Maciekkk Posted January 24, 2010 Posted January 24, 2010 Witam Wszystkich miłośników Naszych największych czworonożnych przyjaciół. Mój Najdroższy przyjaciel odszedł ode mnie po 13 pięknych pełnych radości i szczęścia latach. Trafił do Nas jak miał niespełna trzy miesiące, mój Tato przyprowadził go od znajomych krótko przez rozstaniem z Nami. Tą chwilę pamiętam jak by była dziś. Kuleczka przepiękna, malutki bernardynek wąchający wszystko dookoła. Byłem bardzo szczęśliwy, długo razem spaliśmy, codziennie się bawiliśmy, nie oddalaliśmy się od siebie nawet na metr. Przyszło rozstanie moich rodziców wtulony w moje Szczęście rozpaczałem, dzięki niemu było mi lżej, miałem kogoś kto bez względu na mój humor, to jak wyglądam, jaki jestem i co przeżywam był przy mnie. Był ze mną na dobre i na złe całe swoje życie. (tutaj miał już z 7 latek) Problemy z wstawaniem zaczęły się 3 lata temu. Na początku wystarczyła seria zastrzyków sterydowych co 2-3 miesiące i sam wstawał. Napady padaczkowe również się zaczęły, męczył się w nich tak strasznie, pamiętam te zaciśnięte ząbki, łapki, trzęsący się - przerażający widok. Zawsze tuliłem go z całych sił, żeby uśmierzyć chodź troszeczkę ból. Na szczęście udało się go wyleczyć całkowicie z niej, ale problemy z stawami zaczęły narastać z miesiąca na miesiąc. W końcu nawet po zastrzykach przestał wstawać, oczywiście ja i mama zawsze mu pomagaliśmy, nie był to żaden problem chodź powoli zaczynałem zdawać sobie sprawę ,że te piękne niebieskie oczka kiedyś spojrzą na mnie ostatni raz. W poniedziałek 18 stycznia biedaczek był bardzo słaby, rano na spacerze praktycznie non stop siadał. Ale dawno nie miał zastrzyków więc wiedziałem ,że wszystko wróci do normy. Po powrocie z pracy zastałem go leżącego w tym samym miejscu, ale kontaktującego, spojrzał na mnie, machną ogonkiem chodź bardzo delikatnie. Poszedłem na ćwiczenia. Po powrocie w drzwiach zamarłem. Zobaczyłem zapłakaną matulę i psa praktycznie nieprzytomnego. Zaczołem go z całych sił tulić, budzić, krzyczeć wstawaj i wstawaj a on nic. Myślałem ,że to koniec, rozpaczałem okropnie. Weterynarz przyjechała po ponad dwóch godzinach zmierzyła gorączkę... miał 42 stopni. Leciała mu ropa z jąder od dwóch dni więc zdiagnozowała ropień, dała antybiotyki i powiedziała, że jutro już będzie czuł się dobrze. Tak też było. Gorączka spadła, zaczął się ruszać, nabrał apetytu, trochę poszczekiwał niezadowolony ,że muszę do pracy iść ,ale byłem taki szczęśliwy, pogłaskałem go po czułku, spojrzał na mnie tymi swoimi pełnymi blasku oczkami, wiedziałem ,że wszystko będzie dobrze. Minęły dzień, wtorek a on nie wstaje, bez chęci a gdy próbowaliśmy go podnieść to nie mógł się utrzymać. W środę dostał zastrzyki ze sterydów, drugą serię żeby wstać. Niestety dalej nic. Rozpaczaliśmy, ale mieliśmy wielką nadzieję ,że Nasze szczęście wstanie i że wrócę z nim do Naszego lasku na spacerek po białym jego kochanym śniegu. Niestety cały czas to samo. W czwartek przyszła Pani Weterynarz bardzo zmartwiona tym stanem, dała bardzo silny zastrzyk, powiedziała, że po nim musi wstać bo jak nie to będzie bardzo źle. Moje serce pękało ale nadzieja ,że się uda trzymała je w jednej części. W piątek od rana próbowaliśmy go postawić, nic a nic, nie dawał rady na przednią łapę, w ogóle nie mógł się utrzymać. Byliśmy zrozpaczeni, ja to stradałem wszystkie zmysły. Moja mama godziła się ,że to koniec, ja nie mogłem, trzymałem jego piękną główkę na kolanach