joannal Posted June 8, 2006 Posted June 8, 2006 Irma a próbowałaś coś około Hetmana, może Hektor, może się okazać, że się trafi na jego prawdziwe imię. Quote
Igusia Posted June 8, 2006 Posted June 8, 2006 Ale Hetman jest takie twarde i groźne...:p A Serwo takie miłe i fajne...:multi: Quote
Aron Posted June 8, 2006 Posted June 8, 2006 irma napisał(a): ....... a w ogóle jest cudnym przytulasem i chyba zmieni imię - nasz Pan ogrodnik nazwał go Hetman i pies wyraźnie reaguje na to imię - hmmm chciałam żeby był Serwo ale jak pies nie będzie chciał i wybierze inne imię to cóż niech tak będzie widac ten Hetman musi przypominac dźwiękiem jego imię, którego niestety nie znamy No to mamy sierściucha-przytulaska :eviltong: . Super, że Serwo-Hetman jest w coraz lepszej kondycji :multi: Quote
Kasie Posted June 9, 2006 Posted June 9, 2006 I jak tam opowieści Hetmana? Lotnik tak ładnie pisze, może Hetman kolegując sie z nim nauczył by sie czegoś? I wysłał nam piękny list.:cool1: Quote
irma Posted June 9, 2006 Posted June 9, 2006 pewnie się by nauczył tylko do komputera nie ma dostępu zobaczymy może da się z tym coś zrobić Quote
evita. Posted June 9, 2006 Posted June 9, 2006 irma napisał(a):pewnie się by nauczył tylko do komputera nie ma dostępu zobaczymy może da się z tym coś zrobić Irmo już czas najwyższy kupić chłopakom laptopa :evil_lol: . Lotnik świetnie już obsługuje komputer więc Serwo też na pewno szybko "załapie". Aha i nie zapomnij o dostępie do internetu coby chłopaki mogli bez ograniczeń listy do dogociotek słać :lol: Quote
irma Posted June 9, 2006 Posted June 9, 2006 drogie dogocioteczki mojego Serwusia ponieważ mam notebooka czy jak kto woli laptopa i to oczywiście z internetem więc kto wie może Serwuś do Was wkrótce napisze a gdybyście były ciekawe skąd się wzięło jego imię - to znaczy dlaczego właśnie takie wybrałam poniżej wklejam Wam historię wziętą z życia młodziutkiej hani dzisiaj część pierwsza "No i treaz pora na opowieść o psie mojej młodości - ukochanym psie rasy prawie bokser o imieniu Serwo. Znowu przeprowadzka. miałam juz 15 lat, więc oczywiście byłam baaaardzo dorosła. Mieszkaliśmy wtedy w Świeciu n/W a w pobliskiej Chełmzy zamieszkał przyjaciel rodziców z czasów Szczecina - lekarz. Jakiegoś jesiennego dnia przyjechał do nas w odwiedziny i poinformował, że jeden z jego pacjentów jest ciężko chory (jak dziś pamiętam - gruźlica kręgoslupa) a jego zona nie jest w stanie zajmowac sie mężem i młodym ok. 1 rocznym psem bokserem. Powiedział, że chcą za niego 1 tys. zł. nie wiem ile to wtedy było pieniędzy. Chyba duzo. Ale wiedziałam, że to ukochana rasa mojego taty. Pies był rasowy, 7 z miotu, więc bez rodowodu. Stanęłam przed tatą i ja jego ukochana córeczka haneczka błagalnie powoedziałam 'tato to tylko jeden tysiączek'. No i tego tata potrzebował, żeby sam przed sobą usprawioedliwić decyzje - najpierw obejrzenia psa. Hmmmmm. No cóż pojechaliśmy 'obejrzeć' psa. przed domem spotkaliśmy moją siostrę - skakała z radości jak usłyszała nowine. Obie wiedziałyśmy, czym skończy się oglądanie psiaka. No i pies został przywieziony do nas do dmomu. Był slicznym żółtym bokserem. od razu obsiusiał ścianę w przedpokoju i był nasz. " o ile Was będzie interesował to ciąg dalszy o psie imieniem Serwo w następnym odcinku Quote
