Jump to content
Dogomania

Recommended Posts

Posted

no i opowiem Wam jak razem z Sonią pojechałam w odwiedziny do mojej siostry
Otóż moja siostra Krystyna mieszka z rodziną niedaleko Dortmundu. Od mojego do jej domu dzieli nas odległość ok 1100 km. W zasadzie kilka wręcz lat zbierałam sie na te odwiedziny i w końcu decyzja zapadła. Umówiłam sie na wizytę w ostatnim tygodniu października 2003 r. Oczywiście zabrałam ze sobą Sonię. Wszystkie dokumenty dla Sonieczki załatwiłam i ruszyłyśmy. Była to chyba niedziela a może sobota, nie pamiętam i tak to bez znaczenia. Pojechałam przez Kołbaskowo i potem autostradami prosto pod dom mojej siostry. Po drodze zatrzymywałam się, żeby Sońka mogła rozruszac kosci i posiusiać. Na granicy nikt się nami nie interesował a juz psem wcale. Kilka kilometrów po przekroczeniu granicy zatrzymałam sie na siusianie suni i nagle podjechała do nas niemiecka straż graniczna. Oczywiście pomyslałam, że zainteresował ich biegający pies i zaraz chciałam papiery i kaganiec wyciągać ale ich interesowała zielona karta. No i zaczęło się. Po zmianie numerów rejestracyjnych samochodu, spowodowanej zgubieniem przeze mnie przedniej tabicy (a co jestem zdolna) zapomniałam o odpowiedniej adnotacji w zielonej karcie. Nie znam języka niemieckiego - kiedys uczylam się przez 3 miesiące - ale i tak cudem udało mi się im wytłumaczyć w czym rzecz. Na szczęście oprócz dowodu rejestracyjnego miałam kartę pojazdu a tam odnotowane są wszelkie zmiany numerów. No i po tym numerze dojechałyśmy już bez przeszkód do mojej ukochanej siostrzyczki i jej rodziny. Siostra powitała mnie między innymi stwierdzeniem, że bardzo się cieszy z przyjazdu Soni bo jej sunia będzie miała z kim biegac po pobliskim lesie. Następnego dnia spałam sobie całe przedpołudnie a Sonia obok mnie. Oj jak nam było dobrze. Ok. godz. 15 moja siostra wpadła na pomysł spaceru z psami. Bez specjalnego entuzjazmu ale poszlam do pobliskiego lasku. Szłysmy sobie i gadałyśmy a psy rzeczywiscie szalały. W pewnym momencie usłyszałam przeraźliwy pisk Soni. Pies wyszedł z krzaków kulejąc na lewa przednią łapę. Zawołałam ja i wzięłam łape w swoja dłon. I tę dłon miałam pełną krwi. Zawołałam Krysię. Przybiegła. Krew się lała a my struchlałyśmy. W końcu powiedziałam, żeby Krystyna pobiegła do domu po jakies szmaty, ręczniki no sama nie wiem co. Zawołała swoją sunię, która na szczęście przybiegła i moja siostra z prędością niestpotykana pobiegła do domu. A ja zostałam na środku jakiejś lesnej polany. Klęcząc trzymałam łapę Soni i usiłowałam znaleźć miejsce, które należy ucisnać aby zatamowac krew. I nic z tego. W końcu zdjęłam kurtkę. Zdjęam bluzkę. Ubrałam na moją goliznę kurtkę i bluzką obwiązałam psią łapę. I dalej klęczałam i trzymając łapę mówiłam: Sonieczka wytrzymaj, nie odchodź, nie teraz, nie tutaj, nie jestem na to gotowa i oczywiście łzy mi leciały z oczu. Sonia stała spokojnie z łapą w mojej dłoni i patrzyła mi w oczy .. oj jaki ona miała wzrok to nie jestem w stanie napisać. Jej oczy mówiły że boli, ze traci siły, że ufa, że wierzy, że wytrzyma o ile tylko sił starczy. A bluzka byla juz mokra od krwi. I wtedy pojawiła się Krysia. przyniosła dwa duże ręczniki i taśme do pakowania. Ręcznikami obwiązałyśmy łapę na to taśma i ruszyłysmy biegiem. A Sonia biegła z nami i tylko te ręczniki uderzając o ziemie wydawały taki mokry dźwięk 'plaś, plaś. plaś ...'