Deszczowyjka Posted December 31, 2009 Posted December 31, 2009 Minęły Święta Bożego Narodzenia. Pierwsze od dziesięciu lat, którym nie towarzyszyło wygłodniałe spojrzenie spod stołu i spacer pośród oświetlonych lampkami domków. Długo się zastanawiałam, czy chcę o tym pisać, a jeśli tak, to co dokładnie. Stwierdziłam, że skoro przeczytają to ludzie, którzy przeżyli to samo co my, to zrozumieją. Więc mogę napisać o wszystkim. Odkąd sięgam pamięcią chciałam mieć psa. Podbiegałam do każdego napotkanego na ulicy czworonoga. Gdy nauczyłam się jako tako składać literki zaczęły się listy do św. Mikołaja. Zamiast bawić się lalkami pacyfikowałam wałęsające się kundelki i próbowałam wyciągać im kleszcze. Z perspektywy czasu nie dziwię się moim rodzicom - oboje pracujący po wiele godzin, mieszkanko w bloku. Mama nigdy nie miała psa, w domu Taty był kiedyś owczarek, który był, powiedzmy szczerze, złym wyborem - sprawiał tyle problemów, że "wyleczył" Tatę z chęci posiadania psa na długie lata. Aż pewnego pięknego dnia usłyszałam "Tak"! Był rok 1999 i miałam dziewięć lat. W ciągu miesiąca przeczytaliśmy chyba ze 20 książek o rasach, żywieniu i wychowywaniu psa. Pozostał wybór rasy. Wymagania były spore - psiak musiał być niewielki, mało brudzić i jeszcze "mieć to coś". Padło na Yorki, które wtedy były jeszcze dość mało znane (w naszym bądź co bądź powiatowym mieście, był wtedy tylko jeden przedstawiciel tej rasy). Znaleźliśmy dobrą hodowlę w naszym województwie, gdzie w czerwcu urodziły się szczeniaczki. Miesiąc później pojechaliśmy wybrać "tego jedynego". W domu, oprócz dorosłego stadka domagającego się naszej uwagi były trzy czarno-ogniste maleństwa - nie wiem, dlaczego wybraliśmy akurat Ją. Ale był to najlepszy wybór naszego życia. Dostała domowe imię Nuka. Zaczęła się wzajemna nauka. Żadne książki nie uczą tak, jak obcowanie ze swoim własnym, pierwszym psem. Książka powie ci, że psy szczekają, warczą i skomlą. Po pewnym czasie orientujesz się, że należy do tego dodać wzdychanie, sapanie, jęczenie, bulgotanie i śpiewanie, a po szczeknięciu potrafisz rozpoznać, czy Twój Pies zobaczył na drodze kota czy konia. Książka uczyła nas też, jak uczyć szczeniaczka załatwiania się na gazety. Znacie to... pies zaczyna się kręcić, sadzasz go na gazety, jak zrobi to go wylewnie chwalisz. Żaden psi specjalista nie przewidział, że Pies będzie do końca "gazetowej kariery" grzecznie przychodził w wyznaczone miejsce, ale stawał na gazetach tylko przednimi łapkami. Liczą się chęci. Tak więc uczyliśmy się wszyscy - ludzie i Pies. Nuka nigdy nie miała być psem wystawowym. I dobrze, bo nijak się do tego nie nadawała. Nie dość, że jako jedyna z miotu wyrosła do rozmiarów bardziej westa niż yorka, to jeszcze miała ogromną awersję do wszelkich "upiększaczy". Szczotka i grzebień - proszę bardzo. Nawet przypominała o naszym obowiązku wymownie prowadząc nas co wieczór do szafki z grzebieniem. Natomiast jakikolwiek kontakt z odżywkami, nożyczkami i innym sprzętem byl surowo wzbroniony. Tylko Mama mogła przycinać jej grzywkę i uszka. Przez całe życie ani razu nie nosiła gumeczki. Jedyne ubranko, jakie miała, to robiony ręcznie na drutach przez Babcię brązowy sweterek, zakładany na zimowe wędrówki. Nie lubię, jak ludzie traktują małe psy jak zabawki lub lalki do ubierania. Gdy widzę ledwo ruszające się w ciasnych, różowych kubrakach yorki lub te noszone w torbie dochodzę do wniosku, że Nuka, choć niemal zawsze rozczochrana, zakurzona i nieco krzywo przycięta, była od nich szczęśliwsza. Żeby nie dawać satysfakcji teoretykom twierdzącym, że "wszystkie małe pieski