i patrząc mu w oczy czułem jak odchodzi, jak umiera część mojego życia, część mnie. Nie mogłem się poddać, zabrałem go do kliniki na prześwietlenie, nie ważny był czas, pieniądze, nic tylko mój Najukochańszy kłapouszek. Był bardzo spokojny, cały piątek praktycznie leżał i tylko oczami ruszał. Tak jak by wiedział ,że to jest już koniec, ja trzymałem jego główkę w środku krzyczałem "Nie, nie, nie, to nie może być już koniec... błagam..." Jedno, drugie, trzecie zdjęcie, czułem jak moje serce bije coraz mocniej z sekundy na sekundę. Przyszła Pani, oznajmiła iż niestety ale jest bardzo wielki zanik mięśni, zwyrodnienia, kości pozbawione wapna, sama skóra i kości i niestety to już jest starość i nic nie da się zrobić. Patrzyłem na niego jak leży na tym rentgenie, spokojny, cichutki, całkowicie nie podobny do swojego zachowania... Słuchałem co Pani Weterynarz mówi, czułem jak obraz zaczyna się rozmazywać, jak łzy próbują się przedostać przez ostatnią tamę, czułem jak by czas zwalniał, wiedziałem ,że szanse są bardzo małe ale kompletnie nie mogłem się z tym pogodzić. Czułem jak odchodzi, jakby ktoś zamkną drzwi na klucz za którymi znajduje się moje Szczęście.. Waliłem w nie z całych sił, chciałem zniszczyć, otworzyć ale czułem, że to niemożliwe. Trzymałem się chodź w środku pękało mi serce. Wróciłem do domu i zwyczajnie padłem przy nim. Patrzyłem mu w oczy i czułem ,że już odchodzi, że go nie będzie, nie będzie naszych codziennych spacerków, nie będzie machania ogonkiem, tego pięknego, słodkiego spojrzenia, nie będzie się już cieszył na mój widok a ja na jego, nie będzie witania pełnego uśmiechu, tego słodkiego spojrzenia ze złości zawsze gdy się chowałem mu, tych szaleństw, krzyków Mamy "wstań z tej podłogi, przecież masz czyste ubranie", tego niewinnego spojrzenia gdy ze strachu przed burza wskakiwał na moje łóżko, żebrania o kawałeczek kanapki, pięknego przyszczka na moim kolanku, przytulania, zabawy, droczenia... Nie będzie mojego Największego przyjaciela, równego członka rodziny.. Wszyscy mówili z rodziny żeby się nie męczył, żeby go uśpić jak najszybciej. Ja nie mogłem uwierzyć w to co się dzieje, w to co słyszę. Mówiłem, Boże to jakiś ogromny, najczarniejszy koszmar, ja chcę się obudzić, zerwać najszybciej jak potrafię z łóżka, pobiec do niego i przytulić z całych sił, po czym porwać na spacer, biec, biec z nim ile sił jak najdalej od tego koszmaru, położyć się na naszej wydmie w promieniach słońca i z uśmiechem od ucha do ucha wykrzyczeć "Kocham Cię Piesku!!!!". Lecz niestety to nie był sen tylko najczarniejsza rzeczywistość i wiedziałem ,że to jest tylko odwlekanie nieuniknionego, że będzie się tylko męczył. Z ogromny bólem zadecydowaliśmy ,że dziś jeszcze skrócimy jego męki. Do przyjazdu samochodu cały czas trzymałem jego główkę na kolanach, On tylko oczkami ruszał, widziałem, że moje Szczęście już się meczy, już mu ciężko. Kiedy go już mieliśmy nieść do samochodu powiedziałem do mamy, no pożegnaj się z Kochanym ten ostatni raz. To był kolejny cios przeszywający serce, widok mamy rozpaczającej okropnie, klękającej przed nim i tulącej ten ostatni raz do Naszego Psiaczka. Gdy go nieśliśmy do samochodu, Biedaczek kątem oka spoglądał na te schody, na te krzaki, drzewa, trawę... Wiedziałem, że spogląda na nie ostatni raz, że już ich nie obsika, nie obwącha, nie pochrupie... Żegnał się ze swoim domem, z miejscem gdzie spędził całe Swoje życie.. Mnie to tak mocno bolało, moja