oktawia6 Posted June 9, 2006 Posted June 9, 2006 [quote name='irma']drogie dogocioteczki mojego Serwusia ponieważ mam notebooka czy jak kto woli laptopa i to oczywiście z internetem więc kto wie może Serwuś do Was wkrótce napisze a gdybyście były ciekawe skąd się wzięło jego imię - to znaczy dlaczego właśnie takie wybrałam poniżej wklejam Wam historię wziętą z życia młodziutkiej hani dzisiaj część pierwsza "No i treaz pora na opowieść o psie mojej młodości - ukochanym psie rasy prawie bokser o imieniu Serwo. Znowu przeprowadzka. miałam juz 15 lat, więc oczywiście byłam baaaardzo dorosła. Mieszkaliśmy wtedy w Świeciu n/W a w pobliskiej Chełmzy zamieszkał przyjaciel rodziców z czasów Szczecina - lekarz. Jakiegoś jesiennego dnia przyjechał do nas w odwiedziny i poinformował, że jeden z jego pacjentów jest ciężko chory (jak dziś pamiętam - gruźlica kręgoslupa) a jego zona nie jest w stanie zajmowac sie mężem i młodym ok. 1 rocznym psem bokserem. Powiedział, że chcą za niego 1 tys. zł. nie wiem ile to wtedy było pieniędzy. Chyba duzo. Ale wiedziałam, że to ukochana rasa mojego taty. Pies był rasowy, 7 z miotu, więc bez rodowodu. Stanęłam przed tatą i ja jego ukochana córeczka haneczka błagalnie powoedziałam 'tato to tylko jeden tysiączek'. No i tego tata potrzebował, żeby sam przed sobą usprawioedliwić decyzje - najpierw obejrzenia psa. Hmmmmm. No cóż pojechaliśmy 'obejrzeć' psa. przed domem spotkaliśmy moją siostrę - skakała z radości jak usłyszała nowine. Obie wiedziałyśmy, czym skończy się oglądanie psiaka. No i pies został przywieziony do nas do dmomu. Był slicznym żółtym bokserem. od razu obsiusiał ścianę w przedpokoju i był nasz. " o ile Was będzie interesował to ciąg dalszy o psie imieniem Serwo w następnym odcinku koniec:mad: ? dawaj dalej Irma-czekamy :eviltong: Quote
irma Posted June 9, 2006 Posted June 9, 2006 jakie dawaj ? a napięcie ? a emocje ? a oczekiwanie na ciąg dalszy? no co Ty chcesz stracić połowę przyjemności a poza tym to historia opublikowana prawie rok temu Quote
irma Posted June 9, 2006 Posted June 9, 2006 no ale niech będzie ciąg dalszy ... tak więc Serwo zamieszkał u nas gdy mieszkalismy w Świeciu n/W a ja miałam ok. 15 lat. Był najcudowniejszym psem mojego dziciństwa i młodości. Może nie był najmądrzejszy, ale to nasza wina - nikt go niczego nie uczyl. Za to kochał nas a my jego. Cichaczem, razem z siostra, pozwalałyśmy mu wylegiwac się na kanapach i łóżkach. Oj oberwałoby nam sie gdyby się Tata dowiedzial. Ale się nie dowiedział i lepiej dla niego, dla nas i dla psa. Albo wiedział i udawał, ze nie wie. Ciekawe jak to było - musze go zapytać. Serwo był pod naszą, dzieci opieka. Wychodziłysmy z nim na spacery, do weterynarza i gdzie się dało. Nigdy idąc z nim nie bałam się, że ktokolwiek mnie zaczepi. Dawal mi cudowne poczucie bezpieczeństwa. Lubił jeździc samochodem i wszędzie z nami jeździł. Dzieki niemu moglam chodzic codziennie na randki - w końcu pies potrzebował ruchu - i nie musiałam długo prosic o zgodę na wyjście. Gdy odrabialam lekcje siedział pod biurkiem z głową na moich kolanach i informował, że pora spaceru nadeszła. Gdy byłam wychowawczynią na tzw. półkoloniach chodził ze mna i był pupilem wszystkich dzieci - do dzis nie wiem jak to było, ze nikt mi nie zabronił z nim przychodzic. Jeździl ze mną autobusami, pociągami i czym się dało. Biegał za rowerem i za mną, ciągnął sanki. Dzieki niemu tamten czas był cudowny i beztroski wbrew temu co wtedy myslałam o swoich problemach nastolatki. Ale nadszedł czas rozstania. Dorosłam, tzn. zdałam maturę i zostałam studentką w Gdańsku. I tu już pies nie mógł za mna pojechac. Bardzo mi go brakowało. Pocieszałam sie tym, że został z moja siostrą a ona została z nim. Był teraz jej psem i dla niej był tym kim wczesniej dla mnie. W końcu ona tez miała problemy nastolatki, randki, szkołę itd itp. A nasz Tata był raczej surowym i zasadniczym ojcem. I najpierw ja a