to głupie, rozszczekane i rozpuszczone jak dziadowskie bicze potworki" szkoliliśmy Nukę od szczeniaka. Najwięcej pracowałam z nią ja, i choć miałam wtedy z dziesięć lat, dawałyśmy radę. Nukusia wykazywała się zarówno inteligencją, jak i wyrachowaną kalkulacją. Doskonale wiedziała, które polecenia są komendami, których należy bezwzględnie słuchać, a które to zwykłe sztuczki. I tak na spacerze wystarczyło powiedzieć "stój" czy "zostaw" i sprawa była załatwiona. Jednak bez odpowiedniej nagrody można było ze sto razy poprosić o "ukłon" lub "przybicie piątki". Głaskanie mogliśmy wtedy wsadzić sobie w buty - urażona odskakiwała od ręki i stanowczo domagała się jedzenia. Trzeba jej jednak przyznać, że za zapłatą pracowała bardzo sumiennie i jej popisy zawsze były miłym urozmaiceniem dnia. Nie wiem, czyja to była zasługa - nas czy Jej - że udało się uniknąć chyba wszystkich wad, o które oskarża się małe terriery. Nie była ani szczekliwa, ani nie uciekała na spacerach. Nigdy nikogo nie ugryzła, a szczytem agresji wymierzonej w człowieka było właśnie to oburzone burczenie, gdy w czasie snu w łóżku (a jakże) ktoś ją za mocno przygniótł. Natomiast wszelkie psy, koty i inne zwierzęta były be i fe. Szczytem sympatii, na jaki mogła sobie pozwolić, to oziębła ignorancja. Cóż, jedynaczka... Lata mijały spokojnie. Skończyłam podstawówkę, przeprowadziliśmy się do prawdziwego domu z ogrodem, potem gimnazjum, liceum. Kot, Dowód osobisty, matura, prawo jazdy, początek studiów. Wracanie do domu jak najczęściej, by nacieszyć się wspólnymi spacerami. Myślałam, że jak zrobię więcej sesji fotograficznych to założe małej galerię na dogomanii. Plany... Pierwszy telefon z domu - Nuce krwawi dziąsło. Pewnie jakiś ząb zaczyna się ruszać, bo miała niedawno usuwany kamień. Dostanie tylko miękkie jedzenie na kolacje. Dzień później sytuacja zrobiła się poważniejsza - z pyska kapała krew dużymi kroplami. Nasz weterynarz podejrzewał zatrucie. Badania krwi, potem pierwsza transfuzja krwi. Siedziałam w Krakowie cała w dreszczach. Choć zawsze byłam optymistką, czułam, że jest źle. Transfuzja nie pomogła. Pojawiły się wybroczyni i krew w moczu. Dostaliśmy namiary na weterynarza hematologa we Wrocławiu. Mama zadzwoniła do mnie i przez łzy powiedziała "Przyjedź jak najszybciej". Gdy czekałam na dworcu na drugi pociąg była już diagnoza. Białaczka. Zrobiono kolejną transfuzję. Tym razem przyjęła się lepiej. Nuka, która już prawie wykrwawiła się na śmierć odzyskała siły. Wiedzieliśmy jednak, że to kwestia dni. Odkąd przyjechałam nie rozstawałyśmy się ani na chwilę. Z godziny na godzinę była coraz słabsza. Chodziła w pampersach bo nie trzymała moczu. Gdy jednak na nas patrzyła czuliśmy, że jeszcze nie czas. Wierzyliśmy, że sama powie nam, kiedy będzie gotowa odejść. Wy wszyscy, którzy straciliście swoje Psy wiecie, o czym mówię. Że są takie momenty, czynności, które Wasz Pies zawsze zrobi. Chyba, że ma już dosyć. Ja wiedziałam, że jeśli Nuka nie będzie chciała wyjść do ogrodu, zlizać pasztetu z mojego palca ani nie podniesie uszu, gdy wypowiem Jej imię, to będzie to. Staraliśmy się jak najlepiej wykorzystać pozostały nam czas. Wypełniliśmy go tym wszystkim, co najbardziej lubiła. Gdy już zabrakło jej sił na spacer czy aportowanie patyków siedzieliśmy w domu i tylko się przytulaliśmy. Ona chyba też wiedziała co się zbliża, bo lgnęła do nas jeszcze bardziej. Normalnie lubiła mieć swoje chwile spokoju i samotności - wtedy zawsze starała się dotykać choć małego kawałka naszych ciał i czuć naszą bliskość. Przyszła niedziela, 15 listopada. Musiałam wracać do Krakowa - zajęcia w poniedziałek należały do tych, których nie można opuścić, jeśli chce się zaliczyć rok. Wiedziałam, że to moje ostatnie pożegnanie z Nuką. Po raz pierwszy w moim życiu smutek i rozpacz sprawiały mi fizyczny ból. Nuka miała już trudności z ustaniem na nogach. Prawie nie było już w niej krwi. Leżała na podłodze w sypialni rodziców, gdy się z nią żegnałam. Musiałam wrócić do pokoju po plecak. Gdy się obróciłam siedziała przede mną. Do dziś nie wiem, skąd wzięła siły by wstać i pójść za mną. Jakby chciała powiedzieć, żebym się nie martwiła, że przecież wszystko jest z nią w porządku. Gdy wychodziłam z domu usłyszałam ostatnie szczeknięcie. Kilka godzin później zadzwonił do mnie Ojciec - Nuka odeszła. Najgorsza nie jest świadomość, że Nuki nie ma. Najgorsze są te momenty, kiedy jestem przekonana, że przecież Nuka nadal żyje. W momencie, gdy rozlega się dzwonek do drzwi oczekuję szczekającego alarmu. Gdy kroję ser czy wędliny, skrawki automatycznie lecą na podłogę. Jedząc obiad patrzę pod stół, czy mogę bezpiecznie wyprostować nogi. I te momenty, kiedy po ułamku sekundy pewności i spokoju uderza mnie myśl, że tego już nie ma i nigdy nie wróci, sprawiają, że przeżywam całą tragedię na nowo. Żałoba trwa do dzisiaj. Ktoś mógłby się zdziwić, że można tyle płakać po "tylko psie". A ja się dziwię, jak można nie płakać za stworzeniem, które całe życie darzyło cię bezgraniczną miłością? Żaden pies nie jest Rin tin tinem ani Lassie. Ani Nuka, ani Wasze Psy nie potrafią czytać ani nie wybiegną z domu by ratować z pożaru bezbronne kocięta. Jednak ja mam, i Wy napewno też, setki dowodów na to, że mój Pies mnie kochał. Widziałam to, gdy czuwała przy mnie w czasie choroby, mimo że ogród był o wiele ciekawszy niż słuchanie smarkania i kaszlu. Widziałam to, gdy pilnowała, czy nasz kot nie drapie mebli. Nikt jej tego nie uczył, ale wystarczyło, że usłyszała jak Makita ostrzy pazury na fotelu czy tapecie już leciała, by go ofukać. Wiedziała, że my tego nie chcemy i czuła się w obowiązku nam pomóc. Widziałam to, gdy stanęła pomiędzy mną a urwanym ze smyczy mieszańcem kaukaza. Widziałam to, gdy witała mnie za każdym razem po powrocie do domu z taką radością, jakby nic wspanialszego nie mogło jej spotkać. Nigdy mnie nie zawiodła. Uwielbiałam moment powrotu. Teraz go nienawidzę. Widziałam to w końcu w tych wszystkich, codziennych chwilach, wspólnych spacerach, drzemkach, targowaniu się o jedzenie i rozmowach. Bardzo mi Ciebie brakuje, Nukusiu. Mam nadzieję, że zasłużę na to, by pójść do tego Nieba, w którym bez wątpienia Ty jesteś. Quote
ma_ruda Posted December 31, 2009 Posted December 31, 2009 Szczerze wzruszyły mnie Twoje wspomnienia. Odżyły też moje o Puni, której już nie ma ze mną ponad trzy lata a mnie wydaje się, że to tak niedawno. Podejrzewam, że gdyby nie Fraszka, do dzisiaj nie potrafiłabym normalnie funkcjonować: bez powitań po powrocie do domu, bez wychodzenia na spacer "prosto z łóżka", "szczekającego alarmu" przy drzwiach itd. Fraszka wypełniła tę pustkę ale przecież nie zastapiła Puni; wciąż mi jej brakuje i chyba już zawsze będę tęknić. Nie mogę Cię pocieszać, że Ty z czasem przyzwyczisz się do tego, że nie ma przy Tobie Nuki. Jednak wspomnienia pozwalają powoli sie z tym godzić, bo Ci co odeszli żyją tak długo jak długo trwa pamięć o nich. Quote
Deszczowyjka Posted January 2, 2010 Author Posted January 2, 2010 Dziękuję za Twoje miłe słowa. Czas rzeczywiście nie goi ran, ale im więcej go mija, tym więcej złych wspomnień blednie, a w pamięci pozostają te najszczęśliwsze. Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.