bunia2010 Posted February 13 Posted February 13 Ewelina Kowalczyk UWAGA! Będzie długo. I tylko osoby o otwartym umyśle przeczytają tekst ze zrozumieniem . Usiądż zatem i przeczytaj do końca. SCHRONISKA, FUNDACJE KONTRA HODOWLE Brutalna prawda o systemie, którego nie chcemy widzieć. Jeżeli naprawdę chcemy mówić o odpowiedzialności — to przestańmy udawać, że patologia istnieje tylko po jednej stronie. Bo nie istnieje. I wygląda tak: Emocjonalne zdjęcia. Dramatyczne nagłówki. „Suka znaleziona przywiązana do drzewa z maluchami.” „Wybiegł pod samochód, cudem przeżył.” „Właśnie znaleźliśmy w lesie.” Kamera już włączona. Ujęcie idealne. Głos łamiący się w odpowiednim momencie. Muzyka w tle. Ludzie płaczą. Udostępniają. Wpłacają. A później okazuje się, że: – suka była od dawna w placówce, – historia została „podrasowana”, – sytuacja nie była przypadkowa, – film był nagrany wcześniej, – pies „uratowany z ulicy” był już wcześniej pod opieką. Nie mówię, że wszędzie. Ale mechanizm istnieje. Bo dramat sprzedaje się lepiej niż transparentność. Są miejsca, gdzie psy miesiącami nie są wydawane, bo każda zbiórka to pieniądz. Są miejsca, gdzie rotacja jest szybka i kontrola żadna. Są sytuacje, gdzie rozmnażanie „zdarza się” akurat tam, gdzie publicznie walczy się z hodowlą. I teraz druga strona medalu. Pseudohodowla. „Rodowód niepotrzebny.” „Po co papiery, przecież to tylko papierek.” „Zarejestrowani w Burku i Kocurku.” Albo w ogóle bez rejestracji. Józek ma suczkę. Józek ma kolegę z psem. „Zrobimy miot, coś się zarobi.” Sprzedaż odbywa się w ładnym domku. Pokazana jedna suka. Czysta kanapa. Uśmiech. A za ogrodzeniem? Garaż. Druga działka. Kilka suk krytych co cieczkę. Szczeniaki po 500–1000 zł. Bez badań. Bez prześwietleń. Bez testów genetycznych. Bez wiedzy o inbredzie. Bez świadomości, że suka mogła być kryta własnym bratem. Jedna pani kupi i będzie szczęśliwa. Jej pies będzie zdrowy — może. Ale trzy z tego miotu? Choroby genetyczne. Padaczka. Problemy neurologiczne. Śmierć w młodym wieku. Tylko że tej pani to nie dotyczy. Ona mówi: „Mój jest zdrowy.” I broni systemu, który napędziła. A co z resztą? Wartość psa: 500 zł. „Jadę na wakacje.” „Nie chcę już.” „Oddam.” „Przywiążę.” Bo coś, co kosztowało mniej niż telewizor, nie ma dla wielu ludzi tej samej wartości. I tak koło się zamyka. Schronisko się zapełnia. Fundacja robi zbiórkę. Józek robi kolejny miot. Ludzie kupują tanio. Ludzie wpłacają emocjonalnie. A odpowiedzialność? Rozmyta. To nie hodowca, który robi RTG, badania, selekcję i inwestuje własne pieniądze, zapełnia schroniska. To popyt na taniość. To brak edukacji. To brak myślenia przy zakupie. Dopóki będziemy mówić: „Byle taniej.” „Rodowód niepotrzebny.” „Wszyscy hodowcy to zło.” Dopóty będziemy mieć: – pełne schroniska, – pseudohodowle, – reżyserowane dramaty, – i system, który żywi się emocją. Najłatwiej jest wskazać palcem hodowlę. Najtrudniej spojrzeć w lustro i zapytać: Czy ja nie napędzam tego mechanizmu? Bo prawda jest niewygodna. Nie system jest winny. Nie rasa. Nie idea hodowli. Winny jest człowiek, który chce tanio, szybko i bez odpowiedzialności. A TERAZ PIENIĄDZE. Bo o nich wszyscy krzyczą, ale mało kto liczy. Najczęstszy zarzut wobec hodowcy: „Zarabia na psach.” Dobrze. To policzmy. Hodowca: – płaci za badania genetyczne, – płaci za RTG bioder i łokci, rzepek , badania oczu i inne w zależności od rasy – płaci za testy, przeglądy, weterynarzy, – inwestuje w szkolenia, seminaria, wiedzę, – buduje i modernizuje infrastrukturę, – naprawia szkody (bo psy niszczą — to normalne), – inwestuje w karmę wysokiej jakości, suplementację, opiekę okołoporodową, – często rezygnuje z etatu, stabilnej pracy, urlopów. Sprzeda szczeniaki? Te pieniądze wracają w psy. W kolejne badania. W selekcję. W poprawę warunków. W rozwój. To nie jest system dotacji. To nie jest system zbiórek. To nie jest budżet z gminy. To jest własne ryzyko finansowe. Jeśli coś się nie sprzeda — strata jest jego. Jeśli suka wymaga cesarki — płaci on. Jeśli szczeniak zachoruje — pokrywa on. Jeśli trzeba coś przebudować — inwestuje on. Na własny rachunek. Bez gwarancji zysku. A teraz druga strona. Fundacje i schroniska funkcjonują dzięki: – wpłatom prywatnym, – zbiórkom, – 1,5% podatku, – dotacjom, – budżetom gminnym. To są pieniądze ludzi. To są pieniądze publiczne. I mimo tego bardzo często widzimy: – przepełnione boksy, – dramatyczne warunki, – brak transparentności, – psy latami bez adopcji. I tu trzeba zadać pytanie, które jest niewygodne: Dlaczego przy stałym finansowaniu warunki bywają opłakane, a przy prywatnym ryzyku finansowym hodowca potrafi utrzymać wysoki standard? Nie mówię, że każda fundacja jest zła. Nie mówię, że każde schronisko to patologia. Ale przestańmy udawać, że tylko jedna strona obraca pieniędzmi. Hodowca nie bierze od nikogo złotówki „na utrzymanie”. Nie dostaje budżetu za to, że ma psy. Nie dostaje pieniędzy za dramat. On bierze odpowiedzialność. Jeśli coś pójdzie źle — płaci z własnej kieszeni. Jeśli coś się zawali — to jego strata. I może właśnie dlatego dobra hodowla pilnuje jakości. Bo za błędy płaci sama. A system finansowany emocją… nie zawsze rozlicza się z efektów. I NA KONIEC – CO Z TYM ZROBIĆ? Zamiast wojny hodowle kontra fundacje, zacznijmy mówić o jakości. Bo prawda jest taka: Jeżeli przestaną istnieć dobrzy, odpowiedzialni hodowcy — powstanie próżnia. A próżnia zawsze wypełnia się patologią. Jeżeli zniszczymy prawowite hodowle, jeżeli ludzie przestaną je wspierać, jeżeli damy się przekonać, że „rodowód nie ma znaczenia” i że „papier to tylko papier” — to w ich miejsce wejdzie taniość. Wejdą rozmnażalnie. Wejdą garaże. Wejdą mioty bez badań, bez selekcji, bez wiedzy. Bo popyt nie zniknie. Ludzie nadal będą chcieli psa. Pytanie brzmi: od kogo go kupią? Dobry hodowca to nie jest sprzedawca szczeniaka. To człowiek, który: – zna linie genetyczne, – selekcjonuje temperament, – bada zdrowie, – planuje skojarzenia, – inwestuje własne pieniądze, – i nie znika po sprzedaży. To ktoś, kto odbierze telefon po roku. Po dwóch. Po pięciu. To ktoś, kto nadal będzie myślał o dobrostanie tego psa, mimo że fizycznie mieszka on już u Ciebie. To ktoś, kto w razie problemu pomoże. Doradzi. Wesprze. To relacja na lata. Wspierając dobre hodowle, wspierasz: – zdrowie ras, – przewidywalność charakteru, – selekcję eliminującą wady, – odpowiedzialność finansowaną prywatnie, – system, który nie żyje z dramatu, tylko z jakości. Jeżeli naprawdę zależy Ci na psach — nie wspieraj taniości. Sprawdzaj hodowle. Odwiedzaj. Czytaj umowy. Pytaj o badania. Patrz na warunki. Bo rasa nie przetrwa na emocji. Rasa przetrwa na selekcji. A kiedy system zaczyna niszczyć prawowitych hodowców, to nie kończy się to „ratowaniem świata”. Kończy się to rozmnażalnią poza kontrolą. I wtedy naprawdę nikt już nie wygra. Ani pies. Ani człowiek. KASTRACJA jako super rozwiązanie - CZY OBY NAPEWNO? W przestrzeni publicznej coraz częściej pojawia się narracja, że rozwiązaniem problemu bezdomności psów ma być obowiązkowa kastracja. Brzmi prosto. Brzmi radykalnie. Brzmi jak szybkie rozwiązanie. Ale czy rzeczywiście jest to działanie w imię dobrostanu psa? Kastracja, czyli chirurgiczne usunięcie narządów rozrodczych, to poważna ingerencja w organizm. Zmienia gospodarkę hormonalną, metabolizm, zachowanie i zdrowie psa na całe życie. Badania, m.in. publikacje dr Chris Zink, wskazują, że kastracja może zwiększać ryzyko wielu schorzeń — od problemów ortopedycznych, przez choroby metaboliczne, aż po niektóre nowotwory. Nie każdy pies zniesie ją dobrze. Szczególnie psy wrażliwe, lękowe czy niestabilne emocjonalnie mogą po utracie hormonów stać się jeszcze bardziej wycofane i niepewne. I kto weżmie za to odpowiedzialność ? A przecież dobrostan psa to nie tylko brak szczeniąt. To także zdrowie fizyczne, stabilność emocjonalna i komfort życia. Pojawia się też pytanie praktyczne: kto miałby kontrolować obowiązek kastracji? Kto będzie sprawdzał psy w małych miejscowościach, gospodarstwach, na wsiach? Czy dziś ktoś skutecznie egzekwuje już istniejące przepisy? Odpowiedź niestety znamy. Co więcej — całkowicie pomija się alternatywę, o której mówi się zdecydowanie za rzadko. Sterylizacja, czyli zabieg uniemożliwiający rozmnażanie przy zachowaniu naturalnej gospodarki hormonalnej, pozwala ograniczyć nieplanowane mioty bez ingerowania w fizjologię psa w tak radykalny sposób. Może więc zamiast wprowadzać jednowymiarowe rozwiązania, warto mówić o edukacji, odpowiedzialności i dopasowanych metodach. Bo dobrostan psa to nie hasło. To decyzje, które uwzględniają całego psa — jego ciało, psychikę i życie. Ale prawdziwy problem leży gdzie indziej Do tej pory w Polsce nie powstały przepisy, które realnie regulowałyby rozmnażanie psów poza kontrolą. Zamiast tego powstały dziesiątki pseudo-związków hodowlanych — organizacji bez realnego nadzoru, bez kontroli warunków, bez weryfikacji zdrowia czy dobrostanu psów. Tak zwane „związki burka i kocurka”. Prawo mówi jedno: można rozmnażać psy, ale nie wolno ich sprzedawać poza zarejestrowanymi hodowlami. A rzeczywistość? Szczenięta sprzedawane są codziennie przez zwyklych kowalskich zza płotu. W ogłoszeniach. W internecie. Na targowiskach. Z ręki do ręki. Bez dokumentów. Bez nadzoru. Bez odpowiedzialności. I najważniejsze pytanie: ile osób zostało realnie ukaranych za nielegalną sprzedaż szczeniąt? Odpowiedź jest brutalna: praktycznie nikt. To pokazuje jasno — problemem nie jest brak kolejnych zakazów. Problemem jest brak egzekwowania tych, które już istnieją. Można kastrować wszystkie psy w kraju. Można wprowadzać nowe przepisy. Można mnożyć obowiązki. Ale dopóki rozmnażanie poza kontrolą będzie funkcjonowało bez nadzoru, dopóty problem nie zniknie. Bo prawdziwy problem nie leży w psach. Leży w braku nadzoru nad ludźmi. Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.