Jump to content
Dogomania

Recommended Posts

Posted

Vector VANGOG Minotaur, bo tak dokładnie nazywał się mój ukochany psiak był synem GENESIS Minotaur i ORLANDA Spółka z Krzywego Koła.
Urodził się dokładnie w moje urodziny, 21 września 2006, a poród był planowany na 22. Do Krakowa pojechaliśmy po niego 15 listopada, w chłodny jesienny dzień, a było to 19 miesięcy po stracie Maksia, psa w typie boksera.
Zdecydowaliśmy się na tą rasę ze względu na cudowny charakter Maksia. Był aniołkiem, na palcach jednej ręki można było zliczyć to, co zniszczył w domu przez całe swe 13-letnie życie.
Vector urodził się jako trzeci w miocie. Miał dwóch braciszków i dwie siostrzyczki, w tym jedna parka była biała. Na filmach zawsze zaczepiał i podgryzał kogo się tylko dało. Miał przeuroczego przyrodniego brata - Maksia SNOOP DOG'a. Mamusia miała była równie śliczna. Lecz najbardziej dawała popalić NEFRETETE - babcia, bardzo charakterna. :diabloti:
Pierwszy raz zobaczyliśmy go w kiedy tygodnia, bodajże - mieścił się jeszcze w dłoni, miał wielki łebek z ogromną strzałką i różowiutkie łapki. Wcale nie musiał być nasz - jedna kobieta zarezerwowała go, ale nie zapłaciła zaliczki. Na nasze niezdecydowanie 'czyhała' hodowczyni ORLANDA, uważała, że szczeniak dobrze rokuje wystawowo.
I wreszcie nadszedł ten dzień, w którym Vector miał być bezgranicznie nasz. Podróż nie była tak długa, jak mogłaby być. Szczenię na raz na moich a raz na siostry kolanach zaabsorbowało nas całkowicie. Pół drogi przespał, pół zaś bawił się swoimi zabawkami z wyprawki.
Dotarliśmy do domu późnym wieczorem, ok. 22:00. Siostra wniosła Vectora owiniętego kocykiem na górę (mieszkamy na 1-szym piętrze w domku). Jego świat mógł się skończyć na przedpokoju z gigantyczną paprotką, nie chciał iść dalej. :) W końcu zdecydował się przemierzyć długi korytarz i został nakarmiony z najmniejszej miseczki od hodowczyni kleikiem. Porozglądał się jeszcze chwile, po czym usadowiliśmy go w wielkim (jak na małego szczeniaka) wiklinowym koszyku z kocem. Noc przebiegła wyjątkowo spokojnie, zasnął od razu i nie piszczał ani troszeczkę.
Pierwsze dni spędził na poznawaniu domu. W końcu, gdy mógł już wychylić nosa poza próg, udałam się z nim i z tatą na pierwszy dłuższy spacerek. Wszyscy tiutiali do małego szczeniaczka po drodze. Doszliśmy do osiedla na którym mieszkał kolega taty. Ma dorosłą bulterierkę, która wtedy była niewiele większa od Vectorka. Dokazywali nawzajem, Gracja była na smyczy a Vector spuszczony luzem. Po wyczerpującej zabawie zdążyliśmy mu tylko wymyć łapki a potem psinka zapadła w głęboki sen.
Gdy Vector miał około roku zaczął chodzić do sonowieckiej szkoły dla psów która - jak się potem okazało - nie miała zbyt dobrej renomy. Byli to zwykli wyłudzacze pieniędzy, którzy szarpali psy w kolczatkach. Płakać się chce na widok rzeczy, które tam się dzieją. Nie wiem juz dlaczego, ale po dwóch miesiącach nie odwiedzaliśmy już tego miejsca. Ale kolczatka została zawieszona na szyi psa na następne 1,5 roku.
13 grudnia 2007 rozpoczęłam szkolenie klikerem. Zaczęłam przekonywać rodzinę o słuszności pozytywnego szkolenia, bezskutecznie. Jednak ja wiedziałam swoje i próbowałam dalej. Vector nosił kantarek, w którym nie czuł się najlepiej. Po jakimś czasie zmieniliśmy go na szelki ... i to był strzał w dziesiątkę. Pies nie ciągnął i zadowolony chodził na spacery. Przez rok ostro pracowaliśmy nad przywołaniem, i jednego pamiętnego dnia mój trud się opłacił. Poszłam z Vectorem nad rzekę, stosunkowo spokojne miejsce, tego dnia jednak takie nie było.
Zobaczyłam parę z małym psem idącą w naszą stronę. Zawołałam Vecta do siebie, a ten posłusznie przy mnie usiadł. Poczekaliśmy aż rzeczona para przejdzie, a potem, gdy byli już jakieś 100 metrów od nas, zwolniłam psa. I wtedy wyrwał jak oszalały. Linka prawie przecięła mi ręce, w końcu gdy już jej zabrakło rozwalił się uchwyt. Pies zwiał. Lecz zachowałam trzeźwość umysłu i gdy był jakieś 15 m ode mnie wydarłam się: Vector, wróć! Nie wiem, jak głośno to zrobiłam ale podziałało. Pies od razu się odwrócił i do mnie doszedł. Cała mokra od stresu sowicie pochwaliłam go i nakarmiłam pasztetem. To był mój sukces szkoleniowy.
I wiecie co? Pies ma kilka żyć. Vecto padł do basenu i omotał się w folię, stracił przytomność targając się na smyczy, połknął osę... Jednak nie spodziewaliśmy się że wyczerpie limit tak szybko.
I tak żyliśmy sobie spokojnie aż do pewnego dnia, gdy chwyciło go zapalenie ucha, notabene już kolejne. Jak wiadomo, nigdy nie można do końca być pewnym, że jest wyleczone. Jego nie było. Przeszło do mózgu. Pies nie mógł chodzić po schodach, potem zaczął się przewracać. Kolejne stadia choroby następowały po sobie tak szybko, że nie sposób było za nimi nadążyć. Leczenie trwało ponad miesiąc i odbywało się w dwóch miejscach - przychodni w Dąbrowie Górniczej i Katowickiej klinice na Brynowie. I już miało być dobrze, zaczął szczekać na nasze powitanie. Znane są jednak przypadki, że przed stanem krytycznym jest poprawa. Tak było z przypadku Vectorka. Wieczorem 26 bardzo źle sie czuł. Białka wyszły mu na wierzch, piszczał. Noc też była niespokojna. W końcu następnego dnia chciałyśmy go z siostrą sprowadzić po schodach. Nie dał się namówić. Zniosłyśmy go jakoś, a ja jeszcze nie spodziewałam się, ze ostatni raz w życiu widzi te schody, których panicznie bał się jako szczeniak i które były jego postrachem gdy był chory. W ogórdku tylko sie położył. Nie miał siły wstać. Nie mieliśmy serca dłużej go męczyć. Weterynarz przyjechał do nas i uśpiliśmy naszego kochanego chłopczyka. Został pochowany pod orzechem w swoich czernowych szelkach.

