareszcie ktoś się odezwał bo coś tu za cicho
chciałam wstawić cdn opowieści o Malwie ale w takiej ciszy ....

a przy okazji - nie jestem wspaniała tylko kocham zwierzaki a Teos rzeczywiście słdziak i od dzisiejszej kąpieli ładnie pachnący słodziak

Posted

Jaka cisza? Ten wątek jest moim ulubionym! Czekamy na dalsze opowieści! Co do kąpieli, to moje też były pachnące, ale mniejsza ruda małpa wytarzała się w kocich sikach! Niestety będę z nią spała!!!:shake:

Posted

Rzecz o Malwie



Moja siostra i ja chciałyśmy mieć psa od tzw. zawsze. I owo zawsze wciąż stawało nam na przeszkodzie- a to był w domu jakiś kot, a jak ma się kota to już nie psa, bo jak to tak? W sumie nie tak wiele tych kotów było- dwa, ale jeden dość długowieczny, doprawdy godzien osobnej historii, której być może się kiedyś doczeka: ekstrawagancka kocica o imieniu Puma, której dość brutalny koniec był znakomitym podsumowaniem okresu, w jakim wtedy byliśmy jako rodzina (lub raczej nie byliśmy). Osobiście mam wyrzuty sumienia- została zaniedbana w ogólnych zawirowaniach, przenosinach i ludzkich głupotach. Dla historii Malwy jest o tyle ważna, że jej brak, po jakimś czasie zamienił się w brak jakiegokolwiek zwierzęcia, co po raz już któryś zwróciło nas- moją młodszą siostrę i mnie- w kierunku psa.



Mniej więcej po roku od zejścia Pumy- na przełomie września i października- ciśnienie na zwierzątko było już ogromne, a i okazja ku temu znakomita- tata na dłużej wybył z domu, więc nie było głównego oponenta- dystraktora. On też był elementem zaliczanym do owego, wspomnianego już, mitycznego zawsze- zawsze mędził i wynajdował wszelkie możliwe przeszkody i piętrzył mnóstwo trudności. Wszystkie poprzednie zwierzęta- koty, szczury, i jeden wyjątkowo głupi chomik (o jeszcze głupszym imieniu Tuptuś)- w świecie mego taty po prostu pojawiały się znienacka ku jego początkowemu oburzeniu. Po fazie niemego protestu przechodził do cichej i zbolałej akceptacji. Tylko w przypadku kotów było inaczej: w końcu, chyba wbrew sobie, je polubił. A Malwę ... pokochał, jak my wszyscy, miłością gorącą i łagodną jak ona sama.
No więc ciśnienie było ogromne, okoliczności przyrody znakomite - zaczęło się urabianie czynnika decyzyjnego, domowego kardynała Richelieu - mamy. Poszło wyjątkowo łatwo. Po odbyciu zaledwie jednej dyskusji, na temat tego, czy ma to być pies rasowy czy ze schroniska- poprzedzonej miesięcznym może jęczeniem i wzdychaniem- ustalono, że pies będzie. Nie padł żaden termin, ale postanowiłyśmy się tym nie przejmować, o czym za chwilę. Oczywiście- my, dziewczynki o serduszkach wrażliwych, nie skażonych jeszcze walką o byt, wychowane na szczytnych ideałach i historyjkach o pomaganiu słabszym, wybrałyśmy bez wahań opcje schroniskową, mimo, iż kusiła nas przez ulotną chwilę perspektywa posiadania boksera. Nic to- naszym zdaniem decyzja została podjęta. Teraz należało się zająć wprowadzeniem słów w czyn.
Następnego dnia była sobota, 12 października. Wstałyśmy jak na komendę o szóstej rano i nie zwlekając przystąpiłyśmy do przygotowań, które obejmowały:
1) wysprzątanie mieszkania, w celu wprowadzenia naszej dość pedantycznej wtedy mamy we właściwy nastrój;
2) przygotowanie śniadania- cel- j.w.;
3) przygotowanie posłania dla psa- już wtedy intuicyjnie czułyśmy, że pewne decyzje dorośli podejmują szybciej i łatwiej mając przed oczyma chociaż pewien zarys faktów dokonanych;
4) wymyślenie imienia dla nowego domownika: stanęło na Malwa lub Plama dla dziewczyny , zaś Hippis lub Pilot dla chłopaka- nie chwaląc się, a właściwie chwaląc- to moje pomysły były ...
Mamę w końcu wybudził ogólny rumor w mieszkaniu i dość niewyraźnym wzrokiem, w którym zza mgły dezorientacji przebijały się pierwsze przebłyski przerażenia (co ja zrobiłam? czy ja im coś naprawdę obiecałam?) zaczęła ogarniać nową rzeczywistość mieszkaniową. Ponieważ jest osobą o wysokiej inteligencji, w lot pojęła o co chodzi i pozwoliła nam dość szybko sforsować resztki muru obronnego zbudowanego ze swego zdrowego rozsądku i obawy przed reakcją wielkiego nieobecnego. Coś tam słabo protestowała, że w weekendy to pewnie schroniska zamknięte, więc po chwili siedziała z książką telefoniczną i dzwoniła do tego w Sopocie zapytać, czy są czynni. Byli. No cóż, nie miała wyjścia, jeśli nie chciała wyjść na świnię, a poza tym jestem przekonana, że miała ochotę na psa na równi z nami.