dusza krzyczała z rozpaczy, błagała ,żeby to był najokropniejszy koszmar, żeby się obudzić... nikt nie reagował na wołanie... W samochodzie siedziałem cały czas przy nim, on tylko leżał i patrzył na mnie. Patrzył jak by chciał mi powiedzieć, "dziękuję i nie martw się, jeszcze przyjdzie dzień kiedy będziemy razem i nikt i nic Nas nie rozdzieli". Uspokajała mnie ta myśl, głaskałem, tuliłem ten ostatni raz moje Szczęście. Przed kliniką dołączył mój brat, wzięliśmy go na moim posłaniu łóżka, na które zawsze wskakiwał gdy bał się burzy lub coś go bolało, o którą wycierał ten swój prześliczny pyszczek zaraz po jedzeniu i na którym siadał koło mnie abym tylko go głaskał i tulił... Patrzyłem na niego jak go nieśliśmy, był taki "otępiony" bez życia jakby wiedział ,że to już koniec. Doszliśmy do kliniki, położyliśmy go, Pani zaczęła szykować zastrzyk a ja padłem przy nim z rozpaczy, po prostu wymiękłem, płakałem jak bóbr... krzyczałem w Sobie ,że oddał bym wszystko co mam ,żeby tylko zatrzymać to, żebyśmy wrócili do domu... Głaskałem go, tuliłem, patrzyłem w te moje Kochane oczka ostatni raz. Miałem 4 cukiereczki, jego ulubione, Mama powiedziała ,żebym dał mu wszystkie tak je lubił ,a nigdy nie mógł ich jeść, niech się naje ich przed odejściem. Roztrzęsionymi jak galareta rękoma dałem mu do pyszczka jednego i widziałem jak Mój Łakomczuszek zjada go z wielką przyjemnością. Chciałem dać mu jeszcze ,ale poprzez miliard wspomnień, mrygnięć pięknych chwil, rozpaczy pomyślałem ,że przecież źle się będzie czuł, nawet mimo ,że już zamykał oczka nie mogłem uwierzyć w to co się dzieje, martwiłem się o niego. Po chwili zamkną oczka, pochyliłem się nad nim, ostatni raz przytuliłem i drżącym głosem wypowiedziałem "żegnaj"... Z trudem wstałem, byłem tak roztrzęsiony, czułem ,że umarła część mnie, że już nie będzie tak samo, że umre z tęsknoty. W rozpaczy jestem pogrążony cały czas i pewnie jeszcze długo będę. :(:(:(:(:(:(:(:(. Tak bardzo mi go brakuję, szukam go po jego kontach, oglądam jego zdjątka. Gdy zamykam tylko oczy widzę od razu tę ostatnią chwilę rozstania... Czuję się okropnie, serce mnie strasznie boli, bardzo ale to bardzo mocno za nim tęsknię. Pociesza mnie to że już się nie męczy i myśl ,nadzieja, że naprawdę się jeszcze spotkamy i będziemy znów Razem ,a żadna siła nie będzie wstanie Nas rozdzielić... :( Na zawsze w moim sercu!!!! (22.01.2010)[`] Quote
Reno2001 Posted January 25, 2010 Posted January 25, 2010 Maciekkk, pięknie opisałeś Wasze rozstanie. Wiem, że Twój pies jest dumny, że mógł przy Tobie spędzic całe swoje życie. Spotkcie się, jeszcze. Na pewno sie spotkacie. Quote
Maciekkk Posted January 25, 2010 Author Posted January 25, 2010 Dziękuje bardzo. Wierzę w to ogromnie mocno. Ból straszny jest :(, najgorsze są poranki kiedy wstaję z łóżka i marzę by to co się dzieje było snem, a ja za chwile zobaczę mój Kochany łepek... I powroty z pracy.. ta pustka... eh :( Życie - Śmierć Szczęście - Rozpacz Miłość - Miłość na wieczność Doceń najdrobniejsze Szczęście bo w każdej chwili może odejść... Na obu zdjęciach jest to samo miejsce, tylko pod innym kątem... cóż za zbieg okoliczności... różnica 13 lat, dopiero teraz to dostrzegłem :( Quote