Biegaj szczęśliwy po tęczowych łąkach, Veciu....
[*]
[*]

Posted

Że mi przykro, psiałam już na gadu. Mam nadzieję, że nowy pies wypełni tę pustkę.. Choć zapewne dopiero za jakiś rok. Vect był.. wspaniały. Drugiego takiego psa pewnie mieć już nie będziesz. Uwierz, zdaję sobie sprawę z tego, kim dla ciebie był. Na pewne rzeczy po prostu.. nie mamy wpływu. Vectorku..
[*] Miejmy nadzieję, że tma, gdzie teraz przebywa, jest szcześliwy i wolny od cierpień. Choć naprawdę szczęśliwy był przy tobie..

Posted

Tak chciałabym, żeby wrócił.. żebyśmy ćwiczyli taniec z psem, miałam kupić frisbee... Brakuje mi przytulania, leżenia razem w łóżku, bieganie i patrzenia na samoloty i ptaki na niebie... Gryzienia rąk... Teraz jest tak cicho...

Posted

Ja czuję, że jest przy mnie... Nie zmieniłam przyzwyczajeń. Jak otwieram drzwi, sprawdzam, czy tam nie siedzi... zamykam pokoje jak wychodzę. Chodzę tam, gdzie go pochowaliśmy i rozmawiam z nim. To daje mi ulgę...

  • 2 weeks later...
Posted

Pierwszy śnieg... I łzy znów cisną się do oczu.
Przypominają mi się wspólne spacery jesienią i zimą... Jeden był szczególny...
Cholernie tęsknię, Veciu!
[*]

  • 3 weeks later...
  • 9 months later...
Posted

Już się przyzwyczaiłam, że go nie ma. Że nigdy nie wróci. Ale gdy wraca się do domu po długiej nieobecności mimo upływu czasu uderza we mnie jego zapach. Tego wiecznie niewyżytego, wesołego psa. Na ubraniach ciągle znajduje jego kudły. A może on wciąż żyje?

  • 1 month later...
Posted

Jejciu :-( dopiero się dowiedziałam :-(
To takie niesprawiedliwe :placz: tak młode psy jak Vector nie powinny odchodzić!!
Życie jest do dupy :placz:

Vectorku

  • Join the conversation

    You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

    Guest
    Reply to this topic...

    ×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

      Only 75 emoji are allowed.

    ×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

    ×   Your previous content has been restored.   Clear editor

    ×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

    • Popular Contributors

      Nobody has received reputation this week.

    • Forum Statistics

      • Total Topics
        87.9k
      • Total Posts
        13m
    ×
    ×
    • Create New...