Posted

W schronisku było strasznie. Gdybym tylko mogła, to zabrałabym stamtąd wszystkie te psy. Kto był, ten wie o co chodzi, a kto nie był, niech pójdzie, to zrozumie. Starałam się patrzeć (w końcu należało dokonać Wielce Ważnego Wyboru) nie patrząc. W końcu z opresji wybawiła nas niezawodna w takich sytuacjach oaza spokoju i adekwatności- Maja, wołając:
- Mamo, to ten!
I rzeczywiście, w jednej z klatek siedział najpiękniejszy pies tego świata, z ogromnymi, klapniętymi jak u kłapouchów to się tylko zdarza, uszami. I te oczy ....... Głębokie, smutne, w kolorze ciemnego bursztynu (mój starszy syn ma bardzo podobne, ale od urodzenia wesołe jak iskierki). To był jedyny pies, który po prostu siedział i się nam przyglądał i właśnie to spojrzenie, jedyne takie na świecie, (które potem przez te wszystkie lata, było z nami i nigdy się mu nie przestawałam dziwić, że może być takie mądre i baczne) nas uwiodło. Oddaję głos suchym faktom.
Mama ruszyła do pana, który tam coś sobie robił i powiedziała:
- Bierzemy tego psa!
Ja wrzeszczałam w tle:
- Tak, tak i nazwiemy go Hippis!!!
A pan:
- Ależ proszę pani, to jest suka!
Mama:
- No i co z tego? Może być suka.
My:
- Może, może, tego chcemy, tego .....
Pan:
- Ale ona jest duża ....
Mama:
- No, przecież widzę ....
No i stało się.

Po dokonaniu jakichś tam, zupełnie nas nie interesujących formalności zapakowałyśmy się z naszą psiną do samochodu, luksusowego malucha w oszałamiającym ekstrawaganckim koszmarnym kolorze bordo, oczywiście obie z tyłu razem z nią. W drodze, pokonując niechęć do mówienia spowodowaną odurzającym wręcz smrodem wydobywającym się z okolic psa, debatowałyśmy nad imieniem. Stanęło na Malwie- bo to taki sobie polny kwiatek jakich wiele, a przecież tak piękny, kolorowy i niezwyczajny, dodający urody każdemu domowi.

Zanim dotarłyśmy do domu jak burza wpadłam do zaprzyjaźnionych właścicieli psa (nota bene boksera) pożyczyć smycz i obróżkę.

W domu Malwa została wstawiona do wanny, po czym została wstawiona do wanny, po czym została wstawiona do wanny. Następnie udała się do dużego pokoju, gdzie na środku podłogi złożyła nam w darze wielką i rzadką kupę. Uciekłyśmy przed sprzątaniem wziąwszy ją na dwór, a mamę zostawiłyśmy z tym smrodem.

Malwa nie musiała być prowadzona na smyczy już od pierwszego dnia. Rzuciła się w szaleńczy bieg (już struchlałam, że zwieje), ale po kilkunastu solidnych okrążeniach górki wróciła i stanęła koło nas, sprawdzając czy jesteśmy. I tak to już zostało: nigdy nie trzeba było jej wołać ani pilnować- to ona pilnowała nas. Na spacerach uwielbiała się bawić, ale wystarczyło też po prostu sobie z nią iść; szła obok i nic nie było dla niej ważniejsze, niż mieć nas zawsze na widoku. Zresztą, im była starsza, tym więcej było chodzenia, a mniej zabawy. W moich wspomnieniach na zawsze będę widziała ten jej powolny chód osła Kłapouchego, charakterystycznie rozkołysaną dupkę i czuła ciężar jej sierścichowatego ciała na swoich łydkach ....

Pojawienie się Malwy dało się odczuć od razu- przede wszystkim trzeba było ją wyprowadzać, co na początku robiłyśmy bardo chętnie, a potem różnie to bywało. Rano wychodziłyśmy z nią my albo mama, po szkole my, wieczorami- różnie- koniec końców stało się to obowiązkiem taty (którego reakcji poświęcę osobny akapit). Był taki okres, już za Jaskra, kiedy rano psy wyprowadzała mama, ale to nie trwało długo, zaczęło się już po kolejnej, ostatniej naszej w tym składzie, przeprowadzce. Generalnie byliśmy rodziną dość chaotyczną i takie też były te wyprowadzania psów- kto mógł, ten szedł, a jak nikt nie mógł, to szedł ten, kto musiał.



Malwa z początku miała bardzo wysoki poziom stresu (do schroniska trafiła w ten sposób, że ktoś znalazł ją wiszącą na drucie kolczastym, a te przepuklinę to miała chyba z pobicia)- wystarczyło podnieść za bardzo głos, od razu robiła pilota na plecy i puszczała fontannę. Dla nas, dzieci, to było na swój perwersyjny sposób cudowne (oczywiście, żal nam jej było okropnie)- nasza skłonna do wybuchów mama musiała się miarkować, nie mogła od razu krzyczeć ..... Trzeba przyznać, że na jakiś czas pomogło.
Potem, gdy Malwa już okrzepła i przywykła do dynamiki stosunków w swojej rodzinie, które powróciły do dawnego poziomu decybeli i często gęsto dość wrzącej temperatury, nie robiła pilotów. Ale przy każdej kłótni, niecierpliwej wymianie zdań, czy awanturze, kuliła się lub próbowała chodzić między nami i "mediować". Patrzyła przy tym z takim wyrzutem, że człowiek tak jakoś sam z siebie uspokajał się, wyciszał, a nierzadko robiło mu się głupio, że się niepotrzebnie ekscytuje i naraża psa na stres ...
Cdn.

Posted

ładnie ta moja córeczka pisze, prawda ?
no może niezbyt pochlebnie o swojej mamusi, ale nawet kieszonkowego jej nie mogę potrącić bo już dorosła jest i sama jest juz mamusią

Posted

zasadzkas napisał(a):
jesooo, cudnie :loveu: a dalej będzie?


dalej to ciąg dalszy nastąpi ...

ale ja Wam musze tę opowieść dawkować, żeby napięcie odpowiednio rosło a nie tak wszystko od razu

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...