. Do samochodu nie było daleko ale gdy dobiegłysmy Sonia juz się przewracała i sama nie była w stanie wsiąść. Na szczęście moja siostra razem z ręcznikami wzięła moją torebke z kluczykami i dokumentami i przed wyjściem zawiadomiła swojego weta że jedziemy i żeby czekał. Krysia chciała prowadzić, ale nie było takiej możliwości, ona sie bała, że ja będę zbyt zdenerwowana. No cóz ja jestem silna baba. Ruszyłyśmy a ja myslałam tylko o jednym: żeby zdążyc. Upłynęło ok 30 minut zanim dojechałyśmy do kliniki. Wjechałyśmy na parking a tam juz czekały trzy osboby - wzięli psa (i od tej pory już wiem jak trzeba nosi chorego psa, żeby ciężar ciała rozłożył się odpowiednio) i od razu zabrali ją na stół operacyjny. Sonia juz traciła przytomność, ale ja wiedziałam, że teraz to już wszystko będzie OK. Chciałam wejść z psem na tę salę operacyjną ale weci chyba mysleli, że ja jakiejś histerii dostałam, bo coś tam szwargotali do mojej siostry. W końcu doszłam do wniosku, że pies i tak jest nieprzytomny a ja im tylko przeszkadzam. Wyszłam i za rada siostry poszlam do łazienki. W lustrze zobaczyłam Hanię ubabraną we krwi, twarz umazana krwią, ręce całe zakrwawione, spodnie, buty - jednym słowem (a właściwie dwoma)'wszystko czerwone'.
Umyłam się, tzn. twarz i ręce, i poszłam na korytarz czekać. Zabieg trwal ponad dwie godziny. Po tym czasie wyszła pani wet i oznajmiła, że łapa zszyta, że przecięta była jakaś tętnica, z tych mniej ważnych ale pies stracil mnóstwo krwi i kilka dni nie będzie w stanie chodzić. Ma leżeć, spac i jeść jeżeli tyko będzie chciał. Zabrałyśmy sunię do domu. Moja siostra jest niesamowita - zabrała od weta te zakrwawione ręczniki a potem sie jeszcze okazało, że zabrala z polanki moja bluzkę i potem to wszystko wyprała. Koc w samochodzie też byl caly mokry od soninej krwi. Wrzuciłysmy zakrwawione rzeczy do wanny - oj wyglądało to ... . W domu czekał na nas przerażony mój młodszy siostrzeniec zapłakany z obawy o Sońkę. Wnioslyśmy psa - najpierw do windy - nie było to łatwe, chciaz wiedziałyśmy jak robili to weci, i jak nam się udało to zaczęłysmy śmiac sie na caly głos - teraz dopiero odreagowałyśmy całe to napięcie, które nam towarzyszyło od początku zdarzenia. No i Sonia leżała w salonie na czystym kocyku z owiniętą łapa i nawet nie próbowała nic z tą łapa robić. Wieczorem wynoisłam ją ze szwagrem na siusianie. A rano poszła już sama - na łapę nałożyłam skarpetke (czerwona ze św, Mikołajem) na to woreczek foliowy i zawinęłam taśma. Sonia poszla o własnych jakże jeszcze marnych siłam. I tylko tak dziwnie stawiała przednie łapy. Nie na opuszkach, na stopach lecz na zewnętrznej części łapy. Bardzo mnie to martwiło ale przy zmianie opatrunku pani wet powiedziła, że to taka psia troska o łapę. Pierwsze dwa dni Sonia nie reagowała na nic nawet na moje wyjścia z mieszkania, a to znaczyło, że jest bardzo chora ale trzeciego dnia gdy usilowałam wyjść usłyszałam psi protest - jakie to były piękne dźwięki. I tak wyglądała moja pierwsza po kilku latach wizyta u mojej siostrzyczki. Ale najwazniejsze że Sonia była przy mnie i ze mną wróciła a my i tak się nagadałyśmy i nagadałysmy i nagadałyśmy. A reszta była nieważna. I znowu byłyśmy w domu, razem i w ciszy ja czytalam i oglądałam tv a Sonia w bezruchu leżała obok a nawet drzemała. Łape leczyłysmy u naszego weta jeszcze prawie miesiąc zanim odważyłam sie wyjść z psem bez skarpety. I wiecie co, gdy zdjęłam psu bandaż i skarpetę to Sonia stanęła na podwórku i nie wiedziała co ma zrobic, jak iść ale gdy tylko ją zawołałam zapomniała o łapie. I znowu byla zdrowym kochanym psiakiem. A ja nigdy nie zapomne jej spojrzenia w tym lesie na polanie.
c.d.n.