potem moja siostrzyczka wypłakiwałyśmy Serwusiowi swoje zale i troski. Wyszłam za mąż i na trzecim roku studiów urodziłam córeczkę, Anię a rok później jej siostrę Maję. Ania zdążyła poznac Serwa, choć tego nie pamięta. Maja juz niestety nie. Serwuś zachorował - ot psia starość, artretyzm i rak. Były to wczesne lata osiemdziesiąte i dostęp do leków był żaden. I to w dodatku dla psa. Stawalismy na głowie, żeby go leczyc. Moja siostra miała wtedy praktyke w szpitalu i podawala psu doustnie strzykawka odzywki dla starszych ludzi. Nic jednak nie zmieniło tego co nieuchronne. I do dziś nie wiem dlaczego moi rodzice nie poczekali choc kilku dni z podjęciem tej ostatecznej decyzji, ale podjeli ją i pewnego dnia, zanim sie z nim pozegnałam pies zasnąl i odszedla za Tęczowy Most. Następnego dnia moja siostra zdawala egzaminy na studia - nie zdała. Zdala dopiero rok później. I nagle świat był pusty bez naszego Serwusia. Rodzice mieli potem rózne psy. Jeden z nich o imieniu Docent - odziedziczony po kuzynie, który zmarł na atak serca - często przebywal u mnie. Ale to juz nie były moje psy. Miałam własną rodzine w Gdańsku i dwie córeczki. I długo nie było u mnie psa. Mój mąż, choc twierdził, że lubi psiaki nie chciał miec psa. A ja jako zona podporządkowałam sie temu. Na szczęscie przyszedł dzien, w którym otrząsnęłam sie i sama sobie powiedziałam, że JA CHCĘ MIEĆ PSA. ... ale to juz inna historia i nie ma związku z żółtym bokserem o imieniu Serwo. zawsze chciałam, abu jakiś mój pies miał takie imię - i dlatego przybysz z łódzkiego schroniska ma na imię SERWO, a właściwie Serwo Zbój (tak nazywałam także mojego Serwusia) Quote
da-NUTKA Posted June 9, 2006 Posted June 9, 2006 NIe wiem dlaczego;) , ale jak czytam, to mi się strasznie pocą oczy :lol: . Pięknie piszesz Hanuś. Danka Quote
oktawia6 Posted June 9, 2006 Posted June 9, 2006 o rety-wspaniała historia Irmo-dziękuję Ci bardzo:Cool!: :n00b: zakończenie smutne ale pełne troski o boksia Serwa-racja-w tamtych czasach nic nie było dla psów-ja byłam małą dziewuszka ale Ty to pmiętasz i znajomi z psami też to potwierdzają-czasy Pewexu i dekatyzów-chociaż mieszkania dawali.:razz: P.S. 6 miesięcy temu to mnie jeszcze na Dogo nie było:oops: ;) a teraz jest reedycja i dzięki temu mogłam ją poznać:multi: Quote
irma Posted June 10, 2006 Posted June 10, 2006 historia moich psów nie była nigdy na dogo ale jak chcecie to możecie się dowiedzieć kto był następca żółtego boksera Serwa Quote
Wiedźma Posted June 10, 2006 Posted June 10, 2006 jnk napisał(a):Nie mam siły i czasu na czytanie wątków 51-stronicowych, więc je tylko "przekartkowuję". Wątek Serwa mi umknął, bo nie było mnie długo na dogo. A jak już wpadł mi w ręce, tudzież oczy - te 51 stron łyknęłam jednym tchem! Irma, ja Ci już na innych wątkach wyznawałam publicznie miłość. Tutaj mogę tylko utwierdzić Cię w moim nieprzemijającym do Ciebie afekcie :) . Dołączam; zresztą przypuszczam, że do fanklubu Irmy należy 200% dogomaniaków :loveu: :loveu: :loveu: Quote
irma Posted June 10, 2006 Posted June 10, 2006 jak chcecie - to macie (opowieści o moich psach przeklejam z innego zwierzakowego forum) Moje córeczki też chciały (no bo ja chciałam co było już powyżej napisane) zwierzaka, a mąż wyjechał na tzw. kontrakt. I nadzedł październik 1991 roku. Był piątek wieczór i dziewczynki przyszły do mnie i zapytały : -no to w końcu kiedy będziemy mogły miec psa?. Usiadłam, pomyślałam i powiedziałam: - "no wiecie właściwie to już możemy miec psa, tylko ja cały czas się zastanawiam czy wziąć psa ze schroniska czy kupic boksera". Dzieci poszły do swojego pokoju, naradzały się, myślały, debatowały i za chwile oznajmiły mi, ze chca psa ze schroniska. Odpowiedziałam: - 'no dobrze'. Rano obudził mnie rumor w calym mieszkaniu. Wstalam i zobaczyłam, że dziewczyny przygotowują legowisko dla psa. Zapytałam co się dzieje a one na to : - "no przeciez powiedziałaś, ze sie zgadzasz na psa ze schroniska i dzisiaj chcemy tam jechać'. Zgłupiałam, ale ... słowo się rzekło a ja słowa danego dotrzymuję. Wsiadłysmy w naszego malucha koloru czerwień burgundzka, tj. bordo i pojechałysmy do sopockiego schroniska. Łaziłysmy po schronisku. To ten, to inny psiak wpadał nam w oko. W pewnym momencie Maja zawołała 'mamo ten'. Patrzę a tu w boksie pelno psów, biegają, szczekają, chcą zwrócic na siebie uwagę a z dala od nich siedzi duży wilczasty pies z klapnietymi 'lotniczo' uszami i z przekrzywioną głowa i tylko patrzy... I juz wiedziałam - TO TEN, JEDEN JEDYNY. Pracownik schroniska powiedział - 'ale to suka' a ja na to - 'no i dobrze' a on - 'prosze pani ale ten pies jest duży' a ja - 'prosze pana widzę'. I w ten sposób najcudowniesza suczka oimieniu MALWA nadanym jej przez moje córeczki trafiła do naszej rodziny. Wsiadła do malucha z wyrazem pyska 'teraz albo nigdy'. Śmierdziała strasziwie - więc najpierw były zakupy w aptece, obroża, smycz i do domu a tam oczywiście kąpiel, i jeszcze jedna kąpiel, i jeszcze jedna kapiel. I suszenie. I dzieci wzięły ją na spacer. Nie bałam się. obserwowałam z balkonu i widziałam, że sunia trzymala się cały czas blisko dziewczynek i nawet nie próbowała patrzec gdziekolwiek. To była sobota - pies nie zwracał na mnie uwagi widział tylko dzieci ale w niedzielę sunia już wiedziala kto jest jej PANIĄ. Dzieci telefonicznie zawiadomiły mojego męża o nowej domowniczce a mnie zapytał - 'czy jestes tego pewna ?' Znacie odpowiedź - brzmiała TAK. I okazało sie, że to takie proste mogłam mie,c psa już dużo wcześniej. I to tyle na dzisiaj a ciąg dalszy czeka żebym mu pozwoliła nastąpić Quote
irma Posted June 10, 2006 Posted June 10, 2006 a to jeszcze dla dogociotek zdjęcia mojej Malwinki Quote
oktawia6 Posted June 10, 2006 Posted June 10, 2006 Boże Irma ja po prostu niemogę-takie wspaniałości na dzień dobry-i ten jej portret-inteligientniejszy wyraz twwarzy ma niż niejedn człowiek:roll: Quote
Aron Posted June 11, 2006 Posted June 11, 2006 Co za niespodzianka ..... opowieść czyta się z zapartym tchem a i bez łezki się nie obyło. Czekamy na ciąg dalszy. Malwinka śliczna poczciwa mordusia :loveu: Quote
irma Posted June 11, 2006 Posted June 11, 2006 ciąg dalszy następuje odkąd Malwa zamieszkała w naszym domu - był to w końcu prawdziwy dom zauważyliście, że dom bez zwierzaków ma zupełnie inna atmosferę i inaczej w nim płyną dni zwierzę pojawiając sie w rodzinie nadaje jej 'łagodności' funkcjonuje jak saper - rozładowuje napięcia samą swoja obecnością. Gdy Malwa zamieszkała z nami byłam dorosłą kobietą i nie dla mnie juz były pluszaki, ale ona była moja przytualnką. dawała to cudowne poczucie, że nie jest się samemu na świecie. Moje córki do dzisiaj twierdzą, że drugiego takiego psa nie będzie juz w ich życiu. Malwinka była samą słodyczą i łagodnością. Nigdy nie zdarzyło jej się warknąć na którąś z nas czy choćby mieć nas dosyć. Wstawałam ok. 6 rano i wychodziłam z nią na spacer. Ona sobie biegała a ja powłócząc nogami dosypiałam. Włóczyłyśmy się po pobliskiej łące spotykając różnych psiarzy. Suczka nie reagowała na zaczepki innych psów. Dla niej nie istniały. Gdy szlismy z nią na spacer w większym gronie sunia nas pasła i zaganiała żebyśmy się nie rozłazili. Zabierałam ją gdzie się dało. Dziewczyny też z nią chodziły wszędzie gdzie można. Żeby jak najmniej siedziała sama w domu. A w domu cichaczem okupowała kanapy. Nigdy nic nie zniszczyła. Nie wiem jakie miała przeżycia za sobą jaki los ją spotkał ale widok wysokich brodatych mężczyzn powodował, że nie mogła opanować lęku i szczekając wyraźnie ostrzegała, że jest gotowa na wszystko choć się boi. Oczywiście wraz z upływem czasu sunia wyładniała, futerko lśniło a w oczach pojawiła się radość. Tak jak dla mnie kiedyś Serwo tak dla moich córek Malwinka była najfajniejszym pretekstem dla udowodnienia konieczności wyjścia z domu. Jeździła z nami do dziadków i na wakacje. Była jednym z członków rodziny. Kiedy była u nas kilka lat urodziła pierwsze szczenięta. 6 sztuk. Jedno szczenię musiałyśmy niestety uśpić - urodzone z wodogłowiem i tak by nie przeżyło - tak twierdził wet. Sunia rodziła w poniedziałek przed południem. Musiałam iść do pracy, ale po załatwieniu najpilniejszych spraw przybiegłam do domu i razem z córkami odbierałyśmy poród. Wet kazał nam pilnować, żeby nie zjadła więcej niż 4 łożysk więc stoczyłyśmy walkę przy dwu ostatnich szczeniakach. W sypialni na moje życzenie powstał drewniany kojec, w którym Malwina wychowywała maleństwa. Ale gdy miały kilka godzin z uporem przenosiła je na nasze łóżko. Trochę mnie kosztowało zdrowia i cierpliwości wytłumaczeniee suni, że ten kojec jest bezpiecznym, ciepłym miejscem dla jej maleństw. Cudownie było patrzeć jak się zajmuje maluchami i jak rosną z dnia na dzień coraz większe rozrabiaki. Szczeniaczki trafiły do dobrych domków i do dzisiaj mam nawet kontakt z jednym z nich. Gdy miały ok. 6 tygodni zaczęłyśmy się poważnie martwić, że zostaną u nas. Wtedy moja córka przywiozła je do mojej pracy i 'poszły' w jeden dzień. Opiekunowie zostali sprawdzeni - nie myślcie, że każdy mógłyby mieć małe malwiśki. No i potem niestety Malwinka znowu miała cieczkę a moja córeczka wstała rano przed 6 wzięła psa i poszła po bułki. No i wróciła bez psa ale też bez zęba. Sunia pociągnęła i córka przewróciła się wybijając ząb o krawężnik. Mała płakała i z powodu zęba i z powodu suni. Co do zęba to trzeba było doklejać - dziś nie ma śladu. Kilka godzin szukałyśmy psicy - dziewczyny nie poszły do szkoły ja nie poszłam do pracy. W końcu ok. 13 postanowiłam, że jedna będzie chodzić po osiedlu, druga będzie czekać w domu a ja jadę do pracy. Sunia często była gościem w moim biurze i okazało się, że zapamiętała drogę - jadąc samochodem zobaczyłam jak przerażona, smutna leży przy drodze i tępo patrzy z dalek na moje biuro. Zatrzymałam sie wręcz z piskiem opon. Za mną wszyscy trąbili - idioci nie widzieli, że odnalazłam to co myślałam, że straciłam. Zabrałam moją sunie do domku i obie byłyśmy szczęśliwe. Tym razem urodziła trzy szczeniczki. Jeden niestety zmarł przy porodzie. Jeden odchowany poszedł do znajomych a ostatni taki śliczny żółciutki jakoś nie mógł znaleźć opiekuna. Młodsza córka i mąż ciągle szukali a ja i starsza milczałyśmy - decyzja była podjęta tylko tamta dwójka musiała do niej dojrzeć. Córka szybko stanęła po naszej stronie a mąż nie chciał się z drugim psem pogodzić i nawet gdy nasz Jaskierek miał rok jeszcze usiłował znaleźć mu dom. Na szczęście nie udalo mu się. I w ten sposób w naszym mieszkaniu na 5 piętrze na Gdańskiej Zaspie zamieszkł Jaskier. i to tyle na dzisiaj Quote
kiwi Posted June 11, 2006 Posted June 11, 2006 no i juz wiemy skad wzial sie jaskier :) :multi: Quote
irma Posted June 11, 2006 Posted June 11, 2006 no jak to sjkąd? oczywiście z brzucha mamusi, tj. Malwinki Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.