Beta&Czata Posted January 26, 2010 Posted January 26, 2010 Kilerku [*] Wiem, co czujesz. Wiele lat temu pomogłam blisko 18-letniej Gamie w tej ostatniej drodze. Dziś jestem zmów przed Tęczowym Mostem. Czata ma 13 lat i 3 miesiące i z każdym dniem zbliza się czas pożegnania. Widać to w jej oczach i wiem, że to już bardzo niedługo.... Wierzę, że tym razme po prostu odejdzie we snie - ze starości, bo nie jest chora, tylko bardzo, bardzo zmeczona. Gamie musiałam pomóc, niestety, tym ostatnim zastrzykiem (zrobiony został w domu, odeszła na moich rekach). Trzymaj się i wierz z całych sił, że On teraz znów jest młody, zdrowy i szczęśliwy - tak, jak na tym pierwszym zdjęciu. I czeka tam na Ciebie. Quote
Maciekkk Posted January 26, 2010 Author Posted January 26, 2010 Przed rozstaniem czułem, że ten czas nadchodzi ale jakoś do mnie to nie dochodziło, nie wyobrażałem sobie życia bez niego. Poświęcałem mu sporo czasu ale wiadomo praca, dziewczyna itp. Co prawda gdy przestał chodzić spałem koło niego dwie noce, byłem prawie ciągle, ale to były smutne bardzo chwile, chodź pełne nadziei...gdybym mógł cofnąć czas chodź o parę dni bym leżał z nim wtulony i nigdy nie puścił... Poświęcaj Kochanemu jak najwięcej czasu, zwłaszcza ,że czujesz iż może go niedługo zabraknąć... Naturalna śmierć na pewno jest lżejsza od tragicznej (wypadek, wirus, itp.) ale chwila gdy dostaje zastrzyk i odchodzi Najukochańszy Przyjaciel na Twoich oczach w Twoich objęciach, uścisku to jest coś przeokropnego... Chwila, której się nigdy nie zapomina i która zawsze przysparza smutek i łzy... :( Dziękuje za miłe słowa. Wierzę w to całym sercem. Quote
Beta&Czata Posted January 26, 2010 Posted January 26, 2010 Tak, to jest przeokropne... dla nas. Ale dla Gamy chyba byłoby bardziej okropnie odchodzić na zimnym, stalowym blacie gabinetu weterynaryjnego. Nawet, gdybym tam z nią była. To były czasy, gdy praktycznie nie było prywatnych vet-ów na każdym rogu. Miałyśmy (Ona i ja) dużo szczęścia, że w "państwowej" klinice trafiłysmy na lekarza o wrażliwym sercu. Sam zaproponował, że przyjedzie do domu, gdy już było wiadomo, że cierpi i że nie wolno jej dalej męczyć. Ps. wczoraj Czata trochę lepiej się czuła. Zrobiłam jej kilka - może ostatnich - fotek. Kupiłam też nowiutkie, miękkie posłanie, żeby te starutkie kosteczki miały wygodniej (i, o dziwo, TZ nie protestował, chociaż zwykle jest do bólu racjonalny i normalnie stwierdziłby chyba, że to bezsensowny wydatek, bo za chwilę to posłanie będzie zbyteczne) A Czata posłanie polubiła.... Spała na nim całą noc Quote
Beta&Czata Posted January 26, 2010 Posted January 26, 2010 Tak, to jest przeokropne... dla nas. Ale dla Gamy chyba byłoby bardziej okropnie odchodzić na zimnym, stalowym blacie gabinetu weterynaryjnego. Nawet, gdybym tam z nią była. To były czasy, gdy praktycznie nie było prywatnych vet-ów na każdym rogu. Miałyśmy (Ona i ja) dużo szczęścia, że w "państwowej" klinice trafiłysmy na lekarza o wrażliwym sercu. Sam zaproponował, że przyjedzie do domu, gdy już było wiadomo, że cierpi i że nie wolno jej dalej męczyć. Ps. wczoraj Czata trochę lepiej się czuła. Zrobiłam jej kilka - może ostatnich - fotek. Kupiłam też nowiutkie, miękkie posłanie, żeby te starutkie kosteczki miały wygodniej (i, o dziwo, TZ nie protestował, chociaż zwykle jest do bólu racjonalny i normalnie stwierdziłby chyba, że to bezsensowny wydatek, bo za chwilę to posłanie będzie zbyteczne) A Czata posłanie polubiła.... Spała na nim całą noc Quote
Beta&Czata Posted January 26, 2010 Posted January 26, 2010 Tak, to jest przeokropne... dla nas. Ale dla Gamy chyba byłoby bardziej okropnie odchodzić na zimnym, stalowym blacie gabinetu weterynaryjnego. Nawet, gdybym tam z nią była. To były czasy, gdy praktycznie nie było prywatnych vet-ów na każdym rogu. Miałyśmy (Ona i ja) dużo szczęścia, że w "państwowej" klinice trafiłysmy na lekarza o wrażliwym sercu. Sam zaproponował, że przyjedzie do domu, gdy już było wiadomo, że cierpi i że nie wolno jej dalej męczyć. Ps. wczoraj Czata trochę lepiej się czuła. Zrobiłam jej kilka - może ostatnich - fotek. Kupiłam też nowiutkie, miękkie posłanie, żeby te starutkie kosteczki miały wygodniej (i, o dziwo, TZ nie protestował, chociaż zwykle jest do bólu racjonalny i normalnie stwierdziłby chyba, że to bezsensowny wydatek, bo za chwilę to posłanie będzie zbyteczne) A Czata posłanie polubiła.... Spała na nim całą noc Quote
Maciekkk Posted January 26, 2010 Author Posted January 26, 2010 No na pewno tak było by mu ciężej. Mój kiler cały piątek praktycznie leżał, tylko oczami poruszał i pyszczkiem. Mam nadzieję, że najważniejsze dla niego nie było gdzie uśnie, ale żebym był przy nim. Dla mnie to było najważniejsze aby towarzyszyć mu do ostatniej chwili... eh ten widok sprawia mi straszny ból :( Oj na pewno się ucieszyła na nowe posłanie, wygodne, pachnące - szczęśliwa musi być bardzo :) życzę Wam wszystkiego dobrego byście mogli być Razem szczęśliwy jak najdłużej. Quote
Aska7 Posted January 26, 2010 Posted January 26, 2010 Kiler był szczęśliwym psem, a jak sam widzisz na tym forum to komfort mało któremu dany. Najważniejsza na świecie jest miłość i On ją zabrał ze sobą. Quote
Maciekkk Posted January 27, 2010 Author Posted January 27, 2010 Czytałem dużo wątków i mnie bardzo poruszyła każda historia. Chcę pomagać, najszybciej finansowo, jak tylko wyjdę z długu który niestety powstał przy walce o Kilerka życie. A w przyszłości gdy już bez łez ,a z uśmiechem na ustach będę wspominał moje Szczęście zaadoptować pieska z schroniska, wiem, że Kiler chciałby tego i nie będzie na mnie zły. Eh tak tęsknie za Nim :( Quote
Acia22 Posted January 27, 2010 Posted January 27, 2010 Czytałam bez zalogowania... płakałam jak bóbr... Nie potrafiłam się nawet zalogować żeby napisać jak bardzo ci współczuję.... Quote
Redpit Posted January 27, 2010 Posted January 27, 2010 Maciekkk - szczerze :( współczuję - "śpieszmy się kochać ... , bo tak szybko odchodzą" - nie tylko ludzie ;( dałeś mu 13 lat dobra i tego nie zapomni - napewno chciałby byś pomógł następnemu ;) (*) - Kilerku :( Quote
Maciekkk Posted January 27, 2010 Author Posted January 27, 2010 [quote name='Redpit'] "śpieszmy się kochać ... , bo tak szybko odchodzą" - nie tylko ludzie ;( ( Święta prawda... Czas w Szczęściu tak szybko płynie, by potem w bólu czuć, jak by się zatrzymał.. Już tydzień od ostatniego Kilera oddechu... Eh :( Quote
Maciekkk Posted February 12, 2010 Author Posted February 12, 2010 3 tygodnie, a ból tak samo silny :( cały czas wracam do domu z pracy z nadzieją ,że zobaczę ten Kochany łepek :( ehhhhhh :( [`] Quote
Maciekkk Posted April 21, 2010 Author Posted April 21, 2010 Już minęły trzy miesiące od ostatniego uderzenia serca kilerka... smutek i pustka nie odchodzi.. samotne spacery ścieżkami przez które razem 13 lat stąpaliśmy... eh :( tak mi go brak... mojego Największego Przyjaciela.. Quote
Igiełka Posted August 17, 2010 Posted August 17, 2010 Kilerek biegaj szczęsliwy po zielonych łąkach- w psim niebie są zdrowe psiaki, które czekają na swoich bliskich a Ci są obecni tu na ziemi. Żegnaj piesku. :-(:-( Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.