Posted

a o moich kotach też mam Wam opowiedzieć ?
bo jeżeli TAK to opowiem a jeżeli NIE to też opowiem
opowiem Wam jak trafił do mnie mój pierwszy kot

W moim domu rodzinnym nie by ło kotów, dlatego też koty były zwierzakami których usposobienie pozostawało dla mnie tajemnicą - ale zawsze mi się podobały.
dawno, dawno temu w czasach, gdy byłam młodą mamusią czytającą swoim córeczkom bajki trafiła w moje ręce książeczka o sympatycznym tytule "Agnieszka opowiada bajkę". Pamiętam treść tej książeczki bo to ona stała się praprzyczyną ... no i poniżej czego.
Książka opowiadała o małej dziewczynce, która opowiadała swojej mamie bajeczkę o małym kotku, który szukał mamusi. Kotek powiedział, że jego mamusia ma zielone oczy więć dziewczynka pokazała mu radio ale radio było twarde i kanciaste chociaż miało zielone świecące oko nie było kocią mamusią. Kotek powiedział, że jego mamusia ma futerko więc dziewczynka pokazała mu szczotkę, ale szczotka była twarda i nie można się było do niej przytulić. Kotek dodał, że jego mamusia ma mleczko więc dziewczynka pokazała mu krowę ... itd (o ile dobrze pamiętam i nic nie pokręciłam). W końcu dziewczynka wzięła kotka na ręce i pokazała mu swoją mamusię, która miała zielone oczy, dała kotu mleczka i przytuliła. I wtedy Agnieszka (ta z książeczki) powiedziała do swojej mamusi: cytat z pamięci "Mamusiu i to jest właśnie ten kotek i Ty na pewno mu pomożesz i będziesz jego mamusią ... prawda ? i Agnieszka dała mamusi kotka."
Następnego dnia ok. południa zadzwonił dzwonek. W drzwiach stały moje córeczki i trzymając na rękach małego burego kotka z niczym nie zmąconą pewnością i ufnością, z szeroko otwartymi oczyma, przejęte powiedziały, przekrzykując się "Mamuś ty też pomożesz temu kotkowi." I co ja miałam robić - przecież nie mogłam zawieść tych dwu małych panienek. Taka trauma miałby wpływ na ich stosunek do zwierząt i do mnie, przez całe ich życie. W każdym razie w ten sposób w moje życie wszedł sobie kot Pumeks. Długo trwało wybieranie imienia i wybrane zostało imię PUMA. Tyle, że szybko okazało się, że Puma jest Pumeksem. I tak już zostało. Pumeks jak to każdy młodziutki kociak jadł co mu dałam (głównie ryż z gotowaną rybą), rósł i rozrabiał. Najbardziej martwiłam się, żeby w nocy nie wylazł na balkon - spaliśmy przy otwartym. Bałam się, że przejdzie na drugi balkon (z naszym balkonem graniczył balkon, do którego wchodziło się z klatki schodowej) a z niego na korytarz przed mieszkaniem i gdzieś sobie powędruje, zginie. Spałam czujnie i ciągle nasłuchiwałam co robi kot i sprawdzałam gdzie śpi. Kot oczywiście najchętniej spał w naszych łóżkach. Więc gdy wybrał sobie moje to wszystko było OK ale gdy wędrował do dziewczynek natychmiast włączał mi się w głowie 'sprawdzacz miejsca pobytu kota" i wstawałam, zabierałam kota zamykając pokój dzieci. Którejś nocy, jednej z pierwszych nocy po pojawieniu się kota, obudził mnie jakiś dziwny dźwięk. Tak jakby ktoś otwierał balkon. Wstałam, kota nigdzie nie było. Ani w mojej sypialni ani u dzieci. Natychmiast skojarzyłam, że jednak zaraza wylazła na balkon a stamtąd przeszedł na 'korytarzowy' i może ktoś z sąsiadów myśląc, ze to niczyj kot, wypuszcza go właśnie na korytarz. Korytarze w naszym bloku były przeogromne - później przerobiliśmy część korytarza na największy pokój naszego mieszkania i to pokój z drugim balkonem. Była chyba 2.30 w nocy a ja tak jak stałam, boso i nocnej koszulinie, wybiegłam z mieszkania na korytarz. Obok drzwi balkonowych stał jakis mężczyzna, w kurtce z dużą torbą, i usiłował te drzwi otworzyć. Byłam zaspana i nie bardzo kojarząc w czym rzecz i czemu on te drzwi chce otworzyć odezwałam się "Przepraszam Pana bardzo, czy nie widział Pan takiego małego burego, pręgowanego kotka?." Facet jak to usłyszał odwrócił się, złapał torbę i bez słowa ... zwiał. Popatrzyłam za nim i pomyślałm sobie "idiota i to źle wychowany nie widział kota, czy coś mu odbiło." Wróciłam do łóżka i obudziłąm mojego ówczesnego TZ i powiedziałam
- "wiesz co ten facet, który chciał otworzyć balkon nie chciał mi powiedzieć czy widział kota"
- "jaki balkon i kto chciał go otworzyć ?" zapytał budzący się TZ
- "no jak to jaki? ten z korytarza, przecież nie z pokoju' - odpowiedziałam ja ze złością, że taki niedomyślny
i wtedy mój mąż z wrzaskiem "rany złodziej, moje kanistry z benzyną" wyskoczył z łóżka i pobiegł sprawdzać czy kanistry jeszcze stoją na balkonie.
A kot sobie siedział pod łóżkiem i na te wszystkie wrzaski wylazł i partzył na nas z niesmakiem (naprawdę - jakby chciał powiedzieć 'i czego spać nie dajecie")
a dla tych, którzy nie rozumieją, z racji wieku, dodam, że benzyna była wtedy towarem nie tylko deficytowym ale dostępnym głownie na kartki
c.d.n

Posted

na dzisiaj to koniec opowieści o moich zwierzakach
zdjęcia będa później albo jutro bo mnie rodzina tępi za siedzenie przy kompie

Posted

Dzięki, dzięki, dzięki! Nigdy tego nie robię, ale historię Sonieczki zaczęłam czytać od końca, żeby NATYCHMIAST wiedzieć, jak ją uratowałyście. Opowieści są przepiękne!

Posted

Irma, niesamowite są te Twoje opowieści, naprawdę masz dar pisania!

Mój Vigo w lutym tego roku miał podobny wypadek, przeciął tętnicę i wszystkie ścięgna palców w łapie podczas spaceru po polach, leciałam z krwawiącym obłędnie psem na rękach do weta, jak dotarłam ledwo zipiąc, to też oboje wyglądaliśmy jak po katastrofie, ja i pies cali we krwi. Skończyło się na 2 operacjach, gipsie przez 6 tygodni, ale teraz młody śmiga już na torku agility i po strasznych chwilach nie ma śladu (nie licząc strachu pańci, czy pozwolić psu biegać po krzakach...).

I miałam w dzieciństwie tę książeczkę o kotku, co szukał mamy :